Droga do UTMB. Odcinek 56

Przysłup, 13.02.2018

Pusta ta droga do UTMB. Od 12 tygodni nic nią nie przejechało, nie przebiegło, ani nawet nie przeszło. Że nie pisałem z Afryki, to jeszcze można jakoś zrozumieć. Że nie pisałem po Afryce - też jeszcze mogę się jakoś wykpić. Ale że nie pisałem później - tu już nie mam dla siebie żadnego wytłumaczenia. Oprócz dołka psychofizycznego, w którym znalazłem się jeszcze jesienią, i z którego dopiero teraz powoli się wygramalam. Z trudem, bo - jak się okazało na zeszłotygodniowym badaniu w Sportslabie - po roku intensywnych treningów przybyło mi... 5 kg ciałka!

GRUDZIEŃ

Kilimanjaro Extreme Marathon - przygoda życia, o której więcej przeczytacie w najnowszym wydaniu ULTRA #15 (to ten numer z okładką "COOL GUY"). Pod względem towarzyskim oceniam to wydarzenie na 6 z plusem. Michał Gawron zebrał wokół pilotażowej edycji "najwyżej położonego maratonu na świecie" grupę fantastycznych ludzi, z którymi dobrze bym się bawił i na 5 tysiącach metrów, i na mazowieckiej równinie, a pewnie też i w łodzi podwodnej. Teoretycznie to bieganie (a konkretnie zbieganie) miało być głównym punktem programu, ale - przynajmniej dla mnie - nie było. Główną "atrakcją" była za to walka o zdrowie (podobno wręcz o życie) w obozie pod szczytem Kilimandżaro. W końcu Ani Gregorczyk z Polskiej Misji Medycznej udało się postawić mnie do pionu, ale nie było mowy, żebym ponownie wdzierał się na górę. OK, jak dół to dół, jestem już przyzwyczajony. W Kilithonie wystartowałem z pozycji wyrzutka, oddelegowanego na Stella Pass, przełęcz odległą o ok. 1 km od Uhuru Peak. Koniec końców organizatorzy w uznaniu za moją dzielną (choć nie do końca świadomą) walkę odpuścili mi te brakujące metry i, po przyłożeniu symbolicznej kary, uhonorowali mnie mianem oficjalnego finiszera Kiimanjaro Extreme Marathon. Warto było tłuc się te 40 km z hakiem chociażby dla pięknej pieśni Jumbo Bwana, którą obsługa biegu wyśpiewała mi na mecie (położonej jakieś 4 tys. metrów poniżej startu). To był ostatni dobry moment w grudniu, potem było już tylko gorzej. (fot. Piotr Dymus)

STYCZEŃ

Po raz pierwszy od trzech lat nie spędziłem sylwestra na biegowo. To znaczy zrobiłem kilkunastokilometrowy trening, ale w porównaniu do biegu dookoła Beskidu Niskiego (a konkretnie jego zachodniej części) czy zeszłorocznego biegu do Kupy, to bylo małe miki. Nie miałem weny, energii, ani siły, żeby wymyślać, a tym bardziej porywać się na kolejny szalony projekt. Rok 2017 miał piękne momenty, ale ogólnie wdeptał mnie w ziemię. Postanowienie na kolejne 12 miesięcy? Więcej odpoczywać, więcej siedzieć na dupie, mniej jeździć po Polsce i po świecie, a więcej trenować. Tak mi dopomóż bór! Trener Świerc wyczuł, że nie jest dobrze i rozpisał mi łagodny wymiar treningów na cały styczeń - i to bez proszenia, taki coach to prawdziwy skarb! Tym sposobem cały miesiąc spędziłem z przyjaciółmi w Beskidzie Niskim, szlifując technikę. (fot Jan Nyka)

LUTY

Lżejsze treningi + DUŻO ZA DUŻO słodyczy = 5 kg do przodu. Kiedy w zeszły wtorek, prawie równo rok po mojej pierwszej wizycie u Szczepana i Iwony w Sportslabie, powtórzyłem badanie wydolnościowe, nie mogłem uwierzyć w to, co usłyszałem. VO2max bez zmian, prędkość maksymalna bez zmian, tylko wydolność na niskich tętnach wyraźnie lepsza. No i jest mnie więcej o 5000 g. Miki the Big! Nie jestem początkującą modelką, która po werdykcie jury na castingu do telewizyjnego show ma ochotę popaść w anoreksję, nie jestem gościem, który dzień zaczyna od skoku na wagę, ale - do cholery! - po roku ciężkich treningów moim największym osiągnięciem ma być... osiągnięcie granicy 80 kg?! Nie ma mowy! Nie po to Świercu siedzi nad tabelkami dla mnie, nie po to ja sam wylewam codziennie litry potu, żeby kilka tygodni utraconej koncentracji cofnęło mnie tak bardzo na naszej Drodze do UTMB. A zatem koniec użalania się nad sobą, dupa w troki i do roboty. "Diagnoza" Szczepana najpierw mnie podłamała, ale dziś - po tygodniu od badania - czuje, że wrócił power, który w zeszłym roku pozwolił mi przezwyciężyć wszystkie przeciwności i ukończyć CCC. Wróciłem na dobry tor. Tor Do Szczęścia, w skrócie TDS, biegowego szczęścia, które mam zamiar poczuć ponownie pod koniec sierpnia w Chamonix. A UTMB dopiero w 2019 r. To postanowione! (fot. Iwona Gręda)    

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły