ARIES

Poznań, 20.09.2018

To wszystko zaczyna się o wiele wcześniej niż  nadusisz spust migawki, walnie lustro i całe to elektroniczne ustrojstwo zapisze na karcie pamięci to, co widzisz przez ten mały wizjerek. Start zawodów w sobotę rano o 4:00, zaczynasz pakować się już od czwartku… Ładujesz akumulatory, czyścisz sprzęt, pakujesz i sprawdzasz dziesięć razy, czy wszystko masz. Wieczorem dopakowujesz inne elementy, które ci się przydadzą. Czołówki, powerbanki, buty, worki, każdy rodzaj ciuchów, by niczego nie zabrakło na te dobrych kilka godzin. No właśnie, o co ci chodzi? Kilka godzin stania i robienia „fotek”… Co tak lamentujesz? Co tak wymyślasz?

Tekst i zdjęcia: Piotr Oleszak

Jest późno, idziesz spać, w piątek rano sprawdzasz znów, czy wszystko masz, zgrywasz pliki GPX, drukujesz mapy… Jesteś jeszcze na wielkopolskich nizinach, a już myślisz, gdzie będziesz i o której, ile potrzebujesz czasu, myślisz o tym, na co nie masz wpływu, o pogodzie: „Ale by było fajnie, gdyby rano zaświeciło”, „Hmmm, a może taka piękna mgła… A później słonko”, „O, w deszczu też by mogłoby być ciekawie”. Cały obraz biegu układasz sobie w głowie. O terenie, w którym nigdy nie byłeś, z terenu, którego nie masz prawa mieć żadnego wspomnienia…. A jednak widzisz klatkę po klatce, która zapisuje się na matrycy twojego aparatu.

Jedziesz prawie 500 km po polskich drogach, korki… Masz szczęście, jadą z tobą ludzie, którzy ci pomogą. Michał prowadzi całą drogę, a ty śpisz, odpoczywasz, by móc skupić się na zadaniu. Wieczorem docieracie do Węgierskiej Górki, gdzie nad ranem wszystko się zacznie… Baran Trail Race. Przywitania, uprzejmości. Prosto z samochodu po wielu godzinach jazdy parę zdjęć, by zatrybić, by sie nastawić. Idziesz do pokoju, spać. 

Po trzech godzinach snu budzik. Wstajesz. Śniadanie, ciuchy na siebie. Słyszysz za oknem, że pada. Pogody nie wybierasz, ale już wiesz, że to jedna z twoich ulubionych. Że to syf, a ty lubisz syf, bo wiesz, że aby coś wyszło dobrego, to musisz wyjść „przed samego siebie”.

O 4 będzie start. Dogadane szczegóły, masz 15 minut. 15 minut na co? Na zdjęcia! Wchodzisz na start. Masz ten kwadrans, by udokumentować coś wartego pokazania. Może coś wyjdzie, a może nie. Michał i Ola już czekają w samochodzie, byś dokładnie o 3:45 wskoczył do niego i pojechał w kierunku Baraniej Góry. Kilka portretów, ponad setka osób na starcie. Czas minął, jeżeli coś masz, to dobrze, jak nie, to zmarnowałeś czas i energię i tyle… Jedziemy.

W aucie dostajesz kawę i 10 minut, w które odpływasz. Michał prowadzi, wie gdzie co i jak. Parking 4:06, oni już biegną, a ty masz wejść na Baranią Górę i gdzie to tylko możliwe, zrobić strzał. Może nie życia, ale strzał chwili. Wycisnąć co tylko możesz. Zabierasz, co ci potrzebne -  szkła, lampy, monopad, aparat, ciuchy itp. Nie jesteś sam, oni ci pomogą. Ola będzie pomagać w oświetleniu, Michał pomoże z targaniem sprzętu. Wszystko, by było ci łatwiej, byś zrobił to, po co tu przyjechałeś, jak najlepiej umiesz.

Jest bardzo „zła” pogoda. Pada, wieje, ciemno. Już wiesz, że wschodu nie będzie takiego jak z obrazka. Przyjmiesz to, co zastaniesz, czyli wiatr, deszcz, mgłę. Po prostu syf. Ruszacie pod prąd. Chciałeś, by było łatwo? HA! Mylisz trasę, GPS szaleje i schodzisz ze szlaku, tracisz czas. Nerwy, krzaki, mokro zimno. Pocięte nogi, zadrapania. Po czasie już wiesz, że nie jest tak, jak powinno, no nic... Wracacie na szlak. Mokrzy, zmęczeni, a dopiero minęła godzina. Pierwsi zawodnicy was mijają. Już jesteś na pełnych obrotach. Czekasz, chwila, strzał, błysk. Idziesz, mijasz… Kolejne klatki do wyrzucenia, ale zostawiasz, bo może...

Z nieba pada, wiatr wieje. Prosisz, by Ola stanęła z lampą naprzeciwko ciebie. Biegacz ją zakryje. Jest! Facet zbiega, długi pewny krok, sekunda i jest. Patrzysz w ekran i już wiesz, że się opłacało, że wszystko to miało sens. To wstawanie, pocięte nogi, zgubienie się itd. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Kolejne strzały, docieramy na Baranią Górę. Ostatni biegacze mijają. Michał i Ola marzną, są przemoczeni. Ola się wywraca, wygląda to poważnie. A ty nakręcony, trzymany przez adrenalinę i swoje myśli brniesz w obrazy, nic nie czując… Braku snu, jedzenia i picia, zimno. Wracacie…

Sprzęt jest cały mokry, w samochodzie unosi się smród mokrych ciuchów, potu, wszystkiego. Po powolnym zejściu z Baraniej jedziecie na Halę Boracza, na którą trzeba wejść w dużym pośpiechu. Ola po upadku idzie swoim tempem, a ty z Michałem - ile wam starcza sił. Na Hali mgła. Postanawiasz, że idziesz sam, oni wracają. Przez następne kilka godzin z butelką coli i paczką kabanosów mijasz kolejnych biegaczy i pokonujesz kolejne kilometry. Co chwilę mijają cię biegacze, a ty ich chwytasz… Masz nadzieję, że nie zepsujecie tego zdjęcia. Idziesz na Rysiankę. Sprzęt dostał mocny wycisk przez pogodę. Jedna lampa działa jak chce, no nic, trudno. Dostaję wiadomość od Rafała, który strzela na Rysiance. "Gdzie jesteś?”, „Idę na Rysiankę”, „Jest syf”.

Odpuszczasz. Skupiasz się na drodze. Łapiesz dobre miejsca z widokami, wykorzystujesz przejaśnienie i fajne prześwity w lesie. Czujesz, jak nogi ci puchną. Pewnie zmęczenie, reakcja alergiczna lub po prostu to, że od 3 w nocy przyjąłeś może z 200 ml płynów. Zawodnicy mijają cię w odstępach coraz dłuższych, ty wracasz. Już jest grubo po południu.

Powrót, kilka kilometrów strzelasz ostatnich… Koniec. Michał przyjeżdża z Olą. W schronisku dostajesz pierogi i piwo bezalkoholowe. Wszystko puszcza. Schodzisz 3 km do samochodu na lekko, on zabrał ten ciężar z pleców, a i tak czujesz się, jak by cię ktoś pobił. Wracasz. Ciepła kąpiel, jedzenie piwo i odlatujesz.

Na drugi dzień poranek i powrót do domu - znów w tych korkach, tyle kilometrów i zastanawiasz się, co wyszło. Czy to były dobre rozwiązania, czy każdy strzał miał sens. Nic już nie zrobisz. Musisz wrócić i obejrzeć ten cały materiał. Wybrać, odrzucić, zdecydować. Co będzie tak samo męczące, jak to wszystko powyżej. I tak wiesz, że to była tylko wersja LIGHT. Na większości biegów jesteś sam, większość biegów jest dłuższa i trudniejsza logistycznie. Ciesz się.

Ale się też nie martw. Większość i tak pomyśli, że ty to fajną robotę masz, bo stoisz sobie i „pstrykasz”. A niech tak myślą. A kogo to obchodzi, co oni myślą? Przecież nie ciebie.

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły