Mamy tylko jedno życie - wywiad z Agnieszką Korpal

Cały Świat, 16.03.2021

Zakochana w życiu, zakochana w sporcie. Triatlon, MTB, rajdy przygodowe, bieganie trailove. Organizatorka Zimowego Ultramaratonu Karkonoskiego im. Tomka Kowalskiego, dwóch edycji Forest Run, utytuowana zawodniczna adventure race, posiadaczka kilku ciekawych rekordów.

Agnieszki Korpal wielu z Wam przedstwiać nie trzeba.

Rozmawiała: Ola Belowska

Wywiad w druku ukazał się w Magazynie ULTRA#28

Ola Belowska: Siódma edycja ZUK-a. Kupa czasu. Jak Ty się z tym czujesz? Że minęło już tyle lat?  

Agnieszka Korpal: Mam różne refleksje z tym związane. W organizacji czuję się dobrze, to zajęcie, które dodaje mi energii i jest takie… żywe. Ciągle coś się dzieje, coś trzeba z kimś ustalać, tych spraw do załatwienia jest bardzo dużo. Nie nudzimy się – bo robimy to oczywiście wspólnie z Anią. Ania mimo tego, że niedawno urodziła synka, to cały czas pracuje! Dla mnie to woda na młyn – dużo się dzieje, robimy to już kolejny raz z wieloma ludźmi. Lubię do tego wracać. Natomiast to, że minęło siedem lat… Mam różne refleksje – z jednej strony cieszę się, że tyle lat udaje się to ciągnąć. Siedem edycji to naprawdę kawał czasu, różne rzeczy w organizacji mogą się wydarzyć. A nam cały czas się udaje z pozytywnym skutkiem i pozytywną aurą. Choć ciągle jest też ciężko. Przy piątej edycji z jednej strony się cieszyliśmy, bo to zawsze okrągła rocznica, a z drugiej strony nikt z nas nie potrafił się z tego cieszyć, bo to oznaczało, że pięć lat nie ma z nami Tomka, dlatego nie chcieliśmy robić z tego wielkiego jubileuszu. A przecież wszyscy bliscy Tomka – zarówno rodzina, jak i bliscy przyjaciele – są związani z ultramaratonem, trudno robić z tego wielki happening. Każdy zdaje sobie sprawę z tego, z czym taka rocznica się wiąże. O ile dla mnie teraz jest to już łatwiejsze, o tyle emocje pojawiają się różne. Z jednej strony tęsknota, z drugiej niemal takie namacalne poczucie tego, że czas płynie, nie stanął w miejscu. Że płynie coraz szybciej.  

Z drugiej strony, cały czas mam poczucie, że dzięki ZUK-owi Tomek jest ciągle z nami, choć minęło AŻ siedem lat. Zależy jak się na to spojrzy. Uważam też, że gdyby nie ultramaraton, to nam wszystkim ciężej by to było przeżywać. W końcu Tomek nie ma swojego grobu, tu w Polsce. Co prawda jest symboliczny w Dąbrowie Górniczej, ale tylko dla rodziców. Nikt tam poza nimi nie chodzi. Ja nigdy nie rozumiałam, jak można Tomka uśmiercić. Że jego światło gaśnie. Ja nigdy nie zapaliłam mu świeczki – w takim rozumieniu znicza. Świeczka dla Tomka to zawsze była świeczka, która miała nigdy nie zgasnąć. Z jednej strony to powód do radości – że ZUK jest, że pamięć o Tomku istnieje. Bo gdyby nagle o nim wszyscy zapomnieli, to można by powiedzieć, że zniknął z naszych serc, oczywiście w znaczeniu przenośnym. Jednak kiedy z myślą o nim robimy coś takiego bardzo namacalnego, pamiętamy, robimy coś razem – myślę, że nie tylko dla mnie to jest takie namacalne.

Zdjęcie: Piotr Oleszak

To cały czas, mam wrażenie, ta sama ekipa związana z Poco Loco, co podczas pierwszej edycji.  

Dokładnie tak jak mówisz, to wciąż ci sami ludzie. To też jest super, bo sądzę, że to też tworzy wyjątkowy klimat tej imprezy. Bo to też miejsce spotkania dla wszystkich tych osób, z niektórymi z nich w ciągu roku widujemy się tylko w Karpaczu. Rezerwują sobie czas, by być tam z nami. Część ekipy Tomka jest w wąskiej grupie organizatorów, to takie nasze – Ani i moje – prawe ręce, bardzo się w to angażują i widać, że bardzo chcą w tym być. Ciekawe, jak będzie, gdy wszyscy pozakładają rodziny… 

To się chyba powoli już dzieje. (śmiech) 

Tak, powoli tak. Ekipa pocolocowa się powiększa. Część z naszych przyjaciół już ma dzieci, synek Ani podczas ZUK-a będzie miał dwa miesiące, rośnie nowe pokolenie wolontariuszy. Śmiejemy się, że trzeba ich szkolić – gdy my będziemy już starzy, to oni przejmą pałeczkę.  

Zastanawiałam się, czy odeszliście już trochę od części memoriałowej, a bardziej skupiacie się na aspekcie biegowym?  

Nie, to zawsze było dla nas ważne. Pierwszy był memoriał i nadal tak jest. Choć oczywiście chcielibyśmy, żeby impreza była rozpoznawalna i przyciągała ludzi, dlatego musieliśmy zrobić zawody biegowe. Jedno z drugim idzie w parze. Sądzę, że Tomek byłby z tych zawodów dumny. Gdy robiliśmy je z Grzegorzem [Łuczką – właścicielem Natural Born Runners, przyp. AB], naszą ideą było to, by zorganizować zawody, w których Tomek chciałby wziąć udział. Które by go pociągały. Wydaje mi się, że ZUK właśnie taki by był – połączenie zimy, gór i czegoś nieprzewidywalnego, bo z pogodą tu bywa faktycznie różnie. To dla niego też byłoby wyzwanie.  

Czyli nie jesteś tym zmęczona w żaden sposób? 

Staram się do tego podchodzić z racjonalnym dystansem. Nie mogę powiedzieć, że jestem w takiej samej żałobie jak wcześniej, zaraz po śmierci Tomka, bo w końcu minęło siedem lat i ja zdążyłam sobie już to przepracować. Teraz jak jest Krzysiek, to jest łatwiej [Muszyński, od dwóch lat partner Agnieszki – przyp. AB], on też to rozumie, to nie jest temat tabu. Zresztą Krzysiek bardzo się angażuje w ZUK-a i mi pomaga, dzięki czemu też jest mi z tym łatwiej. Nie muszę gdzieś tego chować pod poduszkę. Nie jestem zmęczona – choć oczywiście zmęczenie fizyczne organizacją daje się we znaki, zwłaszcza pod koniec, ale zmęczenia psychicznego nie ma. To tak samo fajna przygoda, także ze względu na ludzi. Mam na myśli nie tylko ekipę pocolocową, lecz także te wszystkie osoby, z którymi się na miejscu spotkamy. Biegacze, których znamy od lat – bo sporo osób przyjeżdża do nas od pierwszej edycji, choćby Tomek Świderek, który wystartował w pierwszej edycji, teraz jest już trzeci rok naszym wolontariuszem. Zawsze się z Anią cieszymy, że to taki fajny weekend, kiedy wszyscy mogą się spotkać. Oczywiście nie mamy dla wszystkich tyle czasu, ile byśmy chciały, jednak sam fakt, że ci ludzie są, mogą się integrować – to jest dla nas super. Mam nadzieję, że jeszcze kilka lat tak będzie.

zdjęcie: Piotr Oleszak

Czy macie z Anią plan na rozwój tych zawodów, czy chcecie zostać przy obecnej formule? Park narodowy wymusza ograniczoną liczbę uczestników?  

Jeszcze parę lat temu była faktycznie opcja, żeby to powiększyć, było to wtedy możliwe. Obecnie park ma inne podejście do zawodów i raczej ogranicza. Ale zawsze same wnioskowałyśmy o taką liczbę uczestników, bo chciałyśmy mieć właśnie ok. 400 osób, głównie z powodów organizacyjnych i żeby zachować obecną atmosferę tego wydarzenia. Nie chcieliśmy wielkiego festiwalu biegowego z ogromną liczbą uczestników. Pozostaje też aspekt bezpieczeństwa, który jest dla nas bardzo istotny i zawsze był, nawet zanim zaczęliśmy organizować zawody. Prowadziliśmy długie rozmowy z GOPR-em, jak to zrobić, żeby to miało ręce i nogi. A kiedyś spotkaliśmy się z szefem Biegu Piastów, Julianem Gozdowskim, bo chcieliśmy, by meta zawodów w pierwszym roku była w Jakuszycach. I on powiedział nam: ile zawodników, tyle problemów. Bardzo wzięłam to sobie do serca, zwłaszcza że zimą każdy problem to gigaproblem. Z roku na rok tych zawodników było więcej: 150, 200, 250 itd. Co roku o 50 zwiększaliśmy liczbę biegaczy, aż w końcu osiągnęliśmy 400. Ale chcemy zachować bezpieczeństwo, poza tym przepustowość schronisk też jest jaka jest, zimą te schroniska są ostoją dla zawodników, szczególnie przy ciężkiej pogodzie, w zawierusze. Kiedy biegacze wiedzą, że za 8 km będzie schronisko, w którym można się ogrzać, zjeść, spotkać ludzi w tej mgle, to jest im łatwiej. Ale gdyby nagle do tych schronisk miało wpaść dwa razy więcej osób, a już teraz bywa ciasno, powstałby straszny galimatiasDzięki temu też wszyscy jesteśmy w jednym miejscu – w Mieszku, spotykamy się na jednej sali, mamy imprezę po biegu… Gdyby tych osób było tysiąc pięćset, tyle ilu jest chętnych… 

Ile? Tysiąc pięćset osób?  

W tym roku w losowaniu uczestniczyło tysiąc trzysta osób. To bardzo dużo. Gdybyśmy mieli organizować strefy dla tylu osób, byłoby to ogromne przedsięwzięcie i nie dałoby się spędzić tego czasu wspólnie, pogadać, spotkać się, pośmiać i pożyć tym trochę.  

Myślę, że znając Tomka, jemu taki bardziej kameralny klimat imprezy też by bardziej odpowiadał.  

Tak, z jego tendencją do zbierania ludzi, swatania, imprez, to na pewno tak. Myślę, że to jest dobre wyjście i nie będziemy raczej tego zmieniać. Póki co jest OK. 

Zamknęłyście niedawno Poco Loco, prawda? Było to wspólne dzieło Tomka i Ani, przejęłaś to po Tomku, a teraz przygoda z hostelem się skończyła. To też jest zamknięcie pewnego etapu, jak Ci z tym?  

Na początku było mi z tym ciężko. Głosy o tym, że może się tak stać, pojawiły się dużo wcześniej przed zamknięciem, próbowaliśmy się wszyscy z tym oswoić. Dopóki to było tylko „kiedyś będziemy musiały zamknąć hostel”, to było jeszcze w miarę OK, odsuwaliśmy te myśli od siebie. Gdy jednak pojawiła się konkretna data: grudzień, to dla mnie to był strzał. Nagle pojawiła się pustka. Czarna przestrzeń wokół mnie i natłok emocji: żalu, niezrozumienia, masa wspomnień, brak akceptacji, że to akurat tak musi się kończyć. Z drugiej obawa o to, co powiemy naszym pracownikom? Akurat kiedy zapadła decyzja, mieliśmy kilka nowo zatrudnionych, naprawdę fajnych dziewczyn, po których było widać, że ta praca im się podoba. Było mi strasznie przykro, że będę musiała im to powiedzieć. Myślałam też, co o tym myśli Tomek. Miałam też takie poczucie, że on by to rozumiał. Zresztą często, kiedy miałyśmy do podjęcia z Anią jakąś decyzję, to myślałyśmy o tym, co zrobiłby Tomek. (śmiech) Wiedziałyśmy, że wszystkie przesłanki racjonalno-ekonomiczne  za tym, żeby hostel zamknąć. Tomek zrobiłby to samo. To mnie pozytywnie nastrajało. Po raz kolejny los zdecydował za mnie, co będę robić i co się dzieje. Jest to w pewnym sensie zamknięcie etapu. Zresztą miesiąc później okazało się, że muszę się wyprowadzić z mieszkania, w którym mieszkaliśmy razem z Tomkiem, po prawie ośmiu latach. To też był dla mnie cios poniżej pasa. Było mi więc podwójnie przykro, bo to stało się praktycznie w tym samym czasie. Zamknęliśmy hostel na początku grudnia, a 20 grudnia dowiedziałam się o opuszczeniu mieszkania. Początkowo była myśl: k***, dlaczego wszystko na raz? A potem właśnie pomyślałam, że to jest jakieś zamknięcie rozdziału. Życie toczy się dalej.  

Po prostu, jakkolwiek banalnie to brzmi.  

Z jednej strony to smutne, było mi początkowo bardzo ciężko. Ale ja się po śmierci Tomka nauczyłam, że właśnieżycie toczy się dalej. To była brutalna lekcja, którą musiałam w sobie długo przetrawiać, ale tak jest i też trzeba to wziąć na swoje barki i patrzeć w przyszłość, a nie przeszłość. Wiesz, ja się też cieszę, że to tyle trwało. Dla mnie te siedem lat to był superczas, w którym udało nam się zrobić pod banderą Poco Loco tyle rzeczy! Zapraszaliśmy gości, robiliśmy prelekcje, imprezy, warsztaty, przewinęło się przez hostel 30 tysięcy ludzi, z czego większość było zadowolonych z pobytu u nas, bo mogło się czuć jak w domu. Nie myślę więc tylko o tym, że zamknęliśmy hostel, tylko że to super, że to tyle trwało. W końcu czynsz podnieść mogli nam znacznie wcześniej, a nie po siedmiu latach. Mogły także pojawić się jakieś nasze prywatne powody, czy jakiekolwiek.

zdjęcie: Krzysztof Zaniewski

Poco Loco to nie tylko praca, to przede wszystkim przyjaźń, prawda?  

Tak, to był też kawał naszej prywatnej historii, w końcu gdy zaczynałyśmy, Ania miała 28 lat, ja – 26. Włożyłyśmy w to masę serca i swojego czasu. Jestem wdzięczna, że to tak wyglądało, miałyśmy świetnych pracowników i właśnie tak to wszystko się potoczyło i udało się utrzymać tę ideę podróżniczo-górską. Że to nie tylko miejsce do spania, tylko że można było u nas czegoś ciekawego się dowiedzieć, o czymś ciekawym posłuchać. Ta chęć odkrywania świata zawsze gdzieś Poco Loco towarzyszyła. Staram się tak do tego podchodzić. Mam taką naturę, że wolę dostrzegać te dobre strony.  

„Nie wolno przeklinać niczego, co spada z nieba, nawet deszczu”. 

Dokładnie! (śmiech) To może też mi ułatwia życie.  

Masz już nowe mieszkanie 

Będę miała. Choć być może – to zależne od projektów Krzyśka – zostanę na parę miesięcy w Warszawie. Zobaczymy. Na razie jestem w stanie życiowego zawieszenia. Do końca nie wiem, co się wydarzy. Może więc pół roku w innym mieście to też będzie fajny bodziec. Plus wciąż muszę napisać pracę magisterską.  

A gdzie Ty jesteś sportowo? Zaczynałaś od triatlonu, potem był rower, rajdy, ultra, które ostatnio biegłaś zdaje się, w 2018 – Bieg Rzeźnika w jednym zespole z Dominikiem Włodarkiewiczem.

zdjęcie: Jacek Deneka

Tak, w sezonie 2019 w zasadzie nigdzie nie startowałam, właściwie jedynie w Mistrzostwach Europy Adventure Racing, gdzie zajęliśmy z teamem 6. miejsce. Na Rzeźniku w 2018 roku byliśmy drugim miksem i dziesiątym teamem open 

Rajdy – zaczynałaś jako bardzo młoda dziewczyna i wciąż w tym jesteś, choć adventure racing już jest teraz taką mocno niszową dyscypliną. Dlaczego w rajdach, a nie w triatlonie, nie w ultra? 

To była i jest moja największa sportowa miłość. Zaczęłam biegać ultra po to, by się przygotować do rajdów, to w tę stronę było. (śmiech) I cały czas miałam poczucie, że biegam po górach po to, by być jak najlepszą w rajdach. Zwłaszcza że ta kondycja wyrobiona w górach bardzo się przydawała, bo większość rajdów też jest górska. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że byłam bardzo młoda, gdy zaczynałam rajdowanie – miałam 20 lat, w tym wieku jest się mało ukształtowanym sportowo. A co dopiero w sportach, gdzie istotne jest też doświadczenie wytrzymałościowe. Nie wiem, czy bym tak ochoczo pozwoliła swojej córce startować w takich zawodach. (śmiech) Rajdy są super! Są niemedialne i megatrudne, to sport, który trzeba kochać i być wszechstronnym, żeby go uprawiać. Jest też drogi, tona sprzętu, którą mam w domu, to były duże oszczędności. Musiałam dorobić się ogromnej ilości sprzętu, żeby móc powiedzieć: OK, jestem gotowa do startowania na całym świecie. Wciąż nie mam wiosła, które zawsze chciałam mieć, a wciąż je pożyczam. (śmiechWiele czynników też składa się na to, że to sport niemedialny. Bardzo ciężko go pokazać w relacjach czy kibiców – tymi są najczęściej rodziny, które jednocześnie nas supportują. Choć na przestrzeni ostatnich lat live tracking mocno to zmienił. Wiem, że gdy gdzieś startujemy, to są osoby, które on-line śledzą kropkę. Wstają ranokomentują, to jest świetne i na zawodach naprawdę dodaje motywacji. Choć dla mnie ten aspekt niemedialności nigdy nie był istotny, zawsze na rajdach robiliśmy po prostu swoje. To była też grupa ludzi, pozytywnych świrów, z których każdy był na swój sposób odjechany. To był dla mnie zupełnie inny świat. Lubiłam to. Przekraczanie własnych granic. Zmęczenie fizyczne.

zdjęcie: Karolina Krawczyk

Jak czytałam sobie po raz kolejny fragmenty Twojego autorstwa we wspólnej książce z Tomkiem, pisałaś fajnie o pływaniu w jeziorze: „jestem częścią wielkiej wody, zespalam się z nią. Moc niszczenia tafli siłą własnych mięśni […] jest hipnotyzująca”.  

Byłam wtedy bardzo młodą dziewczyną. Faktycznie, kochałam to. Choć musiałam się z tym ukrywać – przed babcią i rodziną, bo nikt nie chciał się zgodzić, żebym tak sobie pływała w jedną i drugą stronę. Może też dlatego, że ja lubię być sama, lubię samotność. Może też stąd moje sporty – pływanie czy jazda na rowerze MTB, bo one mi to po prostu umożliwiały. Ponadto kocham przyrodę i uwielbiam w niej przebywać, więc wszystko było ze sobą związane. A to pływanie? Opoczątku miałam głupie pomysły. Takie sportowe i wyzwaniowe. Teraz gdy o tym myślę, to dopiero po latach widzę, dlaczego może niektórzy się dziwili, że tak robię. Dla mnie z kolei to było coś zupełnie naturalnego. Tak jak później robiłam coś na rowerze czy biegowo. Miałam na coś ochotę, to po prostu szłam i to robiłam. Nie patrzyłam na to pod kątem, czy to fajnie, czy nie, czy ktoś mnie będzie oceniał, czy to mogę robić, czy nie mogę. Moja mama zawsze mówiła, że ja i tak zrobię po swojemu, niezależnie od tego, jakiej rady mi nie udzieli. I tak było.  

Fajnie, że miałaś na to przestrzeń. Ale Ty masz naturę samotnika, co? 

Trochę tak. Lubię przebywać z ludźmi, słuchać ich historii. Ale bardzo też potrzebuję być sama.  

Ostatnio coraz więcej mówi się o ludziach wysoko wrażliwych.  

Tak, czytałam o tym i wyszło mi, że chyba jednak taka jestem. Kiedyś się zupełnie o tym nie mówiło. A gdy czasem myślę sobie o tym, jakie mam dyskomforty związane z tłumem, różnymi irytującymi dźwiękami czy oglądaniem przemocy czy koncertami... W ogóle nie lubię koncertów, byłam na jakichś może dwa razy w życiu. Tak mam, nigdy z tym nie walczyłam. Zawsze starałam się zrozumieć swoje potrzeby. Kiedyś o tym też tak nie myślałam, dopiero gdy zaczęłam czytać na ten temat w internecie, to przemknęła mi myśl: kurczę, może też taka jestem?  

Chcesz zostać przy rajdach? Masz jakieś plany z nimi związane?  

Bardzo bym chciała. Od lat moim największym sportowym marzeniem – i na razie się to nie zmienia – jest rajd w Patagonii, Patagonia Expedition Race. Wciąż odkładam wyjazd w tamte rejony po to, by poznać te miejsca z perspektywy rajdu. Bo to jest zupełnie inne poznawanie świata. Niedawno wróciłam z Azji – z Birmy i Wietnamu, gdzie byłam z kolegami. Po powrocie pomyślałam, że wyjazd i sama podróż były naprawdę super, ale jednak to, co ja uwielbiam, to rajdy. To tak inny poziom poznawania przyrody i miejsc! Być może ktoś, kto tego nie doświadczył, tego nie zrozumie. Jednak miejsca, które nam pokazują lokalsi, bo to oni najczęściej organizują rajdy, to zazwyczaj tereny naprawdę niesamowite, znane tylko miejscowym. Żaden przewodnik by nas tam nie poprowadził. Dzięki temu też zmęczenie schodzi na dalszy plan, bo wiesz, że jesteś w tak niesamowitym miejscu. I przy tym uprawiasz sport, który kochasz, i jesteś w zespole z ludźmi, których lubisz i  dla ciebie oparciem. To jest inny rodzaj i poziom doświadczenia. Gdy byliśmy w Chinach dwa lata temu, organizator dostał pozwolenie, żeby nas wprowadzić w miejsca, do których turyści nie mają wstępu. Gdy wróciliśmy, byłam bogatsza o tyle rzeczy! Gdybym pojechała po prostu do Chin, wielu z tych rzeczy nie miałabym możliwości zobaczyć.  

Jakiś czas temu mój znajomy napisał na swoich kanałach w SM, że był w wielu krajach. Francja, Hiszpania, Włochy itd. Ale pytany o to, jak podobał mu się Paryż, Madryt czy Rzym, nie potrafi odpowiedzieć na te pytania, bo Francja to dla niego Verdon, Hiszpania to El Chorro, Włochy to Arco albo Sperlonga. Zna te kraje, ale z zupełnie innej perspektywy. Podobnie Dołęgowscy w Finlandii. 

A jednocześnie byli bardzo blisko przyrody i kompletnie wyjątkowych miejsc! Byliśmy parę lat temu na Sardynii – gdybym tam pojechała tak normalnie, ze znajomymi, to w życiu bym tej wyspy nie postrzegała tak, jak pokazali nam to organizatorzy rajdu, w którym braliśmy udział. I za każdym razem tak jest. Podobnie było w Turcji, gdy pojechaliśmy tam z Tomkiem, Kubą Wolskim i Krzyśkiem Łakomcem. Byliśmy w rejonie turystycznymokolicach Antalyi, a orgowie wprowadzili nas w takie góry i takie miejsca, że gdybym tam przyjechała na plażę, w życiu bym nie pomyślała, że Turcja może być tak ciekawym krajem. Z górami, wąwozami, w ogóle kosmos! A ludzie, którzy tam jadą na plażę, że nie są w stanie tego odkryć! Trafiliśmy do jakieś wioski wysoko w górach, to jakbyśmy się cofnęli w czasie o jakieś sto lat!

zdjęcie: Wojciech Łużniak

A myślisz o tym, żeby wrócić do ultra?  

Na razie od kilku miesięcy walczę z kontuzją – problem z miednicą, biodrem i nogą. Mam jakąś asymetrię w ciele. Wcześniej trenowałam bardziej jak miałam ochotę, dla funu, a gdy weszłam na wyższe obroty treningowe, podeszłam do tego zadaniowo, pojawiły się jakieś bóle, które zaczęły mi mocno doskwierać. Od kilku miesięcy mam przerwę. Psychicznie było też za dużo rzeczy. Rozkręcanie Stowarzyszenia Poco Loco, organizacja festiwalu Getaway, studia w Warszawie, zaliczenia, rodzina. Córki mojego brata, z którymi chcę być blisko – chciałam być wszędzie i odbyło się to kosztem zdrowia i sił witalnych. Więc po pierwsze, kontuzja, chciałabym się wyleczyć. A po drugie, chyba mentalnie potrzebuję odpoczynku, żeby nadal sprawiało mi to dużo frajdy. W pewnym momencie poczułam, że to mój obowiązek. Oczywiście w dużej mierze to, owszem, jest obowiązek, zwłaszcza jak chcesz osiągać pewne wyniki. Po prostu przestałam mieć z tego frajdę, która była ze mną, odkąd zaczęłam trenować. To mi dawało taką zwyczajną radość życia. Ostatnio przez natłok obowiązków przestało tak być. Postanowiłam, że muszę trochę odpocząć. Zregenerować się i odkryć trochę w tym siebie na nowo. Poza tym, chcielibyśmy mieć niedługo rodzinę, a w takim natłoku stresu nie chciałabym mieć dzieci. Postanowiłam, że jak zrobię sobie parę miesięcy przerwy, to nic się nie stanie. A wciąż mam wrażenie, że nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa. Plany nadal mam, więc zobaczymy, jak będzie. (śmiech) Zresztą nie byłabym sobą bez tego. Outdoor i sport to nieodłączne części mnie. Nie byłabym w stanie bez nich żyć. Teraz jestem na etapie brania oddechu. Zawsze lubiłam być w sporcie i ta chęć osiągania w nim czegoś była dla mnie bardzo ważna. à off the record, ew. wyimek, ale nie w treści głównej wywiadu  

Pogadajmy chwilę o innych wyzwaniach sportowych. Zrobiłaś Rowerową Koronę Gór Polski, zdobyłaś ją także biegowo z Grześkiem Łuczką, jakiś czas temu przejechałaś razem z Zuzią Łuk Karpat. Zastanawiam się, jak bardzo Cię takie rzeczy kręcą? I dlaczego? Bo robisz coś jako pierwsza? Albo bijesz jakiś rekord? Czy może fast packing? W takiej formule przebiegłaś chyba trasę wokół Matterhornu czy Fogarasze w ubiegłe lato?  

Mam coś tam w planach. (śmiech) Na najbliższych kilka lat, przynajmniej tyle zajmą mi przygotowania. Ale to nie jest tak, że priorytetem jest bycie najszybszą czy pierwszą. To jest obok. Gdy jechałam na rowerową koronę, to było bardzo fajne, ale o tym, że będę pierwsza, dowiedziałam się dopiero w trakcie planowania wyjazdu, kiedy byłam już na niego w pełni zdecydowana. To nie była moja główna motywacja. A potem te kolejne rzeczy – zawsze chodzi o jakieś odkrywanie. Doświadczanie emocji. Odkrywanie nowych miejsc, bo bardzo to lubię. Zwłaszcza jak są piękne i odludne. A to, że czasami się udaje być pierwszą czy najszybszą… Rekord na Koronie nie jest już nasz – Grzegorza i mój – bo pobił go Grzegorz Leszek, choć on miał inną metodę. Chodzi mi po głowie duży rowerowy projekt, ale do tego muszę się przygotować. Zawsze bardziej też lubiłam robić niż mówić. (śmiechNigdy nie opowiadałam mocno o swoich planach. Ale też staram się nie rzucać słów na wiatr. Nigdy zresztą nie lubiłam mówić za bardzo o sobie, wolę robić niż mówić.  

Dlatego bardzo fajnie jest mieć w rękach książkę (Magister Kowalski. Historia niedokończonej miłości, wyd. Stapis), bo najciekawsze dla mnie były w niej fragmenty napisane przez Ciebie o Tobie.  

Bardzo się ucieszyłam, gdy mieliśmy wydać blog Tomka, bo on sam bardzo tego chciał. O swojej książce mówił co trzeci dzień. Gdy jednak pracowaliśmy już nad książką-blogiem, padła propozycja: „a może ty coś tam napiszesz?”, a ja zrobiłam dwa metry do tyłu. Ale jak to? (śmiech) Ale po co ja? Stwierdziłam jednak, że może OK, nie muszę pisać dużo. Może to będzie pamiątka na lata. I może to będzie ujęcie w klamrę tych emocji? Zgodziłam się i teraz się cieszę. Wtedy napisanie tego to było dla mnie duże wyzwanie, emocjonalny rollercoaster. Pisany w totalnej czarnej dziurze. Ale teraz jestem zadowolona.  

Zastanawiałam się, czy chcesz wrócić na GR 20? (Agnieszka próbowała pokonać ten słynny szlak w górach Korsyki w 2014 r. GR 20 to 180 km, 15 000 m przewyższenia, rekord kobiecy wynosi na nim 41 h 22 min)  

Przeszło mi to przez myśl. Ale z drugiej strony, zostawiłam tam tak dużo siebie… To miało zupełnie inny wymiar, choć chciałam, żeby to było sportowe. Dałam z siebie tam tak dużo mentalnie. Nie wiem, czy chciałabym to znowu przeżywać. To były najtrudniejsze momenty mojego życia. I przebiegłam też najtrudniejsze fragmenty tych gór, wylądowałam na mecie etapu, potem miało być już tylko łatwiej, góry się wypłaszczały. Ale to, że pokonałam najtrudniejsze odcinki w ten najtrudniejszy czas dla mnie – to wszystko sprawia, że już nie chciałabym tam wracać. Mimo tego, że samo GR20 i w ogóle Korsyka  po prostu fenomenalne. I trzeba być w naprawdę dobrej formie psychicznej i fizycznej, żeby to przebiec samemu. Te góry były wymagające, złowieszcze, trudne. Sam szlak jest super, ale trzeba mieć do niego duży respekt. W trakcie okazało się, że ten rekord nie jest mi do niczego potrzebny. Zresztą, to była tylko przykrywka.  

Mam takie wrażenie, bazując na tym, co widzę na Facebooku, że coraz bardziej ciągnie Cię w góry. Może nie samo wspinanie, ale powiedzmy, bardziej zaawansowana turystyka górska?  

Tak, na pewno. Bardzo mnie ciągnie w Alpy. Gdy pierwszy raz byłam w wyższych górach, na czterotysięcznikach, to mnie to szalenie zauroczyło! Na początku w góry pojechałam z Tomkiem, ale nie byłam na to wtedy przygotowana. [Agnieszka pojechała z Tomkiem na Pik Lenina, pierwszą górę podczas jego próby zdobycia tytułu Śnieżnej Pantery w rekordowym czasie, to było latem 2011 r.] Czułam się przy nim bezpiecznie i bazowałam na jego wiedzy. Potem doszłam do wniosku, że chcę być w tym samodzielna, samej wybierać sobie cele. Zapisałam się na jeden kurs, drugi. Wyjeżdżałam też gdzieś po drodze. Faktycznie jest mi to coraz bardziej bliskie. A co z tego będzie? Zobaczymy. W 2019 byliśmy na Triglavie (Alpy Juliańskie).

Jesteś też testerką sprzętu, prawda? Na czym to polega?  

Tak naprawdę od lat używam sprzętu Aury, znanej wcześniej pod brandem Yeti, jeszcze zanim zostałam ich ambasadorką. Od dwóch lat testuję ich nowe rozwiązania w śpiworach i odzieży puchowej, a teraz sztucznej ociepliny. Takie testowanie to czysta przyjemność. (śmiech) Komfort ciepłego śpiwora w czasie, kiedy na zewnątrz jest bardzo zimno i wieje to same pozytywne doznaniaZ jednej strony to testowanie, a z drugiej, ja już po prostu nie ruszam się w góry zimą albo też latem w wyższe góry bez puchowego sprzętu, bo ratuje skórę. Np. dwa lata temu na Nowej Zelandii spędzaliśmy noc w wyjątkowo małym namiocie. Zlało nas tam strasznie. Akurat tam testowałam dla Aury śpiwór hydrofobowy, tylko dzięki niemu utrzymałam komfort termiczny do rana!  

Jako pierwszy kierunek ukończyłaś fizjoterapię w Poznaniu. Teraz kończysz filozofię. To wydają się dość odległe kierunki. Skąd ta filozofia w takim razie?  

Anatomia i fizjologia, której resztą przez kilka lat po studiach uczyłam, to była świetna przygoda pod względem poznawania ludzkiego ciała i zasad jego funkcjonowania. To mi później bardzo pomogło w sporcie. Nigdy co prawda nie pracowałam w zawodzie, ale po prostu dużo wiedziałam – którą kontuzją się przejmować, a którą nie, czasem pomagałam znajomym, to było świetne. Gdyby nie ta wiedza, to pewnie w najmniejszych sprawach szukałabym pomocy, a tak mogłam pomóc sama sobie. To na pewno było fajne. Ale specjalnego połączenia między tymi dwoma kierunkami nie ma. (śmiech) To jest raczej konsekwencja kilku lat moich doświadczeń życiowych, a z drugiej strony natury poszukiwacza i zadawacza pytań. Po śmierci Tomka pytań w mojej głowie było mnóstwo. Być może więcej niż u osób, które nie mają takiej natury, że chcą wiedzieć. A może ma tak każdy, kto straci najukochańsza osobę? Chciałoby się oczywiście mieć odpowiedź na te pytania, ale to niemożliwe. Jednak samo dążenie jest pewną szkołą. Po drugie, bardzo dużo w życiu czytam i zawsze czytałam, to ważna część mnie. Miałam poczucie, że to, co czytam, nie daje mi tej wiedzy, którą chciałabym w książkach znaleźć. I szukałam czegoś ekstra, w czym znajdę jakąś większą głębię albo powód do myślenia czy odnajdywania odpowiedzi na różne pytania. Zastanawiałam się, w którym kierunku iść. Może psychologia? Ale potem zaczęłam sprawdzać program studiów i to, czego się dowiadujesz… To wydało mi się bez sensu, jeszcze bym znalazła jakąś chorobę u siebie. (śmiech) To nie było to. Przez jakiś czas się zastanawiałam: czy kursy, książki, czy studia? Pojechałam na MIUT, przebiegłam go, i miałam kilka dni, żeby pozwiedzać wyspę, a byłam tam sama. Trafiłam do muzeum sztuki współczesnej, weszłam do środka i tam na mnie nagle spłynęło. Ja sama, wielka przestrzeń i nagle tak znikąd na mnie spadło: boże, przecież ja chcę studiować filozofię! Olśnienie. Wcześniej zupełnie o tym nie myślałam! Potem zapisałam się na studia. Początkowo było bardzo ciężko, wpadłam w zupełnie inny świat. Tak jak w górach i sporcie czy rajdach czułam się pewna, że coś znaczę, osiągnęłam jakieś sukcesy amatorskie, a tam byłam taką malutką mrówką. Imponowali mi ludzie, których spotkałam – poziomem wiedzy i tym, co działo się na studiach. Mocno się tym zachłysnęłam. Choć jestem dopiero na początku tej drogi, to jednak jest toByło mi to teraz potrzebne. Zresztą, swoją pracę magisterską będę pisać z pogranicza sportu i filozofii egzystencjalnej, zobaczymy, co tego wyjdzie.  

Jest w ogóle filozofia sportu?  

Jest w Polsce filozofia sportu, zajmował się tym chyba najszerzej profesor Lipiec z Krakowa. Choć to dyscyplina bardzo wąska i mało znana, to jednak interesująca. W połączeniu moich doświadczeń, tego, że tyle lat sama jestem sportowcem, te pytania wiele lat się też pojawiały, chciałabym się temu przyjrzeć i coś o tym napisać, bo to naprawdę ciekawe.  

Wiesz, stereotyp filozofia jest taki, że to osoba, która gdzieś siedzi, do nikogo się nie odzywa, pogrążona we własnych myślach. A na swojej drodze spotkałam fantastycznych ludzi, twardo stąpających po ziemi, z ogromną wiedzą. To też nie jest łatwa dziedzina, czasem jest tak trudno, żeby wszystko zrozumieć, że pot ci się leje z czoła i tak nic nie kumasz. Ale jest to też tego warte.  

Gdy myślałam o naszej rozmowie, zastanawiałam się właśnie, jak taki sportowiec jak Ty odnajduje się w filozofii.  

Sport i filozofia to rzadki miks. (śmiech) Sama czasem się dziwię, jak się w tym odnajduję. Ale bardzo to lubię. Te dywagacje na temat sportu samego w sobie, wartości ponadczasowej, która w dzisiejszym świecie jest nieco zapomniana. Tego, co się za tym sportem kryje. Że nie chodzi o medale i buty, które masz na sobie. To znacznie bardziej wartościowe. Można długo na ten temat opowiadać, lubię krążyć wokół takich zagadnień jak poczucie siebie, wolność bycia sobą, ukryte sensy uprawiania sportu. Porównanie sportu zawodowego i amatorskiego to też ciekawe, choć obecnie mocno się te różnice zatarły. Czy w zmieniającym się świecie za chwilę nie okaże się, że sport amatorski będzie bardziej pełnił rolę edukacyjną, etyczną, pokazywał świat wartości niż sport zawodowy? Porównywanie się i próba odnajdywania w świecie – to też ciekawe. Filozofia stoików, od której, mam wrażenie, wielcy sportowcy uczyli się postępowania. Boli mnie też to, że współcześnie sport zatracił się w marketingu, dążeniu do pieniędzy, wartości czysto sportowe się często zacierająA z drugiej strony wielcy sportowcy, którzy dla idei sportu poświęcili całe swoje życie, potem popadają w depresję i mają z tego powodu problemy, mimo że ich intencje od początku były czyste, idealistyczne. To spotyka najlepszych sportowców na świecie, choćby Michael Phelps cierpiał na depresję i wciąż ma z tym problem. Pisał nawet w książce, że czym więcej miał medali olimpijskich, tym gorzej się z tym czuł. A zaczynał od chęci bycia najlepszym, dobrych aspektów, które się ze sportem wiążą. To tematy zresztą dotykające nie tylko samych sportowców, ale nas wszystkich. Ciekawe jest też to, jak się o tym mówi, uogólnia, czego nie jestem zwolenniczką. Bo kiedy mówi się o wszystkich, to tak jakby nie mówiło się o nikim, a o jednostce mówi się natomiast tak, jakby mówiło się o wszystkich. Może jak napiszę tę pracę, będę potrafiła to lepiej ubrać w słowa. (śmiech) W każdym razie filozofia sportu w połączeniu z filozofią egzystencjalną próbują odpowiedzieć na pytania: po co? O to byłam bardzo często pytana. Po co ty to robisz? Masz 18 lat, a codziennie rano idziesz na basen, po szkole zamiast uczyć się do matury, idziesz na trening. Wielu ludziom się takie pytanie nasuwa i nie ma na nie jednej odpowiedzi. Wiesz, to nie jest filozofia sportu, bo to za daleko idące słowa, ale chciałoby się znać odpowiedź na to pytanie. To oczywiście jest do zrobienia, tylko trzeba się temu lepiej przyjrzeć i to zrozumieć.

A Ty zaczęłaś się temu przyglądać?  

Ostatnio myślałam też o tym, że fakt, że długo żyjemy, to poniekąd nasze przekleństwo. Ja miałam to szczęście w nieszczęściu, że w bardzo młodym wieku miałam przed sobą śmierć. Powiedziała mi: jestem tutaj. Z jednej strony, byłam w żałobie i czarnej dziurze długo, aż w końcu się ocknęłam, w dużej mierze dzięki filozofii. W tym też jest zasługa pani Ali, mamy Tomka, która bez słowa podsunęła mi artykuł o stoicyzmie. I to na długo we mnie zostało, no i m.in. słowa Elif Safak, tureckiej pisarki o tym, że nie można przeklinać niczego, co spada z nieba. Jedno zdanie, a takie dopełnienie tych myśli. Stoicka filozofia jest super, polecam wszystkim. (śmiech) Choć nie ma dobrego opracowania po polsku na ten temat. Jedynie książki głównie starożytnych stoików, ciągle tak bardzo aktualne! To przekleństwo długiego życia… Myślisz sobie: jutro to zrobię, za tydzień, za rok. Albo jak będę miał więcej pieniędzy, jak będę bardziej ustatkowany… Ta świadomość, że możesz żyć długo, pozwala ci na takie niebycie. Na odkładanie tego bycia na później, na kiedyś. gdy przede mną stanęła śmierć, zdałam sobie sprawę, że albo teraz wszystko spieprzę, zostanę w tym na wiele lat i będę to nosić w sobie do końca życia, albo będę żyła i czerpała z życia, tak jak robił to Tomek. I wtedy do mnie dotarło, że nie mogę tak tego zostawić. Że mam jedno życie, jedno jedyne, drugiego nie będzie. Nie będę tego odkładać na później. Nie będę cały czas żyła w żałobie, bo w ten sposób zmarnuję to jedno jedyne życie. Pod tym względem ta perspektywa długowieczności jest trochę przekleństwem. Tak naprawdę nie możesz niczego odkładać, bo nie wiesz, ile masz czasu. Może pięć lat, może dziesięć, a może dwa tygodnieFilozofia odkrywa dużo innych sfer, mocno poszerza horyzonty. Porusza takie tematy jak to, kim ty jesteś w świecie, w społeczeństwie, skąd to się wzięło? Dlaczego tak trudno odkryć tajemnicę życia? To jest świetne, chciałabym też kiedyś o tym coś napisać. Przelać na papier te słowa i myśli, które mam w głowie.  

Teraz podzielenie się takimi myślami jest raczej nietrudne. Są social media, blogi…  

Zawsze mi się wydawało, że Facebook czy blog to takie szybkie i bezrefleksyjne medium. Oczywiście, to też medium motywujące, dzielące się wiedzą, ludzie dzięki niemu wzajemnie się motywują. Jednak zawsze byłam zdania, że we wzajemnej relacji nie chodzi o to, żeby pokazać, co się dzisiaj zjadło na obiad czy ile przysiadów zrobiło na siłowni. To nigdy nie był mój świat. Znacznie bliższe są mi jakieś głębsze dywagacje, ale nie każdy chce tego słuchać czy czytać. Dlatego póki co mam to w sobie głęboko. Może ta praca magisterska będzie dla mnie bodźcem. (śmiech 

Jako organizatorka masz w portfolio trzy biegi, prawda? ZUK, Forest Run – edycje letnia i zimowa. Czy pracujesz poza tym?  

Tak. Plus Getaway i organizujemy też bieg charytatywny w Olsztynie. Poza tym robimy też wydarzenia na zlecenie. Na razie nigdzie na stałe nie pracuję. Poświęciłam się organizacji. Do połowy roku zresztą będę miała tak dużo na głowie, że nie będę miała przestrzeni, żeby się tym zająć. Zresztą nie wiem nawet, czy chcę. Czy rozwój stowarzyszenia nie będzie tą drogą, którą pójdę. Mamy kilka pomysłów, może uda się je zrealizować.  

Wolisz być zawodnikiem czy jednak organizatorem?  

A to ciekawe pytanie. (cisza) Chyba i to, i to. Wiesz, ja nigdy dużo nie startowałam w zawodach. Nie miałam sezonów wypełnionych po brzeg. Jak już mi się jakieś biegi spodobały – czy to trasa, czy rejon, czy ludzie, którzy je organizują czy jadą na nie, jak np. Chojnik, na który często wracam, to tak, startowałam. Ale jak już to robiłam, to z pełnym sercem, żeby powalczyć i zrobić coś fajnego. Lubię być zawodnikiem, mimo wszystko lubię rywalizację, lubię się rozwijać. Ale lubię też być organizatorką, lubię jak się dużo dzieje i wszystko się spina, cała machina idzie w ruch. (śmiechPrzy ZUK-u pracujemy kilka dobrych miesięcy, żeby wszystko się zadziało, a potem dwa dni, dzieje się i koniec. Później przychodzi taka pustka. (śmiech) Bycie zawodnikiem wiąże się z treningami, trenowaniem w górach, bycie w górach było dla mnie większą wartością niż same zawody. Więc chyba tak pół na pół.

zdjęcie: Piotr Dymus

Skąd się Wam wziął Getaway?  

To chyba naturalne rozwinięcie naszych zainteresowań. W ogóle na początku ZUK miał być też dodatkowo festiwalem sportów ekstremalnych. Ale nie dało się organizacyjnie i logistycznie tego połączyć. Organizacja samego biegu jest jednak bardzo wymagająca, a mamy część prelekcyjną w sobotę – to był organizacyjnie maks, na który możemy sobie pozwolić. Więc skoro nie mogliśmy zrobić festiwalu w Karpaczu, pomyśleliśmy, że zrobimy go gdzie indziej. A że na co dzień mieszkamy w Poznaniu, to właśnie zrobiliśmy festiwal w Poznaniu. Chcieliśmy tam przemycić ideę ogólnie pojętego outdooru. I kajaków, wspinania, pływania, rowerów, wszystkiego, co cię wyciąga z domu, poszerza ci perspektywę, pozwala ci odkrywać nowe rzeczy, uczyć się ich i pokazuje świat na nowo. Taka była nasza idea: żeby odkryć te miejsca, które ma się pod nosem. Wciąż uważam, że Szczecinek i Pomorze to jest mega miejsce do trenowania i do życia. Patrzysz na mapę i myślisz sobie, że tam nic nie ma. A tam  jeziora, pola, łąki, lasy. Ja tam miałam szczęście odkryć te miejsca dzięki rowerowi, potem biegowo. Podobnie okolice pod Poznaniem. Dużo ludzi myśli, że aby odkryć coś ładnego, trzeba jechać do Australii czy Nowej Zelandii, bo tylko tam jest ładnie. To nie tak. Polska jest piękna, co też odkryłam dzięki rajdom, bo w kraju startowałam w ponad 30 rajdach, w różnych częściach Polski. Czasem na takich zadupiach, które ciężko znaleźć na mapie. I często się okazywało, że to przepiękne miejsca. Nawet gdy w zeszłym roku byliśmy z Krzyśkiem na Krajnie, okazało się, że na drodze między Poznaniem a Szczecinkiem były takie tereny, że ja wyjechałam stamtąd w szoku! Znowu odkryłam coś niesamowitego, chociaż to było pod nosem! Właśnie Getaway ma taką ideę: żeby wyjść z domu, szukać wrażeń i kontaktu z przyrodą gdzieś blisko, niekoniecznie wydając dziesiątki złotych na dalekie podróże. Często ludzie mają taką wymówkę: nie pojadę gdzieś, bo mnie nie stać, bo to za drogie. Niekoniecznie. Możesz wziąć rower z garażu, pojechać do najbliższego parku narodowego czy krajobrazowego i tam odkryć jakieś super rzeczy! Być może w tym roku zmienimy nieco jego formę, nastawimy się bardziej na aktywne rzeczy, a nie prelekcje i filmy? Zobaczymy.  

Czy Ty jesteś zadowolona z miejsca, w którym obecnie jesteś?  

Tak. Myślę, że na tyle, na ile to wszystko się potoczyło, na ile miałam wpływ na swoje życie, to tak. To, że nie ma Tomka, że było Poco Loco – to nie były moje decyzje. Nigdy nie przypuszczałam, że będę organizatorką biegów. To się samo potoczyło. Nie wiedziałyśmy, że będziemy z Anią tak długo razem pracować. Ale chyba wykorzystywaliśmy z wszystkimi osobami nasz potencjał na tyle, na ile się dało. Więc myślę, że tak. Miałam kiedyś takie poczucie, że chciałabym więcej. Ale zdałam sobie sprawę, że tak się nie da. Że trzeba coś w życiu wybrać i tym wyborem się kierować i zgodnie z nim podążać. Bo gdyby się chciało i biegać na najwyższym poziomie, i jeździć na rowerze, i jeszcze skitury, i wspinaczka, i wszystko To jest niemożliwe. Już teraz wiem, że tak się nie da.  

Nadal chcesz otworzyć prywatne schronisko blisko gór? 

Tak! Chcemy oboje z Krzyśkiem(śmiechNadal to moje wielkie marzenie i mam nadzieję, że za kilka lat się spełni. Już powoli wybieramy miejsce pod schronisko. To mnie bardzo podtrzymuje przy tym, co bym chciała od życia. Oczywiście teraz to, gdzie jestem, jest w porządku – dlategoże wiem, że za parę lat będę gdzie indziej. Ale faktycznie, bardzo chcę mieć schronisko na odludziu, blisko natury. Wiem, jak będzie wyglądało. Na początku mnie to przerażało – pod kątem finansowym, organizacyjnym. Ale wiem, że się da. Po prostu trzeba zacisnąć zęby. Na szczęście Krzysiek też tego bardzo chce. To będzie fajna przygoda. Chciałabym tam wychować swoje dzieci.  

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły