Nasi na Golden Trail Series

Azory, 30.10.2020

Do kibicowania "naszym" na Finale Golden Trail Series, chyb nie musimy nikogo namawiać.

Pierwszy etap to 2. miejsce Bartka Przedwojewskiego, 26. Marcina Rzeszótko i 18. pozycja Miśki Witowskiej. Z wypiekami na twarzy i zaciśniętymi kciukami czekamy na kolejne etapy rywalizacji na Azorach.

Tak się składa, że z każdym z powyższych aktorów mogliście bliżej zapoznać się w ostatnim ULTRA#30. Poniżej kilka najciekawszych fragmentów.

Zdjęcie główne: Jordi Saragossa - fotògraf

zdjęcie: Jan Nyka Fotografia

Fragment rozmowy, pt. "Słony mistrzowski team" - Magazyn ULTRA#30

Mateusz Goleniewski: Jesteś osobą niezwykle wytrwałą, cierpliwą i waleczną. Pogłoski mówią, że swój start na mistrzostwach świata okrasiłaś złamaniem piątej kości śródręcza, a mimo to udało Ci się dobiec do mety. Skąd się bierze ta wyjątkowa siła Miśki, objawiająca się na trasach trailowych? 

Miśka Witowska: To prawda, na trasie mistrzostw świata we włoskiej Premanie doznałam urazu dłoni (jak się później okazało, na tyle poważnego, że konieczna była operacja), jednak nie postrzegałabym dotarcia do mety jako przejawu wyjątkowego bohaterstwa. Upadek nastąpił na ok. 34 km do końca, więc wtedy nie widziałam innego wyjścia jak zwyczajnie wstać, otrzepać się i pobiec dalej. Rzeczywiście w trakcie zawodów mam w sobie dużo siły, determinacji i woli walki. Na ważnych zawodach zawsze daję z siebie wszystko, a w sytuacjach kryzysu myślę o tym, ile pracy włożyłam w przygotowania i o osobach, które mi w tych przygotowaniach pomogły i wspierają mnie na co dzień. To bardzo pomaga. Gdy na zawodach jest trudno, są komplikacje i nie wszystko idzie po mojej myśli, pojawia się pokusa zejścia z trasy. Myślę wówczas zazwyczaj, że po takiej decyzji coś ciekawego może mnie ominąć, że będę żałować i zwyczajnie szkoda mi opuszczać wyścig, bo przecież jeśli teraz jest źle, to nie jest powiedziane, że za chwilę nie będzie lepiej. I często jest lepiejDobiegam więc do mety ze złamaną ręką, „bez nogi” czy kompletnie wykończona, ale z dużą satysfakcją! Za to przez kolejne kilka dni po zawodach już nie jest tak kolorowo.

zdjęcie: Jordi Saragossa - fotògraf

Fragment ROZMOWY NA SZCZYCIE z Marcinem Rzeszótko - Magazyn ULTRA#30

Ola Belowska: Słyszałam, że wiele podróżujesz, to prawda?

Marcin Rzeszótko: Często wyznaczam sobie cele na sezon, miejsca, w które warto by wyjechać. Jednym z nich był np. Elbrus Race. Chwilę przed tym wyjazdem przy okazji Spotkań z Filmem Górskim (obecnie festiwal Moc Gór) miałem okazję spotkać Ueliego Stecka (himalaista i wspinacz ekstremalny, zginął w 2017 r. na Lhotse w Himalajach – przyp. redakcji) w Zakopanem i być z nim razem na treningu na Kopie Kondrackiej. To był jeden z takich dni, których nigdy nie zapomnę. Fakt, że dużo nie rozmawialiśmy, biegnąc pod górę, bo chciałem go trochę sprawdzić. Na początku powiedział, że ma tylko 40 minut na trening. Sądziłem, że skoro biegniemy z Anią Tybor, to raczej nie będziemy mieli szybkiego tempa. Na trasie miał być jeszcze fotograf, więc pewnie będziemy musieli przebiec koło niego kilka razy. Czas ograniczony – fatalnie! (śmiech) Na szczęście poszliśmy pełnym piecem od samego początku. Wiedziałem, że Ueli na pewno się spóźni na konferencję prasową. Gdy tak przedłużaliśmy trening o kolejne 10 minut i w końcu dobiegliśmy na Kopę, zeszło ciśnienie, zaczęliśmy dużo rozmawiać. Tak samo wieczorem, przy okazji jego prelekcji, czy gdy byliśmy w barze. Bardzo inspirująca osoba. Powiedział: „Everything you do in your life, just do it right”. Mówił o koncentracji na celach, o tym, że gdy ma się bazę motoryczną, to trzeba z tego korzystać i napierać. A Ueli był wtedy po OCC, na którym zajął 22. miejsce. Dla niego ten bieg był jednym z elementów przygotowań.

Rok później podczas festiwalu spotkałem Simona Moro. Gdy zaczynał prelekcję, pytano się go, czy był w Tatrach. Odpowiedział wtedy, że był, biegał z gościem „who talks a lot”. Bo do Simone też miałem dużo pytań. (śmiech) Te spotkania były naprawdę świetne i inspirujące.

Ola Belowska: Jak te przytoczone przez Ciebie słowa Ueliego wpłynęły na Ciebie? Miałeś tego typu refleksje?

Marcin Rzeszótko: Chciałbym, żeby w moim życiu zawsze znalazły się różne cele. Są cele związkowo-rodzinne, powiedzmy, życiowe, są sportowe. Cały czas próbuję znaleźć w tym złoty środek. Czasem łatwo przekroczyć tę granicę, gdy czyjaś pasja staje się czymś trudnym i może generować konflikty. Uważam, że póki to fajna forma spędzenia czasu, to warto to robić. Jeśli wybierać cele sportowe, to konkretne. Mierzyć się z najlepszymi. Nie start co tydzień w różnych biegach. Tylko np. trening i wyjazd na dobre zawody. To mnie od jakiegoś czasu kręci. Głównie mam na myśli 2018 r. Co się na to złożyło – właśnie ta rozmowa z Uelim, potem Pierra Menta. Cały czas szukałem celów – kolejnych elementów układanki. Kiedy na nie jeździłem, czułem się przygotowany. Później okazywało się, że trzeba podejść do tego inaczej. Takie starty jak wspomniane już Elbrus, Pierra Menta, Zegama, Ring of Steal, Sierre Zinal – były czymś wielkim, choć nie zawsze rezultat był satysfakcjonujący. Bez tego jednak ciężko byłoby mi wykrzesać energię i znaleźć motywację do pracy czy teraz, w trakcie kontuzji. Zawsze wolałem jechać na jakiś poważny start i zająć 20. czy 30. miejsce, dać z siebie wszystko i sprawdzić, gdzie się jest na liście wyników. To mnie motywuje. Dlatego tak podoba mi się polityka teamu Buff. Od początku zaznaczałem, że tak naprawdę jest mi jest obojętne, w jakich biegam butach, koszulce, czapce biegam. Świetnie, jeśli te produkty są dobre i mogą uzupełniać i pomagać mi w treningach czy zawodach, to jednak „tylko” sprzęt. Team daje coś więcej niż to, że mam czapkę, buty, pakiet na Kasprowy – dzięki niemu mogę jechać na Zegamę i wziąć udział w tym biegu spoza puli miejsc przeznaczonych do losowania. To czasami bardzo ważne. Tak samo jak budżet, bez którego trudno by było pojechać na niektóre starty. Cały czas mierzę właśnie w tzw. big race jako zwieńczenie treningu, który jest celem samym w sobie.

Według mnie trzeba po prostu pojechać w takie miejsce, gdzie sam udział w biegu daje ci poczucie spełnienia. I być tego częścią.

zdjęcie: Jan Nyka - fotografia

Fragment tekstu "Świat Ultra według Bartłomiej Przedwojewski" - Magazyn ULTRA#30

[...] Początkowo organizatorzy cyklu Golden Trail Series na finał serii wybrali Patagonię. Jednak po wybuchu epidemii koronawirusa miejsce finałowego biegu zostało zmienione – ma on odbyć się na Azorach. Tym razem finał będzie obejmował cztery starty, dzień po dniu, każdy etap po ok. 30 km. Dlatego właśnie wraz z trenerem wpadliśmy na pomysł potrójnego startu w ramach DFBG. Dzięki temu mogliśmy już w okresie przygotowań, w lipcu, kiedy do finałowego biegu zostało jeszcze dużo czasu, sprawdzić, jak sobie poradzę z trzydniowymi zawodami. Było zatem oczywiste, że pojedziemy do Lądka i spróbujemy tam swoich sił na trzech dystansach: 33, 20 i na koniec 10 km. Założyliśmy, że biegamy mocno, do każdego startu podchodzimy poważnie, bo na Azorach nie będzie litości. Nie będzie oszczędzania się, bo każdy start będzie wymagający. Postanowiliśmy, że tu również staramy się jak najbardziej ten trzydniowy start sobie utrudnić.

...Choć swoje mocne ściganie zacząłem od wygranej w tatrzańskim właśnie Biegu Marduły, było to tak dawno temu, że już o tym zapomniałem. Cały czas swoje myśli kieruję ku przyszłości i na tym się skupiam. Jestem zmotywowany, by się rozwijać i trenować z myślą o rywalizacji na światowym poziomie. Myślę tylko o tym, co jest przede mną.

Magazyn ULTRA#30 dostepny w e-wersji na platformach virtualo.pl i publio.pl

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły