Maciek Skiba

Ultrakolarz Paweł Piko Puławski: Trudności i problemy to przywilej

Nordkapp, 24.07.2026

Na rowerze w rok wykręca więcej kilometrów niż niejeden samochodem. Kilkukrotnie przejechał całą Europę, raz Amerykę i Australię ‒ tam akurat bez przerzutek. Nie miał wyścigu bez przygód i problemów, ale traktuje je jako swój przywilej, bo przecież inaczej byłaby „to tylko jazda rowerem”. Paweł „Piko” Puławski to jeden z najlepszych polskich ultrakolarzy. To człowiek, którego życie kręci się jak rowerowe koło, w rytm cykania piasty. Obecnie Piko jest na trasie trasie 12 edycji TransContinental Race z Nordkappu do Grecji i przejeżdżał dwa kilometry obok swojego domu...

Rozmawiał: Maciej Skiba
Fot.: Widen Production & Assos of Switzerland

Wywiad ukazał się w Magazynie ULTRA #57

Maciek Skiba: Piko, może tego nie pamiętasz, ale mamy jedną „wspólną” dość zabawną historię. Często ją przywołuję. W pandemii wybrałem się ze znajomymi w Bieszczady, by pobiec trasę Rzeźnika. Nasza wspólna znajoma, która wtedy była tam ze mną, pojechała rowerem obejrzeć wschód słońca na Przełęczy Wyżniańskiej i… spotkała tam Ciebie. Jak usłyszałeś, że biegamy tego Rzeźnika, to powiedziałeś „O matko, oni to nie są normalni, tyle biegać po tych górach”. Natomiast Ty… 

Paweł „Piko” Puławski: Byłem u rodziny w Łącku i wieczorem wsiadłem na rower, rano byłem w Wołosatem, zjadłem coś w sklepie i wróciłem. Wyszła z tego jakaś pętla 500 km. (śmiech) 

I to jest niby normalne? (śmiech) 

(Śmiech) Pamiętam tę sytuację bardzo dobrze i dalej w głowie mam to samo przemyślenie. Kiedyś robiliśmy Gravel Attack w Kotlinie Kłodzkiej i natknęliśmy się na jakiś bieg górski. Nasza trasa pokrywała się z biegiem, nie wiedziałem do końca, czy nas przepuszczą, i czekaliśmy na ostatniego, żeby przejechać. Jego nie ma i nie ma, a w Lądku tłum ludzi i nagle ktoś mówi, że on biegnie 240 km. I ja w taki szok „Coooo?!”, tyle na piechotę? Te Bieszczady były chyba jakoś niedługo później. 

Mam zdecydowanie inną percepcję, wiąże się to z prędkością, jaką masz na rowerze. Jest większa, dla mnie fajniejsza. Chociaż teraz uczę się jeździć MTB i tak faktycznie w terenie możesz jechać dużo wolniej niż na szosie czy gravelu. To zdecydowanie moje nowe przeżycie. 

Piko na zjeździe z klasyka Mont Ventoux podczas 

Wyścigi robisz przecież w trybie sportowym i mimo że jedziesz tysiące kilometrów, to tam nie ma czasu na zwiedzanie, taki kawał świata. Aż przypomina mi się Stanisław Szozda, zapytany o najlepsze, co zapamiętał ze swojej kariery: „przednie koło”. 

Nie ma czasu na zatrzymanie się i podziwianie okolicy. Nie ma czasu, by wjechać na jakąś przełęcz, wyciągnąć jedzonko, kontemplować. Jest to trochę paradoksalne, bo może się wydawać, że w ściganiu nie ma tego aspektu turystycznego, krajoznawczego, a jednak nie jest to takie typowe kolarstwo szosowe rodem z UCI, z peletonem, który wszystko zasłania. Tu przez większość czasu jedziesz sam. I gdyby oderwać od tego właśnie ten aspekt podróżniczy, to nie byłoby to dla mnie takie ciekawe. 

Czyli co, ultra to miejsca czy ludzie? 

W pierwszej kolejności na pewno miejsca. Nie wybieram wyścigów tylko dlatego, że ktoś jest na liście. Głównym powodem jest wyścig, jego zasady, jak są poprowadzone trasy i czy te miejsca mnie interesują. Oczywiście miło jest, jeśli jadę z kimś kogo znam, czy z kim lubię się ścigać, to napędza rywalizację. Tak było w ubiegłorocznym Transcontinentalu. (Wyścig przez całą Europę, 4000 km, w którym uczestnicy sami układają trasę przejazdu, mając narzucone obowiązkowe fragmenty z punktami kontrolnymi, jeden z klasyków ultrakolarstwa ‒ przyp. red.). 

Ostatnio sporo nad tym myślałem, bo tych długich wyścigów przejechałem już około 25. Zastanawiałem się, jak ta moja ścieżka się potoczyła i okazuje się, że podąża ścieżką Mike’a Halla ‒ ikony w świecie ultra. Zacząłem przypadkiem od Transcontinentala, który on organizował, później pojechałem Indian Pacific Wheel Race, gdzie zginął. (Mike został śmiertelnie potrącony przez samochód w czasie wyścigu z zachodniego na wschodnie wybrzeże Australii 5500 km ‒ przyp. red.). Dalej wybrałem się na TransAm, gdzie wygrał pierwszą edycję (wyścig przez całe USA liczący 6800 km ‒ przyp. red.). Zdecydowanie był moją inspiracją. 

Race Through Poland, które organizujesz u nas, ma bardzo podobne założenia co Transcontinental ‒ czy to był Twój hołd dla Mike’a? 

Nie, to trochę przypadek. Stworzyłem ten wyścig nie dla jego osoby, ale dlatego, że to, co on stworzył, niesamowicie mi się spodobało, szczególnie to uzasadnienie wszystkich reguł. Przejechałem ten wyścig, potem zacząłem dokładnie to wszystko czytać i wszystko miało sens ‒ samowystarczalność, która jest dla mnie bardzo ważna, zarówno gdy organizuję wyścigi, jak i sam startuję, po prostu się w tym spełniam i odczuwam wiele satysfakcji z takiej jazdy. Z biegiem czasu wprowadziłem dodatkowe zasady na RTP, np. zakaz jazdy po drogach krajowych. Tego w TCR nie było, to w ogóle bardzo surowy wyścig, nie ma zorganizowanego startu, mety, żadnego posiłku, miejsca, gdzie po wszystkim możesz się kimnąć. U nas pod tym względem jest zupełnie inaczej.  

Paweł Puławski na swoim pierwszym TransContinental Race. Fot. archiwum prywtane

Piko, TCR to jeden z najtrudniejszych wyścigów w tej grze, a Ty podkreślasz, że wystartowałeś tam przypadkowo i w ogóle to był Twój pierwszy wyścig. To było w 2017 r. Może jeszcze w ogóle wcześniej nie miałeś roweru, co? (śmiech) 

Moja droga rowerowa zaczęła się dużo, dużo wcześniej, bo w 2006 r. Była to długa droga, z wieloma zakrętami, wybojami. Przez ileś tam lat byłem kurierem rowerowym, takim na pełen etat, założyłem firmę kurierską. Potem przeprowadziłem się do Anglii, po kilku latach wróciliśmy do Wrocławia i akurat byli u nas angielscy przyjaciele, kiedy ogłoszono wyniki referendum na temat Brexitu. Oni oczywiście byli przeciwko i tak stwierdziliśmy wspólnie, że nie możemy tego tak zostawić, trzeba to jakoś zamanifestować, więc wymyśliliśmy rowerowy przejazd z Londynu do Wrocławia i zbiórkę na Lekarzy Bez Granic.  

Zrobiliśmy tę trasę w osiem dni. Dla mnie 200 km dziennie było wyzwaniem, ale w zasięgu, została mi baza po kurierce. Dla Scotta, mojego kolegi było już ciężko. On miał fajny na tamte czasy rower z serii adventure, jeden z pierwszych modeli road-plus, wtedy to serio było coś, a ja pojechałem na ostrym kole (rower bez wolnobiegu, z jednym, stałym przełożeniem, gdzie trzeba non stop pedałować przyp. red.). Zastanawiałem się, czy to jest w ogóle możliwe, wtedy on zaczął mi wysyłać zdjęcia, że gościu przejechał TCR na fixie. Wtedy dowiedziałem się o tym wyścigu, a na mecie we Wrocławiu znajomi z Bike Days zrobili powitanie z pokazem filmu właśnie o Transcontinentalu (tytuł filmu Melons, Trucks & Angry Dogs). Po obejrzeniu stwierdziłem, że jadę to za rok. (śmiech) 

No tak, takie decyzje trzeba na gorąco! Im mniej wiesz, lepiej śpisz lub dalej zajedziesz! 

Wystartowaliśmy w ogóle w parze z moim kolegą Emilianem, też kurierem. Pojechałem tam totalnie na wariata. Sprzęt jakiś wyzbierany, każda sakwa innego koloru, nawet nie miałem bibsów, tylko zwykłe spodenki, przez całą Europę chciałem jechać z torbą kurierską na ramieniu, zamiast wpinanych butów oczywiście noski. A najlepsze były na nogach wojasy, takie skórzane, no prawie jak do garnituru. (śmiech) Ale wygodne były, lubiłem je. Ten rower wyglądał jak… (śmiech) A teraz patrzysz na dotwatchers.com, prezentacje rowerów przed każdym wyścigiem, wszyscy wystrojeni, pod kolor, błyszczy się. A wtedy to było. Popełniłem wszystkie błędy, jakie mogłem. 

Race Across France. Fot. Widen Production & Assos of Switzerland

Jeden długi dzień na Race Across France. Fot. Widen Production & Assos of Switzerland

A z perspektywy czasu zrobiłeś coś… dobrze? 

Dojechałem do mety. (śmiech) Jako ostatni zdążyłem na pożegnalną imprezę i dostałem Black Jersey (czarna koszulka jest nagrodą dla ostatniej osoby, która zdąży na imprezę finisherów ‒ przyp. red.). Najważniejsze, że się nie poddałem. Kolega zrezygnował chyba trzeciego dnia, kiedy wjechaliśmy w góry, po prostu nie dawał rady fizycznie i mieliśmy taki zdrowy układ, że startujemy w parze, ale jak ktoś odpuści, to się rozstajemy i nie ma problemu. W prawdzie przeżyliśmy to mocno, wiesz, siedzieliśmy na przystanku w Trento i płakaliśmy. (śmiech) Uparłem się i dojechałem do końca pomimo problemów. Wysiadła mi nawigacja, więc całe Węgry i Rumunię przejechałem na papierowej mapie ze stacji paliw, byłem w szpitalu, bo wysiadło mi kolano. 

Czego dowiedziałeś się o sobie po tym wyścigu? 

Cała ta podróż była… miejscem, gdzie dobrze się czułem. Pokonywanie kolejnych trudności mnie tylko napędzało i nie miałem z nimi żadnych negatywnych emocji. Spadł mi z roweru pożyczony garmin, przejechały po nim dwa TIR-y, oczywiście przestał działać, a ja nic, zero złości. To są silne wspomnienia, które są ze mną do dzisiaj. Patrząc na to z boku, miałem tam same problemy, a wspominam je jako coś fantastycznego.  

To bardzo solidny fundament. Co przełomowego wyciągałeś z kolejnych ultra? 
Australia była epicka i dużo zmieniła. To był mój drugi wyścig i pojechałem go z takim przeświadczeniem, że chcę się ścigać. Wyeliminowałem błędy z TCR. Zacząłem trenować, już nie tylko jeździć na rowerze w kurierce. Skończyłem w dziesiątce, jadąc na ostrym kole i to był dobrze pojechany wyścig. Wróciłem z przeświadczeniem, że mogę konkurować z mocnymi zawodnikami.  
Przełomowy na pewno był TCR No.7, gdzie się połamałem. W nocy po długiej jeździe, działającej nawigacji, w mieście wjechałem w wysepkę i złamałem poważnie kość udową. To była duża lekcja rozwojowa dla mojego ciała. Po trzech miesiącach wstałem z łóżka, jedna noga o połowę chudsza. Żeby wrócić do jazdy, dołożyłem zajęcia na siłowni, trenera i nagle pojawił się ‒ nie tyle, że powrót do formy ‒ wzrost wydolności. Potrenowałem i zaczęły pojawiać się sukcesy, tu już byłem w trójce, tam jakiś wyścig wygrałem. Z kolei na Atlas Mountain Race przeżyłem największe załamanie, byłem bliżej niż kiedykolwiek, by zrezygnować w trakcie. 

Krajobrazy podczas TransIberica. Fot. Carlos Mazón, Transiberica Club.

Co się działo? 

Było trochę ignorancji z mojej strony, a dwa, dałem się zwieść pięknymi zdjęciami na Instagramie. (śmiech) Nie byłem jedyny, który wziął tam gravela, bo sporo ludzi potraktowało ten wyścig tak, ale w race manualu rekomendowali opony minimum 2.1, a ja przeczytałem go dopiero po zapisie i zapłaceniu. Wtedy było za późno na skombinowanie innego roweru, jedyne, co zrobiłem, to założyłem tubeless i stwierdziłem, że jakoś to będzie z oponami 38 mm, przecież jeżdżę różne rzeczy. Wystartowałem z postanowieniem ścigania, a nie byłem w stanie konkurować, bo na każdym technicznym zjeździe ja prowadziłem rower z lejącym się mlekiem z dętek, a oni na tych góralach mnie wyprzedzali. To było mega frustrujące. 

Mówisz, że drugi wyścig, 5500 km i wziąłeś ostre koło. Im trudniej, tym lepiej czy zgodnie z powiedzeniem: najlepszy jest ten rower, który masz? 

Z Anglii do Wrocławia faktycznie to był jedyny rower, jaki wtedy posiadałem. I też trochę subkulturowo. Wspomnienie czasów, kiedy wszyscy uważali, że opony 23’’ są najszybsze. (śmiech) Kurierka teraz się trochę zmieniła, ale na początku jeździliśmy po 8 godzin dziennie przez cały tydzień, te rowery naprawdę się szybko zużywały. Kombinowaliśmy, szukało się części, klejenie piast. Ale do Australii dostałem już konkretne ostre koło zbudowane specjalnie pod ten wyścig, przez chłopaków z Hultaja. Australia była ideologiczna, bo ten wyścig prowadził trasą pierwszych podróżników, którzy przekraczali kontynent lądem, często na rowerach, a wtedy były same ostre koła. Więc organizatorzy, przypominając te historie, nakręcali i pytali, kto zamierza w hołdzie dla tych ludzi wziąć właśnie fixie. 

I dałeś się podpuścić… 

Dałem. (śmiech) Okazało się, że jest jeszcze jeden Anglik, Joseph Kendrick i razem się ścigaliśmy, co było super. Ale co tak naprawdę wspominam, to zjazdy na ostrym kole przez tak długi czas pozostają mocno w pamięci, w ogóle jazda na tak długim dystansie tak bardzo scala cię z tym rowerem, to, jak ten rower nadaje ci rytm, twojemu ciału. Można powiedzieć, że wchodzi się w zen, głębokie poczucie jedności. Bardzo zapadło mi to w pamięci. Z tego powodu powtórzyłem to na Maratonie Północ‒Południe, bo trasa tam nadaje się na ostre koło i na pewno jeszcze to zrobię w przyszłości. 

Piachy Rwandy. Fot. organizator The Race Across Rwanda

To jest to, czego szukasz w ultra? 

Im dłuższy wyścig, tym lepiej go wspominam. Ten drugi, trzeci dzień jazdy wtedy już odcinasz się od tej rzeczywistości, jaką znamy na co dzień. Zostaje ten aspekt sportowy, jeśli zdołasz go utrzymać do końca, to faktycznie się ścigasz, ale ta granica między rywalizacją a przeżyciem podróży się mocno zaciera. Trzy lata temu na TCR spotkaliśmy się z Adamem Białkiem na promie. Potem dojechali jeszcze Krystian i Urlich, dwóch innych kolarzy. Do mety 300 km, każdy ma szansę na drugie miejsce. Podjechałem do Adama, „cześć” i cisza. Już nie pamiętam, kto to powiedział, ale padło pytanie, czy to jeszcze jest wyścig. Tak naprawdę nie byliśmy pewni, bo każdy przeżywał swoją przygodę tak mocno, był w innej czasoprzestrzeni.  
 
No jest to ucieczka od codzienności, ale taka mega, bardzo mocna. Tylko, że jest na tyle świadoma, że wiem, że mam jakiś cel i w moim przypadku, jeszcze jeżdżę się ścigać. (śmiech) 

Wrócę do tego poczucia wyzwania w Twoim ściganiu ‒ musisz dodatkowo podwyższać sobie poprzeczkę? Im trudniej, tym lepiej? 
Jest to poczucie ‒ jedziesz, wspinasz się na jakąś mega górę, kogoś gonisz lub przed kimś uciekasz, jesteś zdeterminowany i zaczyna padać deszcz i mówisz: „No, to się zaczyna”. Często gadam do nieba „Słabo, to za mało. Teraz mnie nie złamiesz”. Staram się wpędzić w taki stan, napędza to mnie i działa. Ale ostatnio jest coś innego. Na pierwszych wyścigach tego nie czułem, ale im więcej mam kilometrów, stoję z boku i obserwuję, to mam coraz większą świadomość tego, że jedziemy sobie i te problemy: nie możemy gdzieś przejechać, tu zatrzymało nas wojsko jak w Rwandzie, albo zgubiłem portfel, to są to problemy, na które możemy sobie pozwolić, są z własnego wyboru. Jest to przywilej, że zapisałem się na wyścig do Maroka, bo właśnie tam ta myśl mi przyszła. Na Old Colonial Road był taki odcinek, wiele kilometrów w górę po ciężkim terenie i pchałem ten rower i w pewnym momencie, byłem tak sfrustrowany, że rzuciłem rower, całe moje ciało straciło siłę, wolę do jazdy. A zawsze wcześniej ona była, bez względu na to, co się działo. Chwilę później przyszła refleksja, że jestem tu z własnego wyboru, że to moja przygoda. Jak to mówił wspomniany Mike Hall: na koniec dnia to przecież tylko jazda rowerem. 

Cały czas mówimy o pozytywnych zmianach: z przejechanymi kilometrami, z większym doświadczeniem, z bardziej specjalistycznym treningiem. A jest coś, co ostatnio się zmieniło niekorzystnie, co Cię zaskoczyło in minus? 

W poprzednim roku narzuciłem sobie za dużą presję. Za mocno wszystko przekalkulowałem, bardzo drobiazgowa strategia, za bardzo chciałem pojechać perfekcyjny wyścig. Zabrakło otwartości, dowolności na to, co się wydarzy. Co roku mi się wydaje, że mam mega mocną głowę. Od tego pierwszego TCR, którego przejechałem tylko głową. A zawsze znajdzie się coś, co udowadnia, że jednak nie jest nieskończenie mocna. (śmiech) W 2022 roku na Trans Alpina zrobili parkour (odcinek obowiązkowy przyp.red.) po drodze dla quadów. Istna masakra, wyrwy na kilka metrów, tona kamieni, pełno wody. Trasa na jakieś enduro. I po tym wszystkim usiadłem w pierwszej miejscowości i przez pół godziny rozmyślałem „co oni nam zrobili?” zamiast wziąć się w garść, bo przecież już to przejechałem i gnać dalej, to po prostu mentalnie wysiadłem. 

Pełna emocji najdłuższa prosta droga w Australii. Fot. archiwum własne

Przejedźmy teraz do dwóch fundamentów ultra: jedzenia i spania. Słyszałem historie, że ultrasi zamawiają wcześniej makaron do foliówki i wkładają go sobie w tylną kieszonkę, jedzą po drodze. To Twój patent? 

Jestem zdecydowanie zwolennikiem normalnego jedzenia na wyścigach, chociaż zaczynam od lekkich rzeczy, które mogę wziąć do sakw: musy owocowe, batony. Dopiero jak organizm przestawi się na tryb wyścigowy, to mogę zejść wszystko. Znam te historie o jedzeniu z pojemników na lemondkach, ale nie stosuję: połowa zawsze ci wypadnie. (śmiech) Jestem zwolennikiem, że przynajmniej raz dziennie dobrze jest się zatrzymać na posiłek, zejść z roweru na te 15‒20 minut. W dłuższym rozrachunku to się opłaca. 

Jaka historia z jedzeniem najbardziej siedzi Ci w głowie? 
TCR, jak przejeżdżałem przez Bałkany. Wszyscy pojechali na południe przez centralną część, a ja wymyśliłem, że wjadę od północy. Nagle zacząłem dostawać wiadomości na telefon, czemu rezygnuję. Zadzwoniła moja Madzia, wściekła na mnie „tak dobrze Ci szło!” Aż wyłączyłem telefon na dwa dni. (śmiech) Ten manewr dał mi pozycję za pierwszą trójką na punkcie kontrolnym w Czarnogórze. Ale żeby to zrobić, musiałem wyjechać wieczorem i nie znalazłem żadnego otwartego sklepu. Czekać całą noc? Jadę dalej, jakoś to będzie. Wjechałem w Durmitor, a tam totalna dzicz. Ten parkour był mega ciężki, straszne podjazdy. Byłem tak wycieńczony, że nie miałem siły jechać. Robiłem co chwilę drzemki. Słońce wzeszło, a ja utknąłem. Na przełęcz wjechałem przed południem i wtedy już nie jadłem połowę wczorajszego dnia, całą noc i teraz do południa. Totalnie się wyzerowałem. Jechałem i no takie kwiatki rosły. To zrywałem i wiesz białe ‒ smaczne, żółte ‒ niedobre. (śmiech) Oczywiście nie nakarmiło mnie to, ale może jakieś placebo zadziałało. Zjechałem na stację do Żablijaka i siedziałem tam 45 minut, zanim ciało zaczęło jakkolwiek funkcjonować. Nagle się najesz, ale to oczywiście nic nie daje. Cały kolejny dzień to była męczarnia, dopiero dwa dni później wróciłem do siebie. No i to kolejny błąd, że ścigając się czasami za bardzo porywam się w trasie i takie bywają konsekwencje. 

Paweł Piko Puławski to pomysłodawca i organizator kultowego Race Through Poland. Fot. biteofme

A spanie? To Ciebie w Szwajcarii w jakiejś stodole starsza pani obudziła, mierząc ze strzelby? (śmiech) 

Ze spaniem nie mam żadnych spektakularnych historii, bo po prostu mało śpię. (śmiech) Teraz najczęściej to są krótkie drzemki. W pierwszych wyścigach, które chciałem przejechać, dużo spałem na zewnątrz: rowy, pola, gdzieś na tyłach sklepów, pizzerii, na naczepie traktora, w toaletach. Ale odkąd się ścigam, to po pierwsze, tego snu jest dużo, dużo mniej, po drugie, dużo częściej śpię w łóżku, w hotelach. Jeśli masz spać dwie godziny, możesz wcześniej zabukować sobie hotel, często jeszcze jedzenie. Wpadasz, jesz, prysznic i śpisz w łóżku, regeneracja jest dużo lepsza. 

Przyzwyczajasz recepcjonistów, że można zabukować pokój na dwie godziny?  

(Śmiech) To jest fajne, szczególnie kiedy możesz zamówić budzenie. Wpadasz o jedenastej i prosisz, by zadzwonili o pierwszej i jest takie „słucham?” Albo kiedy mówią, że śniadanie od siódmej, a ty odpowiadasz, że o północy już cię tu nie będzie i ważniejsze jest, czy sam możesz otworzyć sobie drzwi w środku nocy. (śmiech) 

Jak Ci się wraca do domu, do tej rzeczywistości, po tak intensywnych i różnych przeżyciach? 

Zawsze jest szok, ale bardzo dobrze mi się wraca, bo tęsknię za rodziną. Już w samolocie często myślę tylko o tym. Uwielbiam to, że mam gdzie wracać. To bardzo się łączy, nie wyobrażam sobie rozdzielenia tych dwóch światów. No i to kolejny powód, jak wcześniej rozmawialiśmy o tych trudnościach. Skoro już wyjechałem, zostawiłem dzieciaki i moją ukochaną, to trzeba ukończyć ten wyścig, a nie, że rezygnuję, bo jestem zmęczony. No chyba że się połamię, jak w Grenoble. W szpitalu, gdy przyszedł lekarz, to byłem dalej w tym trybie jazdy i pytam, co wyszło, jakieś obicie tylko „Jadę dalej?” „Nie, idziesz na stół operacyjny”. 

Ale ostatnio mam takie poczucie, że im więcej wyścigów, tym trudniej mi się odnaleźć w tych przyziemnych sytuacjach, zwłaszcza zaraz po powrocie ‒ idę do supermarketu na duże zakupy, stoję i jest takie „Kurde, co teraz?” (śmiech) 

Piachy Rwandy. Fot. organizator The Race Across Rwanda

Jak ktoś Cię obserwuje, to widzi, że masz potężne wsparcie z domu. Wtedy też na pewno łatwiej się wyjeżdża na takie ściganie? 

Dla rodziny jest to mega trudne. Kiedy pojechałem do Stanów, to był cały czerwiec. Zostawiłem dwójkę dzieci i Magdę, która jest nauczycielką. Koniec roku, wtedy oni mają przerąbane. Mam tę świadomość, że to nie jest dla nich proste i Madzia mogłaby powiedzieć „masz dwójkę dzieci, obowiązki tutaj, nie jedź” i to byłoby w pełni zrozumiałe. Dlatego wiem, że to mój ogromny przywilej, jestem im niesamowicie wdzięczny. 

W tym kontekście powiedz mi… czy live tracking, śledzenie kropki, to zbawienie czy przekleństwo na tak długich wyścigach? Każda dłuższa przerwa to zalew wiadomości i telefonów, czy wszystko OK. 

Jest to dobre dla obu stron. I w domu wiedzą, co się dzieje… 

Zawsze możesz wyłączyć telefon na dwa dni. (śmiech) 

Tym bardziej, kiedy wyłączysz telefon. W Stanach siadły mi oba, ostatnio jest już lepiej, ale kiedyś notorycznie na każdym wyścigu albo telefon się psuł, albo nie było zasięgu. Australii przez 20 dni bez kontaktu. Na szczęście miałem nadajnik satelitarny SPOT i tam można wysłać SMS, więc miałem skonfigurowaną wiadomość, że idę spać na dłużej, by nie martwić Madzi.  

Sam też wiele korzystam z trackingu, szczególnie w późniejszych etapach wyścigu wchodzą różne rozkminy. Patrzysz, gdzie są rywale, widać, czy spali, czy dopiero będą, można w oparciu o to przyjąć jakąś strategię. Zresztą miałem taką sytuację na nieco krótszym wyścigu w Anglii ‒ 10 punktów kontrolnych do zaliczenia w dowolnej kolejności i powrót na start. Pojechałem zgodnie ze wskazówkami zegara, a Bradley, największy rywal, w drugą. Minęliśmy się w Szkocji, jakoś w połowie trasy na tej samej ulicy. Dzień później przyszły potężne deszcze, zalało mi telefon i nie widziałem jego pozycji, ale czułem, że dobrze mi idzie. Wjechałem do Sheffield i ‒ jak to w mieście ‒ czerwone światła. Stoję i patrzę na mój rower, był strasznie brudny, pełno śmieci w sakwach, to na zielonym podjechałem do śmietnika, trochę to ogarnąłem, by na mecie jakoś wyglądać. Ostatni podjazd, jakieś sto metrów do końca i słyszę hałasy na mecie ‒ ucieszyłem się, bo dobrze mi szło, myślałem, że to dla mnie. Wjeżdżam na górę i widzę Bradleya. To były brawa dla niego ‒ wyprzedził mnie jakieś 30 sekund. (śmiech). Gdybym miał sprawny telefon, to bym wiedział, ale co we mnie wstąpiło, że przejąłem się tym, jak rower będzie wyglądał na mecie? (śmiech) 

Dla mnie Piko to zazwyczaj szosa lub gravel. Ale masz też doświadczenie na rowerach cargo. Na nich też startowałeś prawda? 

Na cargo poruszam się codziennie po mieście, taki mój commuter. Czasami oczywiście biorę inny rower, ale nie wyobrażam sobie po mieście śmigać inaczej, zawsze czegoś mi brakuje. A wyścigi… traktuję to jako coś innego, inna przyjemność i doświadczenie. Nie brałem udziału w wielu wyścigach, kilka krótszych sami we Wrocławiu robimy, a ten, co wygrałem, był w Berlinie. Dużo ludzi się zjechało, była to jedna z pierwszych tego typu imprez. Nie było tam ultrasów, bardziej kurierzy rowerowi i pasjonaci. Ale to była mega, mega impreza. Pętla 7 km po otwartych ulicach Berlina. Trzy skrzyżowania i cztery punkty z wodą w baniakach. Każdy miał swój numer ‒ na jednej pętli zabierasz te baniaki, na następnej ‒ oddajesz i tak przez dobę. W końcu ludzie się zorientowali, że to wyścig, bo ci rowerzyści cały czas przejeżdżali z tymi baniakami, więc wychodzili kibicować. Dzieciaki do późnej nocy pomagały ładować i rozładowywać. Naprawdę niezły event! A przejechałem chyba 504 km na cargosie ‒ to niezły wynik. 

Rower cargo w akcji. Fot. archiwum własne

Organizujesz wyścigi, sam jeździsz, masz firmę kurierską. Jeździ Twoja Magda i dziewczyny. Robisz coś, co nie jest związane z rowerem? 

Dużo tego roweru, ostatnio zacząłem pilotować wyprawy rowerowe i uczyć się jazdy na MTB, bo planuję pierwszy wyścig w Anglii, memoriał Mike’a Halla. 

No, ale miało być coś nierowerowego! 

(Długa pauza) Lubię chodzić po górach, ale nie mam za wiele czasu. Pochodzę z Łącka, więc lubię sobie wyjść na Radziejową, na Mogielicę, albo pochodzić tu po Sudetach. 

Zaczęliśmy od biegania i roweru, to też tak skończymy. Technicznie to biegowe ultra zaczyna się od metra powyżej dystansu maratonu… natomiast wiele osób przyjmuje, że to jednak stówka musi pęknąć, by nazwać się ultrasem. Jak jest u Was w ultrakolarstwie? 

Słuchałem kiedyś bardzo ciekawego podkastu Marka Beaumonta ‒ rozmawiał wtedy z trenerami, fizjologami, generalnie podejście bardzo naukowe i tam mówili, że to ultra endurance cycling zaczyna się już powyżej… czterech godzin. Więc jeśli ktoś pisze, że jego wyścig ultra ma 200 km, to z tej perspektywy ma to sens. Jest to bardzo osobista kwestia, nigdy nie rozmawiałem z nikim, nie słyszałem też, żeby ktoś w społeczności się umawiał na jakąś definicję. Sam uważam, że na takim ultra to trzeba się przespać, przejechać te minimum 24 godziny.  

Wyścigi ULTRA Piko Puławskiego

• Road/ The Transcontinental No5 / 4200km/ Europe / Finisher with Black Jersey Award.
• Road/ Indian Pacific Wheel Race 2018 / 5500km/ Australia / Fixed gear record across OZ, 10th place.
• Road/ TransatlanticWay Race 2018 / 2500km/ Ireland / 7th place.
• Road/ All Points North 2019 / 1000km/ Northern England / Winner, solo.
• Road/ The Transcontinental Race No7 / 4200km/ Europe / Scratched.
• MTB/ Atlas Mountain Race 2020 / 1500km/ Marocco / 32 place.Gravel / Poland
• GravelRace 2020 / 550km/ Southern Poland / 4th place.
• Cargo Bike/ 24-HourBerlin 2020 / Berlin / Winner, solo.
• Road/ Maraton Północ Południe 2020 / 1000km/ Poland / 7th place, rode fixed gear.
• Road/ Transiberica 2020 / 3000km/ Spain / Winner, solo.
• Road/ PatchRace2021 / 600km/ Southern Poland / 3rd place, rode fixed gear.
• Road/ Transiberica 2021 – 2900km/ Spain / 2nd place, solo.
• Road/ All Points North 2021 / 1000km/ Northern England / 2nd place, solo.
• Road/ Do Budapesti 2022 / 600km/ Hungary / 3rd place, rode fixed gear.
• Road/ All Points North 2022 / 1000km/ Northern England / Winner, solo.
• Road/ Race Across France 2022 / 2600km/ France / 5th place, solo.
• Road/ The Transcontinental No8 / 4300kmEurope / 3rd place, solo
• Road-Gravel/ The Race Around Rwanda / 1000km/ Rwanda / 4th place, solo.
• Road/ TransAm Bike Race 2023 / 6800km/ USA / 2nd place, solo.
• Gravel/ Further Elements / 460km/ Scotland / 3rd place, s