SWIMRUN WIÓRY – „ŚLADAMI PIONIERÓW” LONG

DUETY DO METY

Wióry, 10.06.2019

Pamiętacie pierwsze ultra lub nawet te sprzed kilku dobrych lat?

Być pionierem w czymś to sprawa bardzo kusząca, a w swimrunie dzieje się to na naszych oczach.

rozmawiała: Anna Lis

zdjęcia: Piotr Dymus

Za nami Swimrun Wióry 2018 – jedna z ważniejszych tego typu imprez w Polsce. To tu bowiem w naszym kraju wszystko się zaczęło. Treningi pierwszego zespołu, w końcu pierwsze zawody. W tym roku na listach startowych na Wiórach widniało ponad 150 nazwisk, czyli 75 dwuosobowych zespołów, bo swimrun to sport drużynowy. Męskich, żeńskich i mieszanych. Dwa razy więcej niż rok wcześniej. Takiego przyrostu pozazdrościć mogłaby niejedna dużo popularniejsza obecnie dyscyplina sportu.

Wokół Zalewu Wióry organizatorzy przewidzieli dwa dystanse – krótki 12 km (w tym 2 km pływania) i długi 31 km (w tym 5,5 km w wodzie). Dystans długi zdominowały pary męskie i mieszane, tylko jedna para damska zdecydowała się na to wyzwanie i pokazała jak umiejętność współpracy, podział zadań i koncentracja na celu potrafią niby „słabszy” – bo kobiecy – zespół ustawić na równi z silnymi męskimi teamami. Rozmawiamy z Aleks Siwczuk i Magdaleną Mostowską, trzecim zespołem open na mecie długiego dystansu Swimrun Wióry!

Magda, miałaś już doświadczenie indywidualnych startów w swimrunie. Tym razem na Wiórach udało się wreszcie wystartować tak, jak podczas najważniejszych wyścigów – w zespole dwuosobowym. Jaka jest podstawowa różnica między ściganiem się solo, a w teamie?

MM: Tak jak podczas większości wyścigów wytrzymałościowych, jest się samej nie tylko na trasie, lecz także ze swoimi myślami. Ja głównie się zastanawiam, jak daleko jeszcze. A w przypadku swimrunu myślę raczej o tym, kiedy wreszcie będzie można wejść do wody, bo to zdecydowanie moja konkurencja. W parze podobnie. Tylko na Wiórach głównie myślałam o tym, żeby postronek, na którym mnie Ola ciągnęła na biegu, nie był maksymalnie napięty. W swimrunie w trudnym terenie trzeba myśleć o swoim bezpieczeństwie, dookoła są inni zawodnicy, ale ze skaleczeniem na dłoni czy bólem w źle postawionej stopie zostaję sama. Nie jest łatwo pogodzić rywalizację ze wzmożoną czujnością. W parze czułam się bezpieczniejsza, mogłam skupić się na tym sznurku i prawdziwym ściganiu.

Czy zespołowość tego sportu czyni go czymś wyjątkowym? Co daje ściganie się w parze? Czy można się czegoś dowiedzieć o sobie?

MM: Ja się dowiedziałam. Ola zapewniała mnie, że to start dla funu. Jak się okazało, że nie będzie innych kobiecych zespołów, to zaczęła coś przebąkiwać o ściganiu się w generalce. Podczas wyścigu tyle dowiedziałam się o Oli, że mówiła to na serio.

AS: Ja zawsze mówię serio. Zespołowość w sportach wytrzymałościowych jest tak mało popularna, że dla samotnego długodystansowca już sam fakt stworzenia zespołu jest wystarczająco wyjątkowy. O sobie dowiedziałam się, że – o dziwo – praca w dobrym zespole może sprawiać mi przyjemność, a o Magdzie – że choć indywidualistka, to jest idealną partnerką. Ale to drugie w zasadzie podejrzewałam już od dawna.

 

Czy umiejętność współpracy jest rzeczywiście w swimrunie tak ważna, czy może by osiągnąć założony cel, czyli metę, wystarczy być silnym i szybkim?

MM: Oczywiście, że trzeba być silnym i szybkim! Ale czasem to nie wystarczy. Gdyby Ola mnie nie wypchnęła za tyłek na ostatnim wyjściu z wody, sama bym się stamtąd nigdy nie wygramoliła. A ścigający nas panowie deptali nam po piętach, więc motywacja była ogromna.

AS: Im wcześniej zaczniemy tworzyć zespół, tym szansa na sukces jest większa. To nie muszą być tylko wspólne treningi – warto się po prostu poznać. W trakcie zawodów wyprzedziłyśmy zespół, który kompletnie nie mógł się porozumieć w kwestii odżywiania. Tracili czas na omawianie tego, co już dawno powinni wiedzieć. My swoje preferencje i potrzeby żywieniowe znamy na wylot. Nawet jeśli zdarzy się coś nieprzewidzianego, będziemy miały większą szansę na sensowną i skuteczną reakcję.

Jak wyglądały Wasze treningi i przygotowanie?

MM: Pływamy razem w grupie na zajęciach klubu Warsaw Masters Team, więc znamy swoje możliwości w wodzie. Przygotowując się do startu, zrobiłyśmy kilka wspólnych treningów biegowych, ćwiczyłyśmy podbiegi na holu, bieganie przeplatane ćwiczeniami na ramiona. Zrobiłyśmy dwa treningi w pełnym rynsztunku, skupiając się głównie na zmianach. Dogadałyśmy tysiące (i tak nie wszystkie) drobiazgów sprzętowego wyścigu zbrojeń i aprowizacji.

AS: Magda nie zdradziła jeszcze sekretów leżących u podstaw przygotowań mentalnych i logistycznych. Pluskanie o świcie w zimnym górskim potoku, jeżdżenie po Polsce w poszukiwaniu dobrych akwenów treningowych (w okolicach Warszawy niezwykle nieskuteczne), a z tych najbardziej nieoczywistych – wizyty u stomatologa bez znieczulenia w celu oswajania z bólem... A tak bardziej poważnie, od lat zajmujemy się amatorsko sportem, więc nasza baza biegowa i pływacka jest bardzo stabilna, nie wymagała specjalnych modyfikacji. Na treningach WMT sezon zwykle kończymy akcentami w łapach, co znakomicie zbiegło się z potrzebami swimrunu. Pomogła nam natomiast specjalistyczna wiedza praktyczna przekazana przez ekipę Goswimrun na organizowanych przez nich otwartych treningach. Mało kto zna tajniki tej dyscypliny tak jak oni i tak chętnie się tą wiedzą dzieli.

Pływanie czy bieganie jest ważniejsze w swimrunie?

MM: Pływanie! Bez pływania nie ma swimrunu. Tak naprawdę wszystko zależy od trasy i warunków. Najważniejsze to oswoić się z wodą i znać swoje możliwości. Tydzień przed Wiórami startowałam w 10 Island Swimrun w Szwecji. Na Kattegat była naprawdę wysoka fala, do której trzeba ześlizgnąć się z kilkumetrowych głazów. Organizatorzy podkreślali najważniejszą zasadę: „Jak się boisz, że nie dasz rady, to nie wchodź do wody”. To bardzo uniwersalna prawda, bo z wodą nie ma żartów. Trzeba po prostu być pewnym swoich umiejętności, które najlepiej szlifować zimą na basenie, zanim rzucimy się na wody otwarte.

AS: Bieganie! To bez biegania nie ma swimrunu. A tak szczerze, swimrun to nie pływanie i bieganie, to unikalne połączenie obu tych dziedzin. Doszłyśmy w końcu z Magdą do wniosku, że jednak jest coś specyficznego w naprzemiennym łączeniu tych dwóch dyscyplin, zaś ogólna wytrzymałość i doświadczenie w obu dają największą przewagę.

MM: To jest taki specyficzny bieg, podczas którego kilka razy można sobie poleżeć i nogi pomoczyć.

Jaką miałyście taktykę na ten start?

MM: Wygrać! Celem zawsze jest meta, pozostaje tylko kwestia wyboru drogi dotarcia do niej. Jeśli po zawodach pozostaje w człowieku coś pozytywnego na przyszłość, to chyba wybór był trafiony. My podzieliłyśmy się zadaniami. Ola prowadziła na biegu, ja na pływaniu. Ola zwijała hol, ja naciskałam garmina. Ola zarządzała żywienie, ja zdejmowałam jej z głowy nawigację. I to chyba tyle albo aż tyle.

AS: Struktura zespołu, w którym jeden zawodnik dowodzi na pływaniu, drugi na biegu jest bardzo efektywna. Ważne tylko, aby właściwych dwóch zawodników połączyć elastyczną linką, dać im parę daktyli i to wszystko. Oczywiście starałyśmy się trzymać najlepszych długodystansowych praktyk – nie zaczynać za szybko, trzymać równe tempo tam, gdzie teren na to pozwalał, skutecznie nawigować zarówno w wodzie, jak i na lądzie i skupiać się na celu oraz na pozytywnych aspektach sytuacji, w jakiej nam przyszło się razem znaleźć.

Jaka na Wiórach jest charakterystyka trasy? Komu ją polecacie?

MM: Byłam na Wiórach miesiąc przed startem, żeby rozpoznać sytuację. Był upał, susza – mało wody, odkryte pola pełne uczulającego zboża. Byłam przerażona perspektywą ścigania się w takich warunkach. W dzień startu było zupełnie inaczej. W ciągu kilku tygodni zbiornik zasilony został świeżą wodą w takiej ilości, że organizatorzy musieli modyfikować lekko trasę. Tak więc trzeba być przygotowanym na wszystko. Mimo że pływania jest stosunkowo dużo, myślę, że zbiornik nie powinien odstraszać zawodników lubiących ląd – terenowi biegacze też będą mieli gdzie się wykazać.

AS: Jestem skłonna zaprosić wszystkich na tę trasę. Do wyboru są dwa dystanse i naprawdę nie trzeba się bać żadnego z nich. Szczególnie że na krótszym organizatorzy mają liberalne podejście do limitu czasowego. Trzeba się okazjonalnie powspinać na wzgórza czy poślizgać w kilku wąwozach, ale to nie jest bieg górski, raczej mocno urozmaicony trail. Na pewno jest to miejsce, o istnieniu którego nie dowiedziałabym się, gdyby nie zawody. W swimrunie wolność przemieszczania się siłą własnych mięśni jest naprawdę urzekająca.

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje