Ballada o Chudym

Rajcza, 06.12.2019

Mówili o nim drwale i pilarze. Przy delikatesach w Ujsołach raz po raz dało się słyszeć opowieść o długowłosym chuderlaku biegającym po lasach. Słyszano też o nim w tartaku w Glince. I od pograniczników, kiedy jeszcze siedzieli na przełęczy.

Tekst: Krzysztof Dołęgowski

Zdjęcia: Karolina Krawczyk, Piotr Dymus, Grafiki: Bartek Różycki

Tekst ukazał się drukiem w magazynie ULTRA#20 listopad/grudzień 2018

Zwykle pojawiał się chwilę po świcie. Jesienią wynurzał się z mgły otaczającej buki. Chudy i sękaty jak gałęzie jałowca. Jego skóra błyszczała od potu i rosy zebranej z liści. Z początku myślano, że to turysta, który wcześnie wyszedł z Rycerzowej i idzie na Krawców Wierch zjeść śniadanie. Ale gdzie tam. Poranni turyści zwykle mieli plecaki, flanelę i chodzili dwójkami. Albo chociaż kij mieli i trepy. A ten to golas jakiś. Buszmen z telewizji, mówili w chatach, gdy dzieci pytały, co widzieli w lesie. Taka sarna, tylko na dwóch nogach. Pije z potoków, zajada jagody. Nie gada dużo, a przynajmniej nie do nas. Po polsku rozumie, ale papierosów odmawia i nie usiądzie na jednego. Czasem nieźle wystraszyć potrafi: idziesz sobie spokojnie na zrąb, a tu taki spada w dół przecinki jakby go niedźwiedź gonił. Rzuci tylko „Cześć!” i już go nie ma.

Wiadomo było, że Chudy nie trzyma się jednego rewiru. Pod Zwardoniem widział go konserwator wyciągów. Z rana. I to zimą, jak trzeba było usuwać zmarzniętą szadź z urządzeń. Po co wyłazić tak wcześnie w lutym? I czemu tylko w cienkiej bluzie? Bez kaloszy nikt ze wsi do lasu nie chodził. Bo na dole grunt rozmarzał, a zrywkarze ciągali drewno wszystkimi ścieżkami i w czasie odwilży zryta była ziemia jak po przejściu frontu! – A ten przez sam środek tego bagniska leciał! Plecy całe w kropki jak piegus jaki. Na nogach coś tam miał. Łapcie małe. Ale jakie to ciężko powiedzieć, błotem uwalane. Tutaj się takich nie nosi. Bo nie takie jak do tenisa czy na zabawę. Jakby kto jeża złapał i gumą zalał. Albo trampkokorki! Tak! Dzieciaki z Żywca jak przyjechały grać w piłkę, to takie ślady zostawiały. Głębokie na centymetr!

Zdjęcie: Piotr Dymus

Dobre te buty, warto by zapytać. Bo jak się idzie w deszczowy dzień na jagody, albo na zrywkę to walonki nie trzymają. Ale jak tu zapytać, kiedy częściej widziano te ślady niż samą postać. No i jak zagadać do takiego dziwa?

Czasem na zboczu tropy Chudego układały się w górę i w dół. Widać, że po wielokroć biegł na szczyt i z powrotem. Po co? Tego nie wiedział nikt. Może co przemycał? Ale co teraz się wozi ze Słowacji? Tam od lat euro i wszystko drogie. Ani chybi coś kradł. A z takimi to lepiej nie zadzierać.

Tego samego dnia co w Zwardoniu widziano go też koło Lipowskiej. Bo tam też trzeba było pojechać przejrzeć wyciąg, ten mały. Ale jak on tam doleciał na nogach? I po co? No i przez wieś, wiadomo, nie leciał, tylko górami. Bo Chudego nikt we wsi nie spotykał. Pewnie z sześćdziesiąt kilometrów wierchami wyjdzie. Pojawiał się i znikał jak zjawa – raz po jednej stronie, a raz po drugiej Worka Raczańskiego. A może to nie ten sam? Może dwóch ich jest?

Ale imię jedno. Krążyło po wsiach. Wawrzyniec. Jak ten święty z kościoła w Rajczy. Starożytny ponoć. Z Rzymu. Biednymi się opiekował. To dobre imię po dobrym człowieku. Kto je nadał obdartusowi z gór, ciężko powiedzieć.

A co on zrobił? – Ten Chudy to nie wiadomo. Bo w ogóle to taki ni śmieszny, ni straszny. – Ale ten z kościoła to chciał iść na śmierć wraz ze swoim przyjacielem. No i upiekli go na ruszcie. Przypiekali wolno, a ten nawet nie zapłakał, tylko kazał się okrutnikom przełożyć na drugą stronę. Co by równo ciało zarumienić. Widać Bóg go strzegł!

To poganie go zabili, ci, co się do Saturna modlą. Nie do sklepu. Tylko do takiego boga, co po nim planetę nazwali. Rzymianie. I to mu pamiętamy. Że święty Wawrzyniec dzielny był. A najbardziej czczą go teraz piekarze i kucharze. Czasem żartują, czasem się dziwują, że mają pieczonego patrona. Ale jak kto się raz się dotknie gorących drzwiczek pieca, albo wrzątek wyleje na spodnie, ten wie, jaki to ból. I wspomina, jak święty się nie dał złamać.

Pamiętają tu o Wawrzyńcu i ogniska dla niego palą. A właściwie całe wieże ogniste. Schodzi się cała wioska. Pnie łączą ze sobą, przestrzeń między nimi gałęziami wypełniają, a jak zmrok zajdzie, to wyciągają gorzałkę i patrzą w płomienie. Młodzi jak popiją, to i bić się czasem zaczynają. Ale nie ma to jak zadumać się, wlepiając oczy w rozżarzone węgle. Ogrzać się. Powspominać. Bo te ognie to i dziadkowie, i ich dziadkowie palili. Zawsze jak tu pogranicze było. Wołosi owce gonili. I tak się to wszystko poskadało. Bo Wawrzyniec to on nie tylko od piekarzy patron. On całym ogniem rządzi. A ogień oczyszcza. Rany wypala i żelazo odkaża, jak trzeba komuś czyrak przeciąć. No więc mówią, że z tym Wawrzyńcem w okolicy było tak. No… tak, pomieszanie. Bo jedno to ten święty z Rzymu – ten truchlak osmalony, a drugi to Wawrzyn Sporek z Ujsół.

O Sporku mówią, że zarazę przegonił. Taką srogą, co na wioskę zeszła. Tak zajadła, że ludzie bali się z chałup wyjść i owce wypasać. Wieś już miała się zwinąć, ale Wawrzynowi przyśniły się wielkie ognie na halach. Rozmawiał on potem z księdzem, a ten mu rzekł, by nie czekać, tylko brać znak od Boga, jakim jest, i ognie rozpalać. I tak zrobili. Ognie zapalili, a zaraza poszła w diabły.

Zatem tych Wawrzyńców to już trzech jest, tak się nazbierało. Ale dziś ważny jest ten z lasu. Bo ten górali nachodzi i owce płoszy. Jak ogień pali, to taki całkiem mały, że jeden tylko człowiek przy nim się ogrzeje. Mało kto zresztą widział, gdzie ten Chudy śpi. Bo nic ze sobą nie ma. Mówią, że siada, w ogień się gapi, deszcz zaklina. Że burzę wielką potrafi przynieść. Gradobicie. Więc też i niedobrze z nim zadzierać. I lepiej omijać, jak kto jego ognisko zobaczy po zmierzchu.

Grafika: Bartek Różycki / 2015

I było tak, że biegał po tych lasach niczym nie drażniony. Czasem tylko ktoś go spłoszył, to przez pół roku się nie pokazywał. Zresztą, co tu rozprawiać. Dziewczyn to on nie uwodził, owiec nie dusił, ani nie chędożył, więc co sobie nim głowę zawracać. Aż tu zaczęli zjeżdżać miastowi i bieg jego czci robić. Jak ta sekta jaka, jak świadkowie Jehowy – ci, co zbór w Rajczy mają. Albo gorzej. Ta nagonka zaczęła się w tym roku, co podnieśli wiek emerytalny. Powiedzieli, że 67 lat będziemy pracować. Zaraz. To musiał być 2012. Bo Euro w Polsce też było. Wtedy przyjechali po raz pierwszy ci, co naśladują Chudego. A może gonią? Kto ich tam wie.

Od tamtej pory zbierają się w drugą sobotę sierpnia. Zawsze tak. W jedną sobotę my palimy Hudę, a w następną sobotę oni biegają. I coraz ich więcej widać. Najwięcej było w 2016. Wtedy kiedy Światowe Dni Młodzieży. Całą Rajczę i Ujsoły zakorkowali. Wójt mówił, że nie ma gdzie aut postawić. Zresztą ten wójt to też z nimi się prowadza. Wstaje w nocy, jak oni się zbierają przed amfiteatrem w Rajczy. Tym, co potem jarmark jest. Zagrzewa do biegania. Tak zagrzewał, że go w tym roku w wyborach już nie wzięli! I kto inny będzie.

A w ten dzień to albo leje i wali błyskawicami, albo upał jakby kogo przypiekali. Ci biegają, a wójt im macha i kibicuje. Trzeba by wójta zapytać, o co chodzi. Albo googla.

A widać, że coraz więcej ich jest. I to nie tylko pod granicą zasuwają. To będzie już czwarty rok, jak są też na czerwonym szlaku na Małą Rycerzową. I że zapuszczają się już nawet na Pilsko i do Sopotni. Wszędzie. Są wszędzie. I o ile jak się pojawiali w Beskidzie na początku, to tylko jeden taki dzień w roku był. I wiadomo, że to coś z Wawrzyńcem związane. A teraz już nie pojmiesz całkiem, kogo oni gonią lub przed czym wieją, bo przez okrągły rok można hordy zobaczyć. Nawet zimą na Wilczych Groniach, to te hale nad szosą do Ujsół.

– Ale skoro drzewa nie kradną, domów nie plądrują, a i sklep i stacja benzynowa na nich zarobi. To czemu im nie dać spokoju? Może by tak coś zrobić, by tartak skorzystał? Może niech tarcicę kupią czy boazerię zrobią…. Ech… Trzeba jeszcze pomyśleć. A jest czas do sierpnia. Jeszcze jedno wino otwórzmy.

Grafika: Bartek Różycki / 2012

Grafiki Chudego od początku projektował Bartek Różycki. Były pierwszą taką wizualizacją w Polsce. Później kilka biegów i zawodników zaadoptowało ten styl (m.in. Biegi w Szczawnicy). Postać z pierwszego obrazu ma dwóch „ojców”. Antona Krupickę – znanego amerykańskiego biegacza-minimalistę, po którym odziedziczył włosy i strój, oraz Jonathana Wyatta – nowozelandzkiego mistrza, który „wypożyczył” Chudemu charakterystyczną przygarbioną i kościstą sylwetkę. Na pierwszych szkicach Chudy miał również krzyżyk na szyi, ale ze względu na to, że historia i tak igra sobie ze świętymi, symbol ten został wycofany z późniejszych projektów. Chudy biegł na tle ognia – symbolu, nierozerwalnego z biegiem.

Nawiązań do patrona ognia jest na biegu więcej. Od trzeciej edycji na starcie odpalane są świetliste race. To nie jest tradycja stadionowa! To nawiązanie do Wawrzyńcowych Hud. Podobnie jest z metą. Zwycięzcy wbiegają z dymnymi pochodniami w dłoniach. Ma to również praktyczne znaczenie – kibice mogą łatwo zauważyć, że wbiega ktoś specjalny. Bo przecież na metę wpadają równocześnie zawodnicy z kilku tras.

Zdjęcie: Piotr Dymus

Od 2016 roku na imprezie nie wręcza się medali (podobnie zresztą jak na UTMB i kilku innych dużych biegach). Organizatorzy biegu przekazują tę część budżetu na działania lokalne. Co roku 6–10 tysięcy złotych jest przekazywane na górskie obozy dla miejscowych dzieciaków.

 

Grafika: Bartek Różycki / 2013

Ujawniamy! Do tego obrazka pozował Kilian Jornet! Chudy dorobił się też starannego cieniowania, przez co postać jest bardziej realistyczna.

 

Za każdym razem postać Chudego się różni. Na grafice z edycji 2014 patron biegu ma towarzyszkę. Tu również jest nawiązanie do prawdziwej postaci – „modelką” była Shona Stephenson, australijska biegaczka występująca w teamie Inov-8.

W 2015 roku zdarzyła się największa organizatorska wtopa. Na szczęście osiwieli sami orgowie, a udało się ją na czas załatać tak, by nie doszło do katastrofy. Koordynator wolontariuszy pomylił dni. Wymyślił, że bieg będzie w niedzielę i wszystkich poumawiał, by przyjechali dzień później! Kiedy miała się odbyć odprawa 20 wolontariuszy – na stanowisku było ich tylko trzech. To była trudna edycja. Był potworny upał i ekipa ratunkowa musiała kilkakrotnie interweniować. Na szczęście obyło się bez poważniejszych wypadków. Grafika z tego roku pokazuje charakterystyczny punkt trasy – podejście pod szczyt Oszusta – bardzo gliniasty i stromy stok. Numer 140 oznacza kolejny kilometr granicy ze Słowacją, a rzymska cyfra III numer słupka na tym kilometrze. Oznaczenie zgadza się z tym ze szczytu Oszusta.

Grafika: Bartek Różycki / 2017

Po kilku latach bardzo dynamicznych ilustracji przyszedł czas na uspokojenie. Chudy wypoczywa przy ognisku (kolejny motyw ognia pojawiający się od narodzin biegu). Po tej edycji powstał również krótki film, gdzie w postać patrona wciela się Wojtek Probst. Narracja sugeruje nadprzyrodzone moce patrona jako zaklinacza deszczu. Bowiem już w 2017 r. impreza słynęła z ekstremalnej pogody. Zwykle w sierpniowy weekend przychodziło załamanie. Największe burze zdarzyły się właśnie w 2017, kiedy to część zawodników bała się kontynuować bieg ze strachu przed rażeniem pioruna. Podobny kataklizm przeszedł nad trasą w 2013 r., ale burza odeszła chwilę przed startem. Zawodnicy zastali jedynie sterty gradzin leżące przy szlaku.

Od pierwszej edycji bieg jest wspierany przez markę Inov-8 specjalizującą się w agresywnych butach terenowych. Uważny obserwator zauważy, że choć laczki Chudego są rysunkowe, to często mają niewielki logotyp, a kształt nawiązuje do konkretnych modeli. Do tego obrazu „pozowała” podeszwa x-talona 212.

Ta ilustracja była najtrudniejsza (2018 r.). W gazecie tego nie widać, więc trzeba wyjaśnić. Ze względu na to, że bieg odbywał się już po raz siódmy, a obrazki Bartka Różyckiego pojawiały się raz po raz w internecie, postanowiliśmy uciec do przodu. Tym razem w technikę komputerową. Bartek do spółki ze specjalistą od fotografii panoramicznej – Mateuszem Dzieżokiem, przygotowali Chudego, którego można obracać na wszystkie strony i wykrzywiać jakby obserwator był pod wpływem LSD.

Zmiana warty

Chudy jest trochę jak opowieść o superbohaterze. Z każdą edycją pojawiają się jakieś smaczki. Nowi towarzysze, nowe wyzwania. W 2019 po raz pierwszy bieg będzie organizowany przez nową ekipę – można więc spodziewać się zmian w narracji tej historii. Na lepsze? Na gorsze? To będą musieli ocenić sami uczestnicy.

Pierwsza edycja: 2012

Główny bieg: 50+, 80+, 100+ km. Wszyscy zawodnicy startują wspólnie i dopiero na trasie decydują, który dystans pobiegną.

Imprezy towarzyszące: Mała Rycerzowa (20,5 km)

Termin: drugi weekend sierpnia

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły