Chcę rywalizować z najlepszymi.

Tatry, 24.12.2020

Choć okres pandemii nie był na pewno czasem sprzyjającym na debiut nowej imprezy biegowej, mimo wielu przeciwności pod koniec lipca wielu z was mogło rywalizować podczas Tatra SkyMarathon. Rozmawiamy z Marcinem Rzeszótką – organizatorem TSM o biegu, ale też o treningach, bieganiu i planach na przyszłość.

Wywiad z Marcinem Rzeszótką, rozmawiała: Ola Belowska, zdjęcie główne: Jacek Deneka / Ultralovers

Ola Belowska: Czy udało Ci się już odpocząć po emocjach związanych z organizacją Tatrzańskiego Festiwalu Biegowego – Tatra SkyMarathon?

Marcin Rzeszótko: Już tak. (śmiech) Cieszę się, że udało się wrócić do normalnego trybu – trenowania, reżimu treningowego i że cała sytuacja się uspokoiła. Jest jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, np. konferencja prasowa w Kościelisku podsumowującą bieg. Montujemy też film z zawodów razem ze Szczytografią, zajmujemy się podziękowaniami, a także piszemy już podania o organizację imprezy na 2021 r. – 24 lipca.

Zdjęcie: Piotr Oleszak

Czyli postanowione – Tatrzański Festiwal Biegowy TSM będzie imprezą coroczną.

Tak. Chcemy, żeby zawody odbywały się co roku. Aktualne stanowisko dyrektora Tatrzańskiego Parku Narodowego (TPN), którym podzielił się ok. dwóch miesięcy temu, zakłada organizację 10 imprez w roku. Ta liczba jest niezmienna i obejmuje zarówno wydarzenia zimowe, jak i letnie. Mają to być zawody mocne, jakościowe i Tatra SkyMarathon. Mamy też bardzo pozytywny feedback po zawodach, chciałbym kontynuować rozwijanie Tatrzańskiego Festiwalu Biegowego i zorganizować pierwsze zawody Pucharu Świata w biegach górskich w Polsce.

Od początku mieliście takie plany?

Jesteśmy w trakcie zaawansowanych rozmów na ten temat. W tym roku ograniczeniem były m.in. środki finansowe, które muszą zapłacić nowe powstałe imprezy, ale też presja, czy udźwigniemy zawody rangi Pucharu Świata podczas debiutu. Teraz wiemy już, co w czasie tego festiwalu wyszło dobrze, a co musimy poprawić pod kątem edycji w 2021, aby sprostać postawionemu sobie celowi.

Skąd wziął Ci się pomysł na TSM?

Geneza tego biegu jest bardzo długa. Od dawna inspiruję się imprezami, które wniosły coś nowego na arenę górskich biegów w Polsce. Bez wątpienia tak było w przypadku Biegu Ultra Granią Tatr. To dla mnie zupełnie nowa jakość, fantastyczna impreza. Przyglądałem się pierwszej i drugiej edycji, stwierdziłem wtedy, że to coś, w czym chciałbym wziąć udział. Można powiedzieć, że bieg stał się kultowy.

Zdjęcie: Piotr Oleszak

Jak dla mnie to on był kultowy, zanim w ogóle doszło do pierwszej edycji.

Natomiast jeśli chodzi o Tatra SkyMarathon, chodziło nam o zorganizowanie biegu na wzór imprez europejskich, w których brałem udział. Jest tam swego rodzaju celebracja, biegowa fiesta. Inspirowałem się wieloma świetnymi imprezami pod kątem takich rzeczy jak oznaczenia trasy, organizacja punktów żywieniowych, prezentacja TOP 10 zawodników przed biegiem itp. Wzorem były dla nas wspomniany już Bieg Ultra Granią Tatr i m.in. Biegi w Szczawnicy. Zwłaszcza właśnie festiwal w Szczawnicy jest świetnie zorganizowany chociażby pod kątem sponsorskim. Od organizatorów obu tych biegów dostaliśmy cenne uwagi odnośnie do organizacji, które mogliśmy wykorzystać. Doradzali nam, dzielili się wiedzą i bardzo pomogli.

Czy w organizacji brał też udział Twój klub, KW Zakopane?

Klub Wysokogórski w Zakopanem był głównym organizatorem. Od dłuższego czasu organizujemy zawody w biegach górskich, począwszy od lat 70., Biegu na Rakoń i Wołowiec w 2012 i Tatra Fest Bieg, organizowany przez Magdę Ziaję-Żebracką i klub. Tym razem niezależnie od Tatra Fest Bieg, chcieliśmy zrobić imprezę nieco inaczej i wyrobić sobie własną markę – Tatra SkyMarathon. Pod nazwą nie kryje się najtrudniejszy bieg, z największą ilością, skał, błota czy przewyższenia. Nie budujemy komunikacji wokół chwytliwych haseł typu „najlepsza pizza w mieście”. Unikałem tego przy okazji każdego wywiadu, łącznie z tym, że prosiłem o zmianę, jeśli tego typu sformułowania pojawiały się w mediach. Postawiłem na ocenę samych uczestników, niech oni powiedzą, co kryje się pod tą nazwą i czy warto przyjechać do Kościeliska, czy to na trening, czy właśnie zawody.

Zorganizowaliście imprezę w czasie podwyższonej liczby infekcji koronawirusem w Małopolsce. Nie baliście się, że impreza zakończy się masowym zarażeniem?

Organizacja czegokolwiek w tym czasie jest czymś trudnym i trzeba się liczyć ze sporym ryzykiem. Przestrzeganie reżimu sanitarnego i wytycznych to jedno, Strach przed zamknięciem eventu to drugie. Akurat mieliśmy taką sytuację, gdzie w czwartek na dwa dni przed startem. To było dla mnie najbardziej stresujące. Jeden z organizatorów zadzwonił do Komendy Wojewódzkiej Policji, mówiąc, że mamy zgłoszone wydarzenie na 700 osób, co oczywiście było nieprawdą. Start, który mieliśmy zaplanowany w falach, musiał zostać zmieniony. Rozmowy trwały w czwartek i piątek, co stresowało nie tylko nas, zawodników, lecz także policję powiatową pod kątem zabezpieczenia. Koniec końców wypracowaliśmy wspólne porozumienie, a w zasadzie, wróciliśmy do początkowych ustaleń i działaliśmy wg. obowiązujących przepisów. Dodatkowo w nocy z piątku na sobotę zmieniło się rozporządzenie, dzięki czemu zawodnicy mogli wystartować wspólnie.

Zdjęcie: Jacek Deneka

Spróbowałeś już organizacji, zatem mogę Ci zadać to pytanie: co Cię teraz bardziej kręci? Bieganie czy jednak praca nad swoimi zawodami?

Zdecydowanie bardziej startowanie. Organizowanie jest czymś niesamowitym, to projekt, który się udał, bardzo się z tego cieszę. Stwierdziłem później, że po takich przygodach, wesele zrobilibyśmy na spokojnie w dwa dni! (śmiech) Nie rezygnując z trenowania czy przerw na kawę. Cieszę się jednak, że mimo niedogodności udało się wszystko zorganizować. Byliśmy pierwsi na Podhalu z organizacją imprezy przy nowych wymaganiach. Mieliśmy liczne kontrole. Dużo osób mówiło nam potem, że nie spodziewało się eventu w takiej formie. Myśleli, że to będzie dużo mniejsze, mniej profesjonalnie zorganizowane – to było miłe. Oczywiście wielu rzeczy „covidowo” nie udało się zorganizować przy festiwalu, jest apetyt na więcej. Chciałbym, aby Tatra SkyMarthon odbywał się cyklicznie, co roku. Nigdy nie będziemy stricte komercyjną imprezą, zwłaszcza jeśli chodzi o poruszanie się na terenie TPN-u, co może wydawać się minusem, ale to wg mnie też duży plus. Skoro mamy tak mało miejsc na liście, to staramy się, żeby wystartowało u nas jak najwięcej osób z elity, nie pomijając przy tym zawodników ze środka czy końca stawki.

Trudności biegu nie generuje ani dystans, ani przewyższenie, tylko rywalizacja. To kto pojawia się na zawodach decyduje o ich randze i w tę stronę chcemy iść.

Jest naprawdę niewiele biegów w Polsce, na których rywalizuje więcej niż dwu–trzyosobowa osobowa elita. Takim biegiem jest m.in. Wielka Prehyba w Szczawnicy, Bieg Marduły czy setka w Krynicy, a zwłaszcza 33 km GMT na DFBG, te zawody zasługują na uwagę zawodników, dalej kibiców i sponsorów. Aby podnieść rangę naszej imprezy, oprócz zawodników polskiej elity chciałem zaprosić osoby z zagranicy jak chociażby Peter Frano. Zdecydowana większość nie przyjechała, głównie przez problemy związane z lotami podczas pandemii. Jest to jedno z wyzwań na 2021 – aby przyjechała mocna ekipa z międzynarodowych teamów.

Czy sądzisz, że dużym ułatwieniem było dla Ciebie to, że jesteś tutejszy? Pamiętając oczywiście, że urodziłeś się w Bielsku?

Jeśli chodzi o poziom instytucjonalny, nie wiem, czy było mi lżej jako mieszkańcowi Zakopanego. Na pewno nie było zbyt wielu problemów. Uważam, że szczególnie na terenie Tatr organizatorzy imprez sportowych działają wspólnie, bo tak naprawdę nie stanowimy dla siebie konkurencji. Jest miejsce, żeby latem rozegrać i Tatra SkyMarathon, i Tatra Fest Bieg, w przyszłym roku Grań. Zależy mi na odstępie pomiędzy zawodami, aby każdy mógł wziąć udział w dwóch, a jeśli chce, to trzech, czterech imprezach w Tatrach. Przy organizacji kierujemy się wspólnymi wartościami nie tyle narzuconymi przez TPN, co górskiej etyki. Chcielibyśmy zatrzymać teren parku przed ekspansją komercyjności. Tatry tego nie potrzebują. Uważam, że TPN działa w dobry sposób – limity z czegoś wynikają. Gdy na Zegamie startuje 500 osób, a samych kibiców jest 10 tysięcy, teren pozostaje nietknięty. Ludzie stoją, biegną tam, gdzie są ku temu wyznaczone miejsca. Mój tata zamykał trasę i nie znalazł ani jednego papierka. My nie jesteśmy tego nauczeni, sytuacja dynamicznie się zmienia. Po zawodach wspólnie z wolontariuszami posprzątaliśmy śmieci, które co weekend pojawiają się w Tatrach. Było ich sporo w dolinach, natomiast na trasie – zero. Nie było ani jednego opakowania np. po żelu. Uświadamianie turystów o tym, że właśnie na tej trasie odbywają się zawody, to również coś, na co kładliśmy duży nacisk. Zajęło to sporo czasu, efekt? Bartek po dotarciu na metę mówił, że turyści byli niesamowicie zaangażowani, kibicowali, bili brawo, dopingowali, o to chodzi! Często śmiejemy się z osób przyjeżdzających w Tatry, przedstawianych jako kompletni ignoranci. Liczy się tylko browar, kiełbasa i szarlotka. Tak naprawdę jak się powie o zawodach i wciągnie ich w biegową fiestę, chętnie się zaangażują. Może nie wszyscy, ale ponad 95 procent z nich. I robimy krok w stronę Zegamy. Kiedy sami zaczniemy zachowywać się w sposób mniej utylitarny, bardziej otwarty, możemy oczekiwać zwiększenia limitów czy zniesienia niektórych zakazów.

Zdjęcie: Piotr Oleszak

Jak to się stało, że przeniosłeś się do Zakopanego?

Zaszczepili to we mnie rodzice. Wyjazdami do Zakopanego, turystyką, czy tutaj, czy w Dolomitach – taką fascynacją górami. Wiele rzeczy robiliśmy w sposób początkujący, bez większej wiedzy. Takie odkrywanie zawsze trwa trochę dłużej, jest bardzo fajne i spokojne. Znajdowaliśmy sobie nowe cele, ale nie było to nic spektakularnego. Nigdy nie byłem znudzony górami. A gdy trenowałem narciarstwo biegowe w szkole sportowej w Szczyrku, a potem w kadrze narodowej, dużo czasu spędzaliśmy w Zakopanem, ale też w Szklarskiej Porębie itd. Miałem z Zakopanego dużo znajomych, tu poznałem też swoją dziewczynę Weronikę, z którą razem mieszkamy. Szukałem pracy na wakacje, a także takich, żeby tu zostać, gdy już skończyłem biegi narciarskie. Praca na budowie plus wspinanie.

Jesteś także ratownikiem TOPR, prawda?

Tak, od dwóch lat jestem ratownikiem, złożyłem przysięgę. Niestety w ubiegłym roku miałem kontuzję, przez co nie chodziłem na akcje ani dyżury. Stwierdziłem, że na dyżurze powinienem być w pełni wypoczęty i sprawny. A skosić trawę czy umyć samochód mogę poza nim. Naczelnik mi polecił, żeby się zrehabilitować i wyleczyć. Nawet teraz schodzenie z obciążeniem to dla mnie największy problem, więc staram się na to uważać, żeby się nie skasować. Wolę zakończyć etap rehabilitacji i wrócić do działań na 100 procent.

Co Cię skłoniło, żeby zostać TOPR-owcem?

Czytałem książki Wawrzyńca Żuławskiego i Jana Długosza Komin pokutników, pozycje o wspinaniu w Alpach np. Waltera Bonattiego itd. Przy okazji pierwszych sezonów taternickich przeczytałem pewnie kilkanaście takich tytułów. Szczerze mówiąc, nie byłem romantycznie zafascynowany polarem z krzyżem. (śmiech) Stwierdziłem po prostu, że mogę dać coś od siebie. Biegam – w miarę szybko. Wspinam się nie najgorzej, zimowo też parę przejść już miałem, mam dobrą wydolność, jestem szybki i mogę coś wnieść od siebie podczas akcji. Być pomocnym. TOPR nie jest instytucją, która zrzesza wielu ludzi. Jest tam wiele osób wybitnych, poczynając od himalaistów złotej ery polskiego himalaizmu, Andrzeja Bargiela, wielu dobrych wspinaczy i skialpinistów. Ale gdy są zawody, to niewielu na nie jeździ, każdy jest zajęty swoją robotą i oczywiście dyżurami. Są też osoby, które nie są może wybitne skałkowo czy w górach, ale rocznie mają ponad tysiąc godzin przepracowanych społecznie. To mało spektakularna postawa, która zasługuje na uwagę bardziej niż bycie sportowcem w ramach TOPR-u. Działalność TOPR to duże akcje – co pokazał np. zeszły rok (kilkudniowa akcja ratownicza w jaskini Wielkiej Śnieżnej oraz sierpniowa burza nad Giewontem – przyp. redakcji), ale i setki mniejszych – każdego dnia.

Powiedz mi trochę więcej o Twoich skiturach. Czy one były Twoim pierwszym sportem?

Na pewno wcześniej było bieganie. Bo biegałem od zawsze. (śmiech) Choć pierwsze starty w zawodach to było dopiero po tym jak skończyłem trenować, to był 2015– 2016 rok, miałem wtedy tak 24– 25 lat. Równolegle z tym pojawiły się skitury, w zimie to rewelacyjny sposób na spędzenie czasu i przede wszystkim trening. Jeśli zimą w Tatrach nie chodzimy na skiturach, to odpada nam bardzo duża część treningu.

Zdjęcie: Marcin Kin

Daleko nie szukając, Kilian Jornet też zaczynał od skiturów.

pierwszej dziesiątki zawodników Golden Trail Series mało kto nie chodzi na skiturach. Może niektórzy Hiszpanie… Zaskakująco dużo Hiszpanów jednak startuje w zawodach skiturowych. Hiszpania, Katalonia, Andora to miejsca, w których odbywają się mocne zawody w skialpinizmie, ta dyscyplina jest znacznie bardziej popularna niż u nas. To naturalne uzupełnienie letniego biegania i można dać odpocząć stopom, które zawsze zimą się regenerują, w tym np. rozcięgno podeszwowe. Uważam, że trenowanie obu tych dyscyplin, nawet z łączeniem tego ze startami w skialpinizmie, to dobre połączenie.

Powiedziałeś nawet w jednym z tekstów, że jedno z Twoich piękniejszych wspomnień w życiu wiąże się ze skiturami – mówiłeś o zawodach Pierra Menta z 2017 roku.

Tak, to było niesamowite. Pierra Menta bardzo mi się podobała, dużo we mnie zmieniła, jeśli chodzi o moje podejście do startu. Same przygotowania przeszły trochę bezwiednie, popełniłem w ich trakcie dużo błędów. Sam wyjazd od początku też był chaotyczny, co zaowocowało tym, że na pierwszym zjeździe wjechałem w drzewo. (śmiech) Ono czekało na mnie już od paru tygodni, i jak później przeanalizowałem, robiłem wszystko, żeby w nie wjechać. (śmiech) A w trakcie tych zawodów zauważyłem, że spokój, opanowanie, skupienie się na logistyce i drobnych rzeczach to podstawa, kiedy porywamy się na coś tak dużego.

Ale wyszedłeś w miarę cało z tego zderzenia?

Trochę się poobijałem, ale nic poważnego się nie stało. Całe zawody były rewelacyjne. Gdy wróciłem po nich do Polski, czułem ogromny niedosyt. Wiem, że chciałbym kiedyś dobrze przygotować i pojechać na Pierra Mentę wyrównać rachunki, zaczynając od tego, co bym zmienił w przygotowaniach, sprzęcie itd. Do kolejnych zawodów, które odbywały się jakieś dwa–trzy tygodnie później, miałem już zupełnie inne podejście i poszło bardzo dobrze. Byłem trzeci na Malinowskim. Zbyt duża spontaniczność oznacza często, że ktoś jest po prostu nieprzygotowany i chaotyczny. Nie można wszystkiego budować na spontanie.

Zdjęcie: Jan Nyka

Wracasz do tematu kontuzji kolana. Jak do niej doszło?

W zeszłym roku w kwietniu na nartach zerwałem trzy więzadła. Dwa w prawej nodze ACL – krzyżowe przednie, NCL – poboczne, i NCL w lewej. Nie wiedziałem, że są zerwane, dopiero przy diagnozie okazało się, że muszę przejść zabieg we wrześniu, a potem rehabilitację. Cały sezon został wywrócony do góry nogami, bieganie było ryzykowne. Nawet sam ruch jest inny, gdy staw kolanowy jest niestabilny. Zależało mi na tym, żeby nie uszkodzić stawu bardziej. Tu na szczęście nie było rozległego urazu. Dużo czasu poświęciłem rehabilitacji, dzięki czemu udało się wrócić do dobrej dyspozycji. Start w Lądku-Zdroju w DFBG był moim pierwszym po rehabilitacji.

To tym bardziej rewelacyjne jest Twoje drugie miejsce w tych zawodach!

Poświęciłem na to naprawdę dużo czasu. Można powiedzieć, że pandemia była mi na rękę. Oczywiście wolałbym, żeby całej tej sytuacji nie było, bo to ciężkie dla nas wszystkich, ale faktycznie dużo wcześniej zrezygnowałem ze startu Szczawnicy, Zegamy oraz czerwcowych. 33 km GMT podczas DFBG był pierwszym startem po tym okresie i nie wiedziałem, czego mogłem się spodziewać. Wciąż nie wiem, bo widzę po innych, jak to poważny uraz. Nie każdy wraca po tej kontuzji na 100 procent. Cały okres rehabilitacji trzeba podtrzymywać motywację. Trzeba działać tu i teraz, jeśli chodzi o wszystko: plan treningowy wyjazdy, hipoksję, jedzenie. Nie zostawiać tego na „za trzy, pięć lat”, bo nie wiadomo, jaka może być wtedy sytuacja. Zarówno życiowa, jak i zdrowotna.

Słyszałam, że wiele podróżujesz, to prawda?

Często wyznaczam sobie cele na sezon, miejsca, w które warto by wyjechać. Jednym z nich był np. Elbrus Race. Chwilę przed tym wyjazdem przy okazji Spotkań z Filmem Górskim (obecnie festiwal Moc Gór) miałem okazję spotkać Ueliego Stecka (himalaista i wspinacz ekstremalny, zginął w 2017 r. na Lhotse w Himalajach – przyp. redakcji) w Zakopanem i być z nim razem na treningu na Kopie Kondrackiej. To był jeden z takich dni, których nigdy nie zapomnę. Fakt, że dużo nie rozmawialiśmy, biegnąc pod górę, bo chciałem go trochę sprawdzić. Na początku powiedział, że ma tylko 40 minut na trening. Sądziłem, że skoro biegniemy z Anią Tybor, to raczej nie będziemy mieli szybkiego tempa. Na trasie miał być jeszcze fotograf, więc pewnie będziemy musieli przebiec koło niego kilka razy. Czas ograniczony – fatalnie! (śmiech) Na szczęście poszliśmy pełnym piecem od samego początku. Wiedziałem, że Ueli na pewno się spóźni na konferencję prasową. Gdy tak przedłużaliśmy trening o kolejne 10 minut i w końcu dobiegliśmy na Kopę, zeszło ciśnienie, zaczęliśmy dużo rozmawiać. Tak samo wieczorem, przy okazji jego prelekcji, czy gdy byliśmy w barze. Bardzo inspirująca osoba. Powiedział: „Everything you do in your life, just do it right”. Mówił o koncentracji na celach, o tym, że gdy ma się bazę motoryczną, to trzeba z tego korzystać i napierać. A Ueli był wtedy po OCC, na którym zajął 22. miejsce. Dla niego ten bieg był jednym z elementów przygotowań.

Rok później podczas festiwalu spotkałem Simona Moro. Gdy zaczynał prelekcję, pytano się go, czy był w Tatrach. Odpowiedział wtedy, że był, biegał z gościem „who talks a lot”. Bo do Simone też miałem dużo pytań. (śmiech) Te spotkania były naprawdę świetne i inspirujące.

Zdjęcie: Ian Corless

Jak te przytoczone przez Ciebie słowa Ueliego wpłynęły na Ciebie? Miałeś tego typu refleksje?

Chciałbym, żeby w moim życiu zawsze znalazły się różne cele. Są cele związkowo-rodzinne, powiedzmy, życiowe, są sportowe. Cały czas próbuję znaleźć w tym złoty środek. Czasem łatwo przekroczyć tę granicę, gdy czyjaś pasja staje się czymś trudnym i może generować konflikty. Uważam, że póki to fajna forma spędzenia czasu, to warto to robić. Jeśli wybierać cele sportowe, to konkretne. Mierzyć się z najlepszymi. Nie start co tydzień w różnych biegach. Tylko np. trening i wyjazd na dobre zawody. To mnie od jakiegoś czasu kręci. Głównie mam na myśli 2018 r. Co się na to złożyło – właśnie ta rozmowa z Uelim, potem Pierra Menta. Cały czas szukałem celów – kolejnych elementów układanki. Kiedy na nie jeździłem, czułem się przygotowany. Później okazywało się, że trzeba podejść do tego inaczej. Takie starty jak wspomniane już Elbrus, Pierra Menta, Zegama, Ring of Steal, Sierre Zinal – były czymś wielkim, choć nie zawsze rezultat był satysfakcjonujący. Bez tego jednak ciężko byłoby mi wykrzesać energię i znaleźć motywację do pracy czy teraz, w trakcie kontuzji. Zawsze wolałem jechać na jakiś poważny start i zająć 20. czy 30. miejsce, dać z siebie wszystko i sprawdzić, gdzie się jest na liście wyników. To mnie motywuje. Dlatego tak podoba mi się polityka teamu Buff. Od początku zaznaczałem, że tak naprawdę jest mi jest obojętne, w jakich biegam butach, koszulce, czapce biegam. Świetnie, jeśli te produkty są dobre i mogą uzupełniać i pomagać mi w treningach czy zawodach, to jednak „tylko” sprzęt. Team daje coś więcej niż to, że mam czapkę, buty, pakiet na Kasprowy – dzięki niemu mogę jechać na Zegamę i wziąć udział w tym biegu spoza puli miejsc przeznaczonych do losowania. To czasami bardzo ważne. Tak samo jak budżet, bez którego trudno by było pojechać na niektóre starty. Cały czas mierzę właśnie w tzw. big race jako zwieńczenie treningu, który jest celem samym w sobie.

Według mnie trzeba po prostu pojechać w takie miejsce, gdzie sam udział w biegu daje ci poczucie spełnienia. I być tego częścią.

A ile sobie takich dużych celów stawiasz na rok?

Około trzech, maksymalnie cztery. Czasem oczywiście jest jakaś kondensacja startów, ale ja nie jestem też przygotowany, żeby tak często startować. W ubiegłym roku, gdy pojechaliśmy z Bartkiem na dłużej w Alpy, wiedziałem, że przede wszystkim trzeba potrenować. Zawody pójdą jak pójdą. Trzeba się porządnie zmęczyć na treningu, bo bez tego nie ma co spodziewać się później progresu na zawodach, oczywiście z głową. Trzeba dojść do granicy, gdzie opuszcza się strefę komfortu. Tym dalej buduje się jakość. Od paru lat coraz więcej pojawia się narracji zawodników „elity”, że są starty treningowe i treningi tempem startowym. Dla mnie to jakiś paradoks i takie podejście do startu to umniejszanie rywalom. Skoro się ścigamy, to zachowajmy te główne aspekty sportu. Na tym polega fair play – w tym szacunek dla innych, dla rywali, kibiców, najbliższych.

Kilka miesięcy temu zmieniłeś trenera. Teraz pracujesz z Andrzejem Orłowskim, prawda?

Tak. Rozmawialiśmy już o wspólnej pracy od jakiegoś czasu, w zasadzie od Maraton du Mont Blanc. Bardzo spodobało mi się jego podejście do treningu. Uzupełnia to, w jaki sposób sam myślę i nie jest to całkowita zmiana w stosunku do tego, co sam wcześniej robiłem. Andrzej ma świetne podejście do treningu. W zeszłym roku nie chciałem zawracać mu głowy, bo wiedziałem, że nie dam rady trenować na jego planach, za chwilę miałem mieć zabieg, rehabilitację, bez sensu. Wiedziałem, że trening zalecony przez Andrzeja to będzie jedna rzecz, a poza tym będzie masa innych, które będę musiał zrobić samemu. Przecież samym jego nazwiskiem bym nie podreperował swoich wyników. Polecenia trenera to tylko wskazanie drzwi, a gros pracy musimy wykonać my sami, nic samo się nie zadzieje. Łatwo jest poprosić o rozpisanie planu treningowego, diety, współpracę z psychologiem sportu, ale jeśli tę robotę musimy głównie wykonać sami. Choć to dopiero początki naszej współpracy z Andrzejem, to jestem zafascynowany jego osobą, podejściem i naprawdę bardzo dużo mi pomógł. Jestem przekonany, że będziemy pracować razem dalej.

Na co się jeszcze szykujesz w tym roku?

Problem jest taki, że nie wiemy, czego się spodziewać ze względu na pandemię. Najbliższy cel to trening pod GTS na Azorach. Fajnie, gdyby udało się go uzupełnić o duże starty. Wrzesień – nie ma niczego na horyzoncie, dlatego skupiam się na treningu i idę na tydzień do wojska. W przyszłym roku chcę wziąć udział w Zimowych Igrzyskach Wojskowych w skialpinizmie. W październiku Limone Extreme we Włoszech, na pewno Azory i później, jeśli zostanę powołany do kadry, to Lanzarote (Mistrzostwa Świata w Biegach Górskich).

Staram się, żeby trening był moim priorytetem w ciągu dnia. To znaczy, najpierw robię trening, a dopiero później zajmuję się codziennymi sprawami. Nie zostawiam go na wieczór, żeby zarówno ani moja praca, ani trenera nie szły na marne.  

Za miesiąc skończysz 30 lat. To już trochę magiczna liczba dla Ciebie? Zrobiłeś już jakieś podsumowania?

Sama liczba nie zmienia wiele. Po każdym roku robię sobie takie podsumowanie, co udało mi się dokonać, a czego nie. I co chciałbym poprawić. Na pewno są rzeczy, którymi chciałbym się zająć na różnych etapach. Odwlekamy np. budowę domu w Kościelisku. Ale tak jak wspomniałem na początku, chciałbym jak najdłużej wykorzystać to, że trenuję. Pewnie do przemyśleń wrócę dopiero po Azorach albo Lanzarote – jak się udał ten rok i co planować na kolejny.

Zdradzisz nam swój ulubiony przepis na pesto?

(Śmiech) Lubię jeść pesto tutaj, robią świetne (rozmawialiśmy w Kwaterze Głównej w Zakopanem – przyp. redakcji). A tak to standardowo, biorę krzaczek bazylii, rukoli, rzodkiewki – zero waste, blenduję, dorzucam ser i inne dodatki. To wersja premium, w większości jednak gotowce, wiadomo. (śmiech) Standard każdego wyjazdu! 

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły