Droga do UTMB. Odcinek 44

Przysłup, 20.11.2017

A imię jego… Czterdzieści i Cztery. 44. tydzień moich przygotowań do UTMB był pierwszym po okresie roztrenowania. Roztrenowania, które odbyło się na dwóch poziomach: najpierw zrobiłem sobie długie wolne od pisania, a później trener Świerc zaordynował trzy tygodnie odpoczynku od biegania. Ale już jestem z powrotem. Niedługo półmetek „Drogi do UTMB”, więc najwyższy czas wziąć dupę w troki!

Poniedziałek

Równo po 22 dniach na luzie, przyszedł poniedziałek, 13 listopada, kiedy trzeba było wrzucić pierwszy bieg. Miało być „spokojne 10 km”, ale zgadzał się tylko dystans, spokoju nie było. Łydki, uda, serce, płuca – każda część mojego ciała została brutalnie wyrwana z trybu uśpienia. Pierwsze 5 km jeszcze jakoś poszło, ale to dlatego, że z górki, i że szok. Potem było już tylko gorzej. Według zaleceń trenera ostatnie 10 minut miałem zrobić mocniej. Ha, ha, good luck and good night, przechodzę do kategorii emerytów!

Wtorek

To może być jeszcze gorzej?! Budzę się i czuję się jak swój własny dziadek. Wszystko boli, tu ciągnie, tam strzyka, gęba spuchnięta, energii brak. A tu w planie fartlek. Fartlek, czyli jednostka treningowa, w której bawisz się tempem. Teoretycznie sama przyjemność, w praktyce – wcale nie jest mi do śmiechu. Na wtorkową zabawę wybrałem się na pasmo Magury Małastowskiej. Po 2,5 km byłem na szczycie, tuż przy cmentarzu z czasów I wojny światowej, który kilka lat temu odrestaurował Magurycz, potem jakieś ćwoki pomazały go sprejami, a potem ktoś bazgroły zmazał. I świat się kręci. A ja razem z nim. Czuję się źle, chcę się zatrzymać, a najchętniej zniknąć. Gdzie ta zabawa? Gdzie radość z biegania?! Twarz rozwesela mi się tylko na chwilę, gdy spotykam chmarę jeleni – są piękne i szybkie – chciałbym biegać tak jak one! Ale zamiast tego – ajjj! – z boku prawego kolana poczułem dobrze znane ukłucie. Dzień dobry, pasmo, jak się masz?!

Środa

I tak huk bombki strzelił. Zamiast trenować, muszę leczyć pasmo. Nasza przyjaźń trwa już kilka lat, więc wiem, że kochane pasmo najbardziej lub rolowanie i rozciąganie. Jak dobrze pomasuję, to nie marudzi. No to masuję. I pedałuję. Za radą trenera Świerca zamiast na bieg, ruszam na rower. 30 km po górkach Łemkowszczyzny daje mi poczuć, że żyję. Pasmo trochę krzyczało po drodze, ale bez dramatów. Wygląda na to, że sytuacja jest pod kontrolą. W niedzielę Gorlicki Bieg Górski – trzeba postępować ostrożnie.

Czwartek

W związku z sytuacją awaryjną, tego dnia znów nie biegam. Jadę do Wysowej na basen, gdzie pływam 30 minut kraulem, a potem idę na saunę. Pasmo chyba lubi wodę, bo siedzi cicho jak nigdy! Wieczorem dużo rozciągania i jogi. Odpalam I cz. „Ultra na macie”, czyli cyklu jogi dla ultrasów autorstwa Magdy Ostrowskiej-Dołęgowskiej, który publikujemy w magazynie ULTRA. Lubię to!     

Piątek

Pierwszy od wtorku dzień, kiedy realizuję plan. Ale tylko dlatego, że na ten dzień jest przewidziane… wolne. Na południe przyjeżdża mój wspólnik i przyjaciel Rosół. O 8 rano odbieram go z Krakowa i jedziemy do Jasła, gdzie przeprowadzamy warsztaty dziennikarskie dla młodzieży. Potem do północy świętujemy 10. urodziny Towarzystwa Sportowego „Sokół”. Muszę przyznać, że mają formę jasielskie Sokoły. Forma jest na tyle wysoka, że na moją ukochaną górkę wracam dopiero w sobotę w południe. Przywozi mnie Ania Witkowska, która zgarnia mnie z Gorlic po drodze na Gorlicki Bieg Górski.

Sobota

Planowo miało być długie wybieganie z naciskiem na zbiegi, ale zamiast tego poszliśmy z Anią na spacer, a potem… upiekłem (a nawet lekko przypaliłem!) szarlotkę. Wieczorem dojechała naturalna frakcja biegaczy z północy, czyli Norbul i spółka. Rzutem na taśmę na wycieczkę w Beskid Niski załapała się też Karola Krawczyk, która następnego dnia tuż przed świtem wsiadła na rower i ruszyła pod słowacką granicę. To dzięki niej mam taką piękną pamiątkę z jesiennego Regietowa. Dzięki, KK!

Niedziela

Trail na czterech łapach. Start w Gorlickim Biegu Górskim miał być moim przełamaniem na „Drodze do UTMB”, która jakoś dziwnie zaczęła mi się ostatnio rozjeżdżać na wszystkie strony. Szukałem bodźca, który wróci mnie na właściwy tor i spodziewałem się go odnaleźć gdzieś na granicznym szlaku, pomiędzy Wysową, Regietowem i Kozim Żebrem. I odnalazłem! Ale zupełnie nie tam, gdzie myślałem. Z lekkiego biegowego marazmu wyciągnęły mnie wcale nie piękne widoki, wspaniałe emocje ani spotkania z ludźmi, których uwielbiam, lecz… kije. Tak, zwykłe kije, dwa karbonowe kije, dwa niepozorne biało-czerwone patyki. Dostałem je do testu od marki Deadly Sins, którą założyli Kamil Leśniak z kumplem Piotrkiem. Ależ to była frajda przemierzać moją ukochaną krainę z Deadly Sinsami w dłoniach. Dzięki nim w ogóle się na trasie GBG nie zmęczyłem, nawet podejście pod Kozie Żebro wydawało się dziwnie łatwe. Pomyślicie, że zwariowałem, ale przysięgam na beskidzkiego Boga, że to te kije okazały się bodźcem, który zwrócił mi radość z biegania. Jednak życie samo pisze najlepsze scenariusze. Do zobaczenia w następnym odcinku!

PS Pasmo nażarło się szarlotki i śpi.

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły