Zaokrąglona strzała, chłostanie pokrzywami i grążele

Sumin, 4.06.2019

Od czego zaczęła się moja przygoda ze swimrunem? Chyba od e-poznania Jędrka Maćkowskiego. Na fanpage’u „Od grubasa do ultrasa” obserwowałem jego zmagania ultra, poszukiwania psicy Toli, a także film pokazujący zawody Rockman w Norwegii. Lepszej reklamy swimrunu nie można sobie wyobrazić. Biegasz, pływasz, a przy okazji poznajesz piękno fiordów. Sam już w tym czasie miałem za sobą sporo startów biegowych, ale bieganie powoli powszedniało. Pojawiły się pierwsze starty triatlonowe, dla urozmaicenia, ale także jako efekt zakładu („Ale że co? Że ja nie dam rady? Ja nie dam?). Nawiasem mówiąc w trakcie startów triathlonowych uwidocznił się trud i znój związany z pływaniem w otwartej wodzie.

Wracając do swimrunu – poszperałem troszkę i okazało się, że ten sam Jędrek startuje w parze z moim kumplem z pracy. Krok po kroku zacząłem wsiąkać w ten dotąd nieznany świat.

Tekst: Paweł Zalewski, zdjęcia: Paweł Zalewski, Powiat Starogardzki Rafał Słowikowski/Ewa Macholla

Najpierw szukałem pianki, którą szybciej się zdejmuje niż triatlonową, w związku z tym wziąłem udział w treningu z Jędrkiem na Jeziorku Dziekanowskim. Po raz pierwszy spotkaliśmy się poza światem wirtualnym – efekt: popływałem w piance swimrunowej i... zgubiłem okularki. Pozostali uczestnicy dzielnie wzięli udział w treningu – ja grzecznie odmówiłem. Kolejne pseudopodejście to już chęć bycia wolontariuszem na Wiórach, które… skończyło się na chęciach.

Sezon się skończył, zaczęły się przygotowania do kolejnego. Jednym z etapów był krótki obóz zorganizowany przez Jędrka i Anię w Górach Świętokrzyskich. Oprócz biegania w pięknych okolicznościach przyrody, miałem okazję posłuchać kolejnych peanów na temat swimrunu. Pojawiły się filmy motywujące, zachęcające i… ziarenko zakiełkowało. Postanowiłem wystartować na Wiórach w 2019. Odległa perspektywa, kilka triatlonów przed, zastanawiałem się czy może jednak nie trzeba wcześniej zobaczyć, z czym to się je. Znalazłem start singlowy w Suminie. Zapisałem się jako jeden z pierwszych i o tym... zapomniałem.

zdjęcie: archiwum autora

Dzień mijał za dniem, trening za treningiem, kolejne starty biegowe, kwiecień, maj, pierwszy w sezonie strat triatlonowy. Przypomniało mi się o Suminie przez totalny przypadek – drużyna mojej córki grała z GTS Straszyn w półfinałach MP w koszykówkę młodziczek i sprawdzałem na mapie, gdzie jest ta miejscowość, aż tu nagle poniżej Straszyna, niedaleko Starogardu Gdańskiego, znalazłem Sumin. Zapaliła się jaskrawoczerwona lampka, bo nie miałem sprzętu. A wiadomo wszem i wobec, że jak trwoga to do swimrunowego guru, czyli Jędrka (a tak naprawdę to do Ani, hahaha). Pianka się znalazła, a także bojka, więc można było ruszyć do boju.

zdjęcie: Powiat Starogardzki Rafał Słowikowski/Ewa Macholla

Na kilka dni przed startem pojawił się stres. Przyjechałem dzień wcześniej, żeby się dobrze wyspać. Rozbiłem namiot, zjadłem kolację, pogadaliśmy, pośmialiśmy się, startujący na dłuższych dystansach opisali sobie łapki i do spania. Całą noc się kręciłem, nie mogłem zasnąć, nie wiem czy bardziej z zimna, czy ze stresu. Wstałem rano, Ania udzieliła mi ostatnich rad odnośnie radzenia sobie z bojką, chowania czepka, zabezpieczania okularków. Popatrzyłem na start maratonu i sprintu, pożegnałem startujących z grupy Goswimrun, i zaczęło się powolne odliczanie kolejnych minut do startu Super Sprintu. Kręciłem się w okolicach strefy startowej, nasłuchując rozmów doświadczonych swimrunowych wiarusów. Wymieniali się doświadczeniami z ostatnich prób open water, wspominali poprzednie starty, licytowali się na najniższą temperaturę w jakiej pływali. Miło było popatrzeć i posłuchać, a także podsłuchać jak dywagowali na temat trudności trasy. Ja ukształtowaniem i długością poszczególnych odcinków trasy zbytnio się nie przejmowałem. Nie robiła na mnie wrażenia – w końcu 11,3 km biegania to pestka przy kilku ukończonych półmaratonach, zaś 2,2 km pływania podzielone na odcinki to nic nadzwyczajnego w porównaniu do tego, co pływamy na treningach w basenie. To, że bardzo się myliłem, nie będzie tajemnicą.

Pół godziny przed startem zacząłem się przebierać – zaczynało się rozpogadzać, słoneczko zaczynało przedzierać się przez chmury, które spowiły niebo nad Suminem od samego rana. Czy nie będzie zbyt gorąco w piance w trakcie biegania? Na odprawie okazało się, że niektórzy zrezygnowali z pianek. Większość jednak trwała w postanowieniu o starcie w pełnym rynsztunku. W piankę wrzuciłem (są tam ukryte takie dwie kieszonki wewnętrzne) wodę w miękkim bidonie, dwa żele na wszelki wypadek i mogłem stawać do walki z własnymi słabościami. Na 15 minut przed startem wyznaczono odprawę techniczną. Przedstawiciel Orgów przedstawił pokrótce niespodzianki, na które możemy napotkać na trasie. Rozejrzałem się po startujących i zobaczyłem kilka znajomych twarzy, w tym koleżankę z treningów pływackich, która ostatecznie była 2 open i wygrała klasyfikację kobiet – mega pływaczka. Poza tym, żartom i śmiechom nie był końca – piknik na wszystkie fajerki – mi jednak już nie było do śmiechu, bo powoli docierało do mnie, na co się zapisałem.

zdjęcie: archiwum autora

Ostatnie zdjęcia, strzał z pistoletu i poszły konie po betonie… wszyscy wyrwali jakby zaraz mieli zwinąć jezioro. Pierwszy odcinek 800 m biegniemy dość szybko, patrzę na zegarek, żeby sprawdzić tempo, a tam…. skucha, bo zapomniałe z wrażenia, że trzeba go włączyć. Trudno, uciekło 500 metrów, dodam je na koniec. Raz dwa dobiegamy do pierwszego odcinka pływackiego. Zakładam okularki, montuję bojkę, wbijam do wody, no może za dużo powiedziane – muł i wodorosty, pierwszy kontakt z zimną wodą, lekki szok, a ja dopiero zanurzyłem nogi. Pozytyw – widzę boję docelową – powinno być ok, bo nie jest zbyt daleko. Kładę się na tafli i czuję jak zimna woda dostaje się pod piankę. Brr… Zaczynam równomiernie pracować rękoma, od czasu do czasu zerkam, czy utrzymuję odpowiedni kurs. Na pierwszym odcinku jeszcze sporo osób dookoła, więc raczej się nie zgubię. Zachowuję rytm, licząc poszczególne pociągnięcia. W końcu dopływamy i… za wcześnie próbuję stanąć na nogach. Potrzebuję jeszcze kilka ruchów, aby osiągnąć brzeg. Wychodzę i czuję się jak po pierwszym etapie triatlonowym. Zaczynam rozglądać się za strefą zmian. Wolontariusze wskazują mi właściwy kierunek. Tętno 145 ud/min, a tu trzeba biec 3300 m. Coraz mniej ludzi wokół. Zaczynam się zastanawiać, czy jestem w ogonie stawki. Słońce coraz śmielej wygląda zza chmur. Pianka staje się zbędnym wyposażeniem. Rozpięcie jej pomaga nieco schłodzić ciało w trakcie biegania. Pocę się, jak w bani u Jędrka na obozie w Górach Świętokrzyskich.

zdjęcie: Powiat Starogardzki Rafał Słowikowski/Ewa Macholla

Generalnie, cały pierwszy etap biegowy to istna droga przez mękę. Czepek trzymam w ręku – rady Ani poszły… jak krew w piach. Gorąco, pot leje się na oczy, a do tego ciągle pod górkę… na szczęście biegniemy przez las, który łagodzi działanie słońca. Trasa bardzo dobrze oznaczona – ciężko się zgubić. Co jakiś czas rozstawieni wolontariusze, którzy wskazują odpowiedni kierunek. Mimo to o mało nie gubimy trasy. Biegniemy razem w małej grupce, krok w krok, wciąż próbując wyrównać oddech po pierwszym pływaniu. Wyłaniamy się z lasu z zamiarem kontynuowania biegu „jak droga prowadzi” i o mało wszyscy nie przegapiamy strzałek w druga stronę. Szybki powrót na trasę, która wciąż prowadzi pod górę i w końcu dobiegamy do kolejnego pływania. Zakładam czepek, okularki, instaluję bojkę i rzucam się do wody. Fala zimna wlewa się do środka. Szybko sprawdzam listę – oszsz, zapomniałem zapiąć pianki. Szybkie schłodzenie, ryzykowne, ale tym razem bardzo potrzebne. Ten etap pływacki wydaje się być trochę krótszy, ale też słabiej oznaczony. Pojawia się element folkloru – płyniemy pomiędzy rozstawionymi wędkami – z jednej strony wędkarz na łodzi, zaś drugiej wędkujący z brzegu. Udaje się bezpiecznie dotrzeć do wyjścia ukrytego w trzcinach.

Przede mną najdłuższa sekcja biegowa. Prowadzi najpierw wzdłuż brzegu – przedzieramy się przez chaszcze, krzaki, od czasu do czasu zamówione chłostanie pokrzywami. Bezpośredni kontakt z naturą. Następnie wybiegamy na otwartą przestrzeń. Nieco przyspieszam i po chwili biegnę sam. Do zawodnika przede mną mam około 200 m straty. Pojawiają się zabudowania miejscowości Szteklin, mijam „popas”. Wzdłuż trasy wspierający kibice zagrzewają do dalszego wysiłku. Warto dodać, że tym razem czepek jest na swoim miejscu, ukryty pod pianką. Wciąż pod górę, delikatnie, ale jednak. Mijamy spory obszar po wycince, zakręt w lewo, w prawo i już kolejna sekcja pływacka – jedyna wyznaczona na jeziorze Szteklin. Tym razem nieco wolniej odhaczam poszczególne punkty z listy. Czepek, okularki uprzednio zmoczone, aby nie parowały, bojka i zapięta pianka. Razem ze mną do wody wpadają dziewczyny z Goswimrun, startujące na dystansie sprintu. Ola rzuca krótkie pozdrowienie, odwzajemniam tę uprzejmość i rzucamy się w fale. Szybko zostawiają mnie w tyle, ale nie tracę kontaktu wzrokowego, co bardzo pomaga mi w nawigowaniu. Walka trwa – pociągnięcie za pociągnięciem, pamiętam o wysokim łokciu i rozluźnianiu ręki przenoszonej nad wodą. Przecinam jak strzała (nieco zaokrąglona) kolejne zimne i ciepłe prądy. Nogi odpoczywają zażywając naturalnej regeneracji. Raz za razem przebieram rączkami, czując że tempo jest naprawdę mocne, jak na mnie, i równe. Stosunkowo szybko pokonuję ten odcinek, przynajmniej takie mam wrażenie.

zdjęcie: Powiat Starogardzki Rafał Słowikowski/Ewa Macholla

Wychodząc z wody, uświadamiam sobie, że już jestem po 9. kilometrze (zgodnie z mapką sytuacyjną). Ponownie mijam „popas” – tym razem biorę kubek z wodą i brązowym napojem. Krótka wymiana zdań z przemiłymi wolontariuszkami (tak naprawdę pytałem czy daleko jeszcze) i ruszam dalej. Nieco ponad 1000 metrów i zaraz znowu woda.

Przede mną najdłuższa sekcja z niespodzianką. Na odprawie była mowa o nieco trudniejszym wejściu do wody – że lepiej z lewej strony wchodzić, aby nie wpaść wprost do borowinki. Tę sugestię wziąłem sobie do serca. Dobiegam do wejścia, które trudno nazwać wejściem. Sprawdzam, która to lewa (a ta z zegarkiem!) i powoli, po już ugniecionych trzcinach próbuję dostać się do wody. Za mną dziewczyna niestety wpada wprost w sam środek borowiny. Trochę włoszczyzny i jakoś udaje jej się, po moim słownym wsparciu, wydostać na lewą stronę. Ja z kolei osiągam kres trzcinowego pomostu, obstalowuję cały rynsztunek i rzucam się „na deskę” do wody, a tak naprawdę to na grążele. Udany ślizg, umożliwia ominięcie pierwszej części kwiatowej zapory. Dalsze „wiosłowanie”, utrudniają „piątki” przybijane z kolejnymi liśćmi. Trwa to około 20 metrów. Dobrze, że nie byłem ubrany w biały garnitur jak hrabia Józef Tolibowski z „Nocy i dni”. Wiem, tam były białe nenufary, ale jakoś tak mi się skojarzyło.

Już tylko niecałe 600 metrów przede mną. Bojki docelowe nieźle widoczne, a ponadto ratownicy na kajakach wskazujący drogę. Na tym odcinku pojawia się dodatkowy problem – dwukrotnie walczę z bojką, która wyślizguje się spomiędzy nóg. Chciałbym z perspektywy panów w kajakach, zobaczyć moją szamotaninę o ponowne uwięzienie bojki. Ciekawe czy już chcieli mnie ratować, hahaha? Obniżam częstotliwość zerknięć nawigacyjnych, co powoduje, że zaczynam płynąć lekkim zygzakiem. Nie tylko zresztą ja – kolega przede mną ląduje ostatecznie w trzcinach. Ten odcinek dłuży się niemiłosiernie, niemniej zaciskam zęby i koncentruję się na tym, co zjem, jak zakończę start: grochówka czy pasta? Na końcu odcinka ratownik w kajaku symbolizuje upragniony koniec sekcji i wskazuje drogę wyjścia.

Niezgrabnie wychodzę z wody. Błędnik nieco szaleje. Nie jest lekko – zaczynam już odczuwać trud startu. Pierwsze 200 metrów po wyjściu z wody czuję jakbym biegł po przynajmniej niejednym łyku napoju z pianką. Sekcja biegowa niezbyt długa, osłonięta, powoli dochodzę do siebie. Między drzewami zaczyna majaczyć szkoła, gdzie zostało zlokalizowane miejsce startu, a co ważniejsze upragnionej mety. Ta myśl dodaje mi skrzydeł. Biegnę niezłym tempem, po drodze spotykam osoby dodające mi otuchy i zagrzewające do walki. Przede mną ostatni etap pływacki.

zdjęcie: Powiat Starogardzki Rafał Słowikowski/Ewa Macholla

Doświadczenie nabyte w boju, pozwala mi na szybkie ogarnięcie sprzętu i przejście z biegu do pływania. Płynę, ale wciąż myślę… grochówka czy pasta? Na tym etapie już bez niespodzianek. Płynę równo, chyba najszybciej w tym dniu. Perspektywa mety wyzwala dodatkowe moce. Szkoła jest coraz większa. Zaczynam dostrzegać sylwetki ludzi czekających na brzegu. Od czasu do czasu biorę oddech co 4, aby urwać parę sekund (trener tak ciągle powtarza, aby na końcówkę włączyć nogi – tu były wyłączone – i rzadziej oddychać). Przy okazji mogę podziwiać podwodną faunę i florę – głownie wodorosty i nieco rybek. W końcu pojawia się piasek, gdy zaś zahaczam ręką o dno, postanawiam wstać i ruszyć z kopyta do mety. Jeszcze kilka sekund walki z wodą, piasek, pamiątkowa fotka i… znowu pod górkę. Ostatnie metry pokonuję najszybciej jak mogę, przy akompaniamencie muzycznym i komentarzu spikera. Wpadam na teren szkoły, jeszcze tylko zakręt w prawo i 150 metrów do mety. Chyba jakaś mała łezka szczęścia szkli się w oku, albo i w dwóch. Ryjek się jednak cieszy, bo kolejny mały cel zostaje osiągnięty. Wpadam za linię mety, przyjmuję gratulacje i pamiątkowy medal. Nie bardzo rozumiem, co do mnie mówią gratulujący i wręczający. Oszołomienie? Szczęście? Obok mnie cieszą się także Aga i Olek Senkowie, którzy wybiegali i wypływali 2. miejsce open i 2. miejsce w kategorii mix na dystansie Sprint. Olek pyta mnie o odczucia po debiucie. To chyba jednak oszołomienie – proszę Olka, aby zadał mi to pytanie za 15 minut. Odchodzę, aby zrobić miejsce kolejnym finiszerom. Dumny, szczęśliwy, zmęczony, myślący o paście!

PODSUMOWANIE:

Po nieco dłuższej chwili spotkałem Olka przy dmuchawcach – przyglądał się, jak bawią się jego synowie. Ponownie zadał mi pytanie o odczucia po debiucie. Co odpowiedziałem?

Same banały…, że chcę podziękować tym wszystkim, dzięki którym tu jestem, bez których, by się to nie udało i wymieniłem wszystkich zasłużonych… Żart!

Ze sportowego punktu widzenia w swimrunie nie ma, że boli, cały czas wysokie tętno, kończysz bieg i zaczynasz pływanie, a następnie znowu biegniesz i tak do mety. Jeżeli słabiej pływasz, to nie nadrobisz tego na bieganiu. Można się nieźle uszargać i o to chodzi. Zmęczenie daje satysfakcję i poczucie dobrze wykonanej roboty. Na pewno musisz być dobrze przygotowany logistyczno-strategicznie, dobrze jest poznać trasę, poszczególne sekcje, umiejscowienie punktów żywieniowych. No i zawsze słuchaj rad doświadczonych zawodników swimrunu. Cała ta otoczka dodaje uroku temu sportowi.

zdjęcie: archiwum autora

Obcowanie z naturą, krzaki, chaszcze, woda, błoto, bagno, trzciny, nenufary, pola i lasy, polne drogi, leśne dukty, do tego jakakolwiek pogoda, bo każda jest dobra, to kolejne elementy zachęcające do swimrunowego debiutu!

I chyba najważniejsze – tak, przyznaję rację – start singlowy jest super, ale to start w parze jest esencją tej dyscypliny. Miałem szczęście i przyjemność obserwować finisz kolejnych duetów. Ich radość i sposób, w jaki sobie dziękowali za wspólny start, były niesamowite. Dyskusje na gorąco na temat trasy, błędów i potknięć, rywalizacji z innymi parami, kto więcej przepłynął, a kto więcej przebiegł. Domyślam się, że na trasie jest napięcie, różne sytuacje wyzwalające pozytywne i negatywne emocje, lecz po przekroczeniu linii mety to wszystko nie ma znaczenia. Liczy się osiągnięcie wspólnego celu – razem!!!

Zdjecie główne: Powiat Starogardzki Rafał Słowikowski/Ewa Macholla

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły