Do tego dążyłem – wywiad z Bartkiem Przedwojewskim

Cały Świat, 20.05.2019

To był jego rok. Niełatwy, pełen zwrotów akcji, problemów ze zdrowiem, ale też spektakularnych sukcesów na arenie międzynarodowej. Kariera zawodnicza Bartka nabiera rozpędu, w grudniu 2018 r. został jednym z członków teamu Salomon Reserve, podczas gdy na początku tego samego roku jego nazwisko było znane tylko w Polsce. Z Bartkiem spotkaliśmy się we Wrocławiu, by porozmawiać - nie tylko o treningu, sezonie czy diecie i regeneracji, lecz tak po prostu, o jego drodze do miejsca, w którym obecnie się znajduje.

Rozmawiała: Ola Belowska

Zdjęcie główne: Piotr Oleszak

Kingrunner: Zacznijmy od takiego obrazka: Ty w trakcie zbiegu, grzejesz w dół na ostatniej prostej do mety na Otter Trail w RPA, a obok Ciebie stoją Kilian Jornet i Remi Bonnet i zagrzewają Cię do finiszu. Gdy zobaczyłam to zdjęcie na Twoim koncie instagramowym, autentycznie się wzruszyłam, a oko mi się zaszkliło. Pamiętasz tę chwilę? Co Ty wtedy czułeś/myślałeś?

Bartek: Mam nagranie z tego zbiegu. Byłem wtedy tak zmęczony, że odliczałem każdy metr do mety. Zbiegam, nagle patrzę, a tu Kilian i Remi Bonnet stoją i mi kibicują. Dostałem w tym momencie takiego powera, coś niesamowitego! Osoba, która nagrała ten film, od razu zrobiła screen z tego ujęcia i mi go wysłała. To było strasznie miłe – widzieć, że mi kibicują i cieszą się z mojej wygranej.

fot. Otter Trail RPA

fot. Otter Trail RPA


Odbiór tego filmu i zdjęcia też był niesamowity. Widziałam, że miało bardzo dużo udostępnień w social mediach.

Sądzę, że dużo ludzi wie, że Kilian to mój idol, który bardzo mnie motywuje do biegania. Nie byłem tego świadomy nawet – podczas rozmowy z kimś zerknąłem na telefon i okazało się, że jako tapetę mam ustawione właśnie zdjęcie z Kilianem. A jest ono dla mnie bardzo motywujące – patrzę na nie za każdym razem, gdy coś sprawdzam, i myślę: „Kurczę, chcę być taki jak on!”. Do tego dążę.

Można powiedzieć, że jesteś coraz bliżej. W grudniu gruchnęła wieść, że Twoje nazwisko znalazło się na liście zawodników Salomon Reserve, czyli rezerwowego składu międzynarodowej elity wspieranej przez tę markę. Co to oznacza i z czym się to wiąże?

Struktura teamu międzynarodowego wygląda tak, że jest kilka osób w elicie – czołowi zawodnicy. Zapleczem tej grupy są zawodnicy rezerwowi, właśnie Salomon Reserve. W ubiegłym roku w teamie rezerwowym był np. Remi Bonnet, który teraz już jest w elicie. Można powiedzieć, że to osoby, które jedną nogą już wchodzą do teamu podstawowego. Salomon Future to natomiast zawodnicy poniżej 23. roku życia, ale z potencjałem. Dopiero potem w strukturze znajdują się teamy narodowe. Dla mnie to pierwsze wybicie się z teamu krajowego na poziom międzynarodowy.
Na pewno przez to wzrastają oczekiwania wobec mnie, będę musiał bardziej aktywnie działać w mediach społecznościowych, ale wiąże się to też z profitami. Mogę dzięki temu liczyć na większe wsparcie logistyczne, opiekę zdrowotną, udział w projektach zawodników elity. Jak to będzie wyglądać dokładnie, tego jeszcze nie wiem. Najbliższy czas pokaże.

Cieszysz się?

No jasne! Choć mam jakiś niepokój… (śmiech) Byłem bardzo zaskoczony. Nie spodziewałem się, że po roku wskoczę do teamu rezerwowego! Będę robił wszystko, żeby w przyszłym roku być w tej pierwszej tabelce.

W pierwszym wywiadzie, którego nam udzieliłeś (po wygranej w Biegu Marduły – do 6. numeru magazynu TRAIL), powiedziałeś, że bardzo chciałeś sprawdzić swoich sił w bezpośredniej rywalizacji z Marcinem Świercem. Skonfrontować się.

Faktycznie, to był dla mnie taki pierwszy sprawdzian. Marcin był wtedy uważany za najlepszego zawodnika w biegach górskich w Polsce, dlatego chciałem się z nim skonfrontować. Nie chciałem z nim wygrać… OK, chciałem, bo po to się jedzie na zawody, ale raczej chodziło o sprawdzenie, jak wygląda mój poziom sportowy. Poszczególni zawodnicy reprezentują pewien poziom i startując z nimi w tym samych zawodach, można przekonać się, gdzie się samemu jest. Albo się jest słabszym, albo lepszym.

fot. Magdalena Sedlak


Zaczęliśmy trochę od końca Twojego sezonu, wróćmy do początku. Jak Ty się w ogóle wziąłeś w tym bieganiu? Twój tata jest strażakiem, kuzyn to natomiast znany w środowisku ultratrailowym Michał Rajca. Czy pochodzisz ze sportowej rodziny?

Nie, zupełnie nie. Pochodzę z małej miejscowości Głuchołazy, w której wpadłem w fajne towarzystwo. W lekką wciągnął nas nauczyciel WF. Zawiązała się między nami bardzo mocna więź. Na tyle, że na treningi chodziliśmy przede wszystkim po to, żeby się spotykać. Sam sport odgrywał drugoplanową rolę. My się spotykaliśmy, trenowaliśmy razem, rywalizowaliśmy ze sobą, jeździliśmy na zawody, rozwijaliśmy się w tym sporcie, dorastaliśmy w nim. Wiadomo, u jednych poziom sportowy się podnosił, u innych nie. Po dziesięciu latach ja nadal trenuję, 98% osób treningi zarzuciło, ale z wieloma nadal jestem w kontakcie i naprawdę się przyjaźnimy. To niesamowite! Moja droga zaprowadziła mnie do Wrocławia, do szkoły sportowej.

Liceum?

Tak, ale decyzję o tym podjąłem w gimnazjum. Wyszedł mi start na jednych zawodach i to mnie skłoniło do podjęcia takiej decyzji. Moi znajomi byli też ode mnie rok starsi, zatem rozmowy o szkole sportowej we Wrocławiu pojawiły się dość wcześnie. Finalnie jednak do tej szkoły poszedłem tylko ja. Bardzo lubiłem trenować, dlatego odważyłem się i zdecydowałem na naukę właśnie we Wrocławiu. A tu wpadłem już w taki profesjonalny sport. Mieszkałem w internacie, trener kadry narodowej, szkoła przystosowana do biegania. Po pierwszym roku zdobyłem srebrny medal mistrzostw Polski w biegu na 2000 m z przeszkodami. Uzyskałem szósty wynik w Europie na tym dystansie, więc to pokazało, że gdzieś w tym sporcie się realizuję. Zacząłem trenować z kadrą narodową i praktycznie przez pięć lat byłem cały czas na poziomie TOP 5 mistrzostw Polski.

Słyszałam o Tobie taką opinię, że masz talent na poziomie Szosta i Giżyńskiego.

To dość mocne słowa. Wiesz, lekkoatletyka to bieganie krótkie, dystanse do 10 000 m, ale bardzo szybkie. Miałem jednak problem z prędkością. Mam takie uwarunkowania genetyczne, że niekoniecznie mogę biegać szybko, ale mogę długo. Jestem bardziej wytrzymałym zawodnikiem i to było widać na treningach. Kiedy pytałem trenera, w jakim czasie udało mi się przebiec 200 m, on mi odpowiadał: „jak przestaniesz biegać jak baba, to ci powiem”. To było niezłą motywacją na treningach szybkościowych. (śmiech) Wyróżniałem się jedynie na treningach przeszkodowych, to jest jednak bieganie siłowe. Na jednym okrążeniu masz do pokonania pięć przeszkód, więc liczą się wytrzymałość i siła. To też pokazywało, że bieganie po górach będzie dla mnie dużo łatwiejsze.

To były tylko treningi czy też starty w zawodach?

Podczas biegania lekkiej miałem raczej epizody ze startami w górach, pierwszy na mistrzostwach młodzików w biegach górskich na dystansie zaledwie trzykilometrowym. Miałem wtedy może z 14 albo 15 lat, już nie pamiętam. A na tym dystansie rywalizowałem z zawodnikami, którzy na 1000 m biegali 2:35, ja w tym czasie pokonywałem ten dystans w 3 min. A wygrywałem z nimi w biegach górskich. To już pokazywało, że mam predyspozycje do biegania w górach.

A potem były mistrzostwa w Albanii w 2011 roku, w których zająłeś szóste miejsce?

Tak, wtedy już wiedziałem, że odnajdę się w biegach górskich. Cały czas jednak chciałem rozwijać się w lekkiej atletyce, bo wiedziałem, że później nie będę już miał takiej szansy. Chciałem dokończyć to, co zacząłem, zrobić w lekkiej tyle, ile mogłem. Zamknąłem ten etap, gdy poszedłem do pracy. Postawiłem na bieganie w górach i do takiej rywalizacji się przygotowuję. Siedem lat wyczynowego trenowania lekkoatletyki z epizodami w biegach górskich.

A te góry jak się pojawiły, w jaki sposób?

Były od zawsze. Głuchołazy leżą w paśmie Gór Opawskich, więc tak naprawdę wszystkie treningi, które wykonywałem w domu, były to treningi z przewyższeniami. Po prostu nie ma takiej możliwości, żebym gdzieś ciągle nie wbiegał i skądś nie zbiegał. Ciężko jest o płaski odcinek, żeby zrobić trening tempowy. Nie miałem więc wyjścia, cały czas biegałem w terenie pagórkowatym. Nawet gdy poświęcałem się lekkoatletyce, podświadomie wiedziałem, że jestem dobry w biegach górskich. Trenowałem z kadrą narodową, z ludźmi biegającymi po 3:40 na 1500m, za to w górach, w tempie dla mnie komfortowym, to oni nie byli w stanie dotrzymać mi kroku. Dawało mi to bardzo dużo do myślenia. Na drugi dzień ci zawodnicy byli bardzo zmęczeni, potrzebowali czasu na dojście do siebie, a ja czułem się dobrze i wiedziałem, że mogę mocno trenować. Kiedy byłem w szkole średniej, wiedziałem, że chcę biegać właśnie w górach i być w teamie Salomona.

fot. Jordi Saragossa


Już w liceum chciałeś być w teamie Salomona, serio?

Chociaż trenowałem lekką atletykę, spędzałem czas z kumplami w internacie i robiliśmy cały czas to samo, to przed zaśnięciem marzyłem sobie o tym, by trenować biegi górskie, żeby się ścigać i być w teamie Salomona.

Jakiś cyrograf podpisałeś? (śmiech)

Nie, nie, naprawdę, to było moje marzenie! (śmiech)

Wszystko, co chciałeś, to masz!

Bo do tego dążyłem. Wiesz, to był rok 2012. Przez te wszystkie lata te marzenia siedziały w mojej głowie, ale nie na zasadzie: „ach, może kiedyś będę biegał w górach”, tylko: „ja będę biegał w górach, jak skończę trenować lekką atletykę”. Analogicznie – gdy miałem 19 lat, wiedziałem, że będę pracować w straży pożarnej. Tu nie ma niczego przypadkowego, że jestem w miejscu, w którym jestem. Mój tata jest strażakiem, a w straży pracujesz w trybie zmianowym. 24 godziny na służbie, a 48 masz wolne. Widziałem swojego ojca, gdy jeden dzień był w pracy, a dwa w domu. Wiedziałem, że to idealny system, dzięki któremu będę mógł dalej trenować. Zarabiać i biegać.

Czyli zostałeś strażakiem po to, by biegać?

Po części tak. Ale ja się nigdy nie widziałem w innej pracy. Musiałem mieć pracę aktywną, lubię też wyzwania. A straż to jedno wielkie wyzwanie, nie ma przewidywalności. Musisz być niesamowicie zaradnym człowiekiem. Gdy wskakujesz do samochodu, wiesz jedynie mniej więcej co się wydarzyło, do czego jedziesz.. Nie wiesz, co cię spotka. Wyskakujesz i działasz, bez zastanowienia. Bardzo to lubię. Nie wyobrażam sobie innego systemu pracy.

A nie boisz się trochę?

Boję się, nie ukrywam tego. Gdy widzisz budynek w płomieniach, albo kłęby dymu, które z niego wychodzą, a ty tam wchodzisz i działasz, nie widząc nic na wyciągnięcie ręki... Wiesz, ja pracuję we Wrocławiu. Moja jednostka ma już w tym roku 1500 wyjazdów.

Pięć akcji dziennie.

Dokładnie. Jest co robić.

A te ideały związane z tą pracą? Powiedz mi o nich coś więcej.

Najbardziej podoba mi się to, że możesz pomagać ludziom. Czasami robisz niewiele, czasami robisz dużo i widzisz człowieka, który oczami mówi ci „dziękuję”. To jest niesamowite. Choć to oczywiście nie jest tak, że są same dobre chwile, że codziennie wyciągasz człowieka z pożaru i wszyscy ci biją brawo. Jest mnóstwo sytuacji zupełnie idiotycznych. Albo, co gorsza, takich, w których jestem bezradny. Przyjeżdżamy na miejsce i np. przez dwie minuty nie możemy nic zrobić, bo musimy poczekać na wsparcie. Bo np. ktoś jest zakleszczony pod kołami tramwaju i nie jesteśmy w stanie unieść 15 ton żelastwa, nie robiąc temu człowiekowi większej szkody. Zrobiłeś wszystko co mogłeś i nagle masz 30 sekund, kiedy czekasz, a tobie wydaje się, że to trwa wieczność. (Bartek zawiesza tu na chwilę głos.) Potem to długo siedzi w głowie.
Sporo jest takich sytuacji. Przede wszystkim wypadki samochodowe. Rejon mojej jednostki obejmuje też fragment autostrady A4 i drogę, która prowadzi wzdłuż niej. Tam jest dużo takich wypadków. Widzisz młodych ludzi, którzy tracą życie, zdrowie. To zostaje.

Ale wypracowałeś sobie mechanizmy ochronne już? Radzisz sobie z tym?

W większości przypadków sobie radzę, choć były takie, które zostały we mnie na dłużej. Ale sport sprawia, że się trochę odmóżdżam. Pójdę pobiegać, mam do zrobienia ciężki trening i momentalnie o tych sytuacjach zapominam. Tak łapię tę równowagę. Odreagowuję ciężkie sprawy. One też nie zdarzają się często. Czasem to raz w miesiącu, czasem trzy, nie ma tu żadnej reguły.

fot. archiwum prywatne Bartka


Do szkoły pożarniczej poszedłeś od razu po liceum sportowym?

Nie. Starałem się o to, ale udało mi się tam dostać dopiero po trzech latach. Przez ten czas studiowałem na wrocławskiej Akademii Wychowania Fizycznego na kierunku menedżer sportu. Dalej też trenowałem lekkoatletykę. Gdy tylko dostałem się do szkoły, skończyłem treningi lekkiej, skończyłem studiować i na dwa lata zostałem zakoszarowany w szkole pożarniczej.

Brzmi to trochę strasznie. Faktycznie byliście zamknięci?

Tak, tak to wygląda. 1 września zostajesz przyjęty do szkoły i od tego czasu jesteś podległy swoim przełożonym. Szkołę możesz opuścić wyłącznie za ich zgodą. W formie przepustki lub urlopu weekendowego. Żebym mógł pojechać do domu na weekend, musiałem dostać zgodę od przełożonego. W szkole pełniliśmy służby. Na podziale bojowym, czyli jeździliśmy na akcje, oraz służby wewnętrzne. Mieliśmy wypracowany system, dzięki któremu co dwa–trzy tygodnie mogliśmy się wyrwać do domu na weekend. W tygodniu dostawaliśmy przepustki, które mogliśmy odbyć między godziną 15.30 a 21.

Trenowałeś wtedy cokolwiek czy nie?

Przez pierwsze pół roku nie byłem w stanie trenować. Pierwszy miesiąc spędziliśmy na poligonie. Mieszkaliśmy w namiotach, potem przenieśliśmy się do szkoły, ale uczyliśmy się jak w niej postępować, jak się zachować. Ciężko mi było wrócić do treningów, bo funkcjonowałem w trybie szkolnym. Dopiero po pół roku, kiedy już się zaznajomiłem z tym systemem, zacząłem się ruszać. W pierwszym roku szkoły trenowałem naprawdę bardzo mało, bo tygodniowo pokonywałem może 30–40 km, po parku w Poznaniu. Wystartowałem wtedy w mistrzostwach Polski w biegu anglosaskim, w których wygrałem z Kamilem Jastrzębskim, a potem na MP w biegu alpejskim w 2014 r. i te też wygrałem.

Jak Ty to zrobiłeś?

Jak ja zaczynam coś robić, to na 100%. Był taki czas, że nie mogłem wyjść poza mury szkoły na trening. Ale wiadomo, jak to w zamkniętych szkołach. Są tzw. lewizny, uciekanie o 21, powroty na poranny apel, imprezowanie wieczorem. Jak trenowałem lekką, to miałem kryzysy. Raz się skoczyło na jedno piwo, wyszło więcej, a na drugi dzień trening kompletnie nie szedł. (śmiech) A potem, już w szkole pożarniczej, tak bardzo chciałem trenować i byłem tak zmotywowany, że o godz. 22 uciekałem na trening przez płot z telefonem w ręku. Do takich rzeczy dochodziło! Początkowo to była 22, bo się obawiałem konsekwencji, a potem tak robiłem w biały dzień! Oficer, który nas nadzorował w ciągu dnia, widział, co robię, ale przymykał oko. Taki chichot losu trochę – kiedyś oszukiwałem, żeby nie robić treningu, a w szkole robiłem to po to, żeby właśnie na trening iść. Tak chciałem biegać!

A może Ty masz trochę przekorną naturę?

Nie… (śmiech) Słuchaj, szkoła była w kształcie prostokąta, zamknięty teren. W środku tego kompleksu można było pobiegać 220 metrów. Wyobraź sobie, że ja na tych 220 metrach robiłem po 16–18 km dziennie. Jak wiedziałem, że danego dnia jest oficer, który nie da mi wyjść nielegalnie poza teren szkoły, to biegałem wokół tego placu. Wszystkie te treningi robiłem też na zmęczeniu. Służba była wymagająca, dużo nieprzespanych nocy, po roku złapałem kontuzję. Przeciążyłem achillesa. Chociaż dużo nie biegałem, raczej ćwiczyłem na siłowni. Ale było dużo stresu, organizm sobie z tym nie poradził. I wtedy dostałem największego kopa motywacji. Psychicznie byłem załamany, bo jestem uzależniony od sportu na wysokim poziomie. Przez pierwsze trzy tygodnie, kiedy nic nie robiłem, złapałem takiego doła… Nie można było ze mną porozmawiać. Zacząłem się zastanawiać, co mogę robić, żeby od razu móc mocno trenować pod biegi górskie, kiedy wyleczę tę kontuzję. I wtedy zaczęło się moje przesadzanie ze wszystkim.

fot. Jordi Saragossa


A jak to przesadzanie wyglądało?

W szkole o 6 rano jest tzw. poranna zaprawa. Cała szkoła się schodzi, pięć minut biegania, jakieś wymachy, coś tam. Kwadrans. Potem wszyscy wracają do pokojów i przygotowują się do śniadania, które jest od 7 do 7:30. Ja wtedy nie wracałem do pokoju, tylko szedłem na siłownię i 50 minut – codziennie rano – od 6:15 do 7 dawałem sobie wycisk. Wracałem, szybki prysznic i śniadanie. I na zajęcia. Te trwały do 15.30, potem od razu siłownia, do godz. 18. W okresie zimowym jeździłem na rowerze stacjonarnym, kręciłem niesamowite ilości kilometrów. Wyciskałem wtedy na klatę 100 kg, ważyłem 67 kg i miałem 6% tkanki tłuszczowej.

A teraz ile ważysz?

62 kg. (śmiech) I mam więcej tłuszczu niż wtedy! Gdy zrobiło się ciepło, pożyczyłem rower od ojca, taki szosowo-turystyczny, i robiłem ponad tysiąc kilometrów na rowerze miesięcznie. I wciąż ćwiczyłem na siłowni. Gdy już skończyłem szkołę, dostałem się do straży pożarnej we Wrocławiu, przeniosłem się tu, kontuzja zaczęła odpuszczać i mogłem delikatnie trenować. Zacząłem biegać w październiku – przez cały ten miesiąc zrobiłem może ze 100 km, w listopadzie pojechałem na międzynarodowe mistrzostwa strażaków w Paryżu. W ciągu tego poprzedzającego półrocza przebiegłem może 150 km, takich rozruchowych. A na tych mistrzostwach przebiegłem 18 km crossu po 3:30 min/km i wygrałem ten bieg.

To w tym roku, bez kontuzji, nie wygrałeś, a wtedy tak!

Tak, w tym roku byłem drugi. Pomyślałem te dwa lata temu, że to jest niesamowite, co człowiek może ze sobą zrobić. Gdy wróciłem z tych zawodów, wziąłem się ostro do roboty. Efekty były widoczne w tym roku.

(Zrobiliśmy sobie małą przerwę na śniadanie. Bartek jako fan węglowodanów oczywiście zdecydował się na pankejki).

Bartek: O jejku, super to wygląda, mogę się podzielić jednym!

Jedz, dziękuję. Ładuj kalorie! Wracając do Poznania, spędziłeś tam dwa lata, tak?

Tak, dwa lata, tylko szkoła pożarnicza. Studiowałem we Wrocławiu. Teraz ponownie jestem tutaj, od 2016 r. Tak jak chciałem zresztą, sam starałem się o dostanie się do jednostki, w której obecnie pracuję. Specjalizujemy się w ratownictwie wysokościowym, sam jestem młodszym ratownikiem wysokościowym. Jestem dość sprawny w tym temacie. (śmiech) Ale nie wspinam się, nie mam czasu. Wystarczy mi, jak w pracy pochodzę po linach. (śmiech) Zresztą, mam dziewczynę i chciałbym jej trochę czasu poświęcić.

No właśnie, jak się poznaliście z Patrycją?

Prowadziłem treningi biegowe, przez dwa lata przygotowywałem ludzi do maratonu w stowarzyszeniu Pro-Run Wrocław. Mieliśmy bardzo dużą grupę, było w niej ponad 50 osób. Jedną z nich była Patrycja. Więc biega, jeździ też na rowerze.

Czyli jest w stanie dotrzymać Ci kroku?

Na rowerze tak. (śmiech) I po płaskim, bo jak zaczynają się górki…

Jak ona się odnajduje w tym, co się dzieje wokół Ciebie?

Też w tym żyje. Zaczęliśmy być razem jakieś dwa miesiące po tym, jak przeprowadziłem się do Wrocławia. Miała wtedy całą zimę, żeby wgłębić się w temat biegów górskich. Sam jej dużo opowiadałem, dzieliłem się z nią wszystkim. Później, gdy pojechaliśmy na Bieg Marduły, spotkaliśmy się z Dominikiem Ząbczyńskim na kawie. Dominik był wtedy zszokowany, że Patrycja tak dużo wie na temat ultratrailu! (śmiech) Ja żyję jej pracą, jej malowaniem – Patrycja jest malarką, pracuje na Akademii Sztuk Pięknych, prowadzi też swoją działalność – a ona moim bieganiem. Wspieramy się wzajemnie w tym, co robimy.

Nudy z Wami nie ma! (śmiech)

Nie! (śmiech) Gdy dostałem się na bieg do RPA, szalenie się z tego cieszyłem, bo ten wyjazd był właśnie taką formą odwdzięczenia się Patrycji za to, co dla mnie robi. Za ten cały rok i wyrzeczenia. Bo naprawdę ma ze mną ciężko. Dużo jeżdżenia, ciągle ją gdzieś ciągam! Ona ze mną pięć tygodni spała w namiocie hipoksyjnym!

fot. Jacek Deneka Ultralovers

 

Trochę chyba jeszcze pośpicie, jeśli będziesz jechał na finałowy bieg Grand Trail Series w 2019 roku. [finał to bieg Annapurna Trail Marathon, w którym osiąga się wysokość 4122 m n.p.m.]

Właśnie kupiłem taki namiot... (śmiech)

Bartek, powiedz mi, skoro tak dużo trenujesz, to jak się regenerujesz?

Przede wszystkim dwa razy w tygodniu odwiedzam fizjoterapeutę. To dla mnie pierwsza forma regeneracji. Najważniejszy jest jednak sen. Kiedy wiem, że mam zaplanowaną konkretną jednostkę treningową, to na resztę dnia nie planuję nic. Zrobię trening, dobrze zjem, odpocznę, utnę sobie drzemkę. Wiesz, u mnie nie ma miejsca na przypadkowość. Wszystko szczegółowo planuję. Np. dziś nie przespałem ponad dwóch godzin [spotkaliśmy się od razu po 24-godzinnej służbie Bartka – przyp. red.] w nocy, więc nie robię dziś żadnego mocnego treningu, tylko jutro. Dziś coś delikatnego, wróciłbym, odpoczął, zjadł, zdrzemnął się. Regeneracja to najważniejsza jednostka treningowa w moim planie, bardzo o to dbam. To też dobre odżywianie się, nawadnianie, dobre planowanie dnia. W dni, kiedy mam lżejszy trening, robię też więcej rzeczy. Dzięki temu po cięższej jednostce mogę skupić się tylko na odpoczynku. W końcu mam też jakieś życie prywatne, muszę to dobrze zaplanować! (śmiech) Odmawiam też niestety wielu spotkań. Gdybyś mnie zaprosiła do Warszawy, to bym nie przyjechał! (śmiech) Fajnie, że ktoś się interesuje tym, co robię, ale przez takie spotkania mam mniej czasu na regenerację.
Jestem naprawdę bardzo skupiony na treningu i gdy widzę rzecz, która może mi ten trening skomplikować, to od razu odpuszczam.

Pamiętasz jak to było po Biegu Marduły, który wygrałeś – o 3 sekundy z Bartkiem Gorczycą, ale jednak. Wcześniej w światku ultratrailu nikt o Tobie nie słyszał. Pojawiły się telefony, wywiady, wizyty w zakładach pracy?

Przede wszystkim unikam słowa „sława”, bo to jest tak daleka rzecz... Faktycznie zwiększyło się zainteresowanie. Dla mnie sam Bieg Marduły był wyjątkowy. Dorastałem do tego przez długi czas. Skrupulatnie się do tego przygotowywałem, bardzo poważnie o tym myślałem. Gdy jechałem na te zawody, byłem strasznie nakręcony. Nigdy wcześniej nie rywalizowałem na takim długim dystansie. Nigdy nie rywalizowałem też z Marcinem Świercem. Nigdy nie biegałem w Tatrach, więc nie wiedziałem, jak do tego podejść. Nigdy nie myślałem w kategoriach sławy. Mnie w bieganiu zawsze chodzi o poziom sportowy. Pojechałem tam z myślą o rywalizowaniu z najlepszymi w Polsce i wygraniu z nimi.

Ale to przyszło z Twoim poziomem sportowym.

Ja zawsze określam sobie cel i do tego celu dążę. Nie myślałem, że po Mardule mogę odebrać tyle telefonów. Chciałem po prostu wygrać te zawody. A ten wzrost zainteresowania moją osobą był naprawdę bardzo miły. Bardzo mnie też cieszy to, że dużo ludzi mnie śledzi, czyta, zostawia komentarze. Wiesz, ja biegam dla siebie, ale świadomość, że moje działania motywują innych, jest naprawdę rewelacyjna. Napisałem post, że jadę na zawody w RPA. Mnóstwo ludzi coś pod nim napisało, życzyło powodzenia, trzymało kciuki. I staram się o tym pamiętać, kiedy mnie dotykają jakieś kryzysy na trasie. To też motywacja dla mnie. Nie mogę odpuścić, bo tyle ludzi we mnie wierzy! (śmiech)
To też idzie w parze: wzrasta twój poziom sportowy, więcej osób zaczyna się tobą interesować.

Jesteś w teamie Salomona, co pewnie pociąga za sobą obowiązki typu prowadzenie fanpage’a na Facebooku czy konta na Instagramie.

Odwlekałem założenie fanpage’a najdłużej jak się da! (śmiech) Nie lubię się chwalić swoimi wynikami… Na szczęście Patrycja mi pomaga i przykłada do tego rękę. Wiem jednak, że tu gdzie jestem, muszę dać coś od siebie.

Po jakim czasie po wygranej w Mardule trafiłeś do teamu? Jak się w nim czujesz jako najmłodszy w grupie?

Pół roku, dość szybko. Do współpracy zaprosił mnie Przemek Ząbecki, który już wcześniej mnie obserwował i dostrzegł potencjał. A w teamie czuję się bardzo dobrze. Najbardziej lubię, gdy się spotykamy. Staramy się wszyscy być na biegach organizowanych przez Piotra Hercoga, bo to zawody pod egidą Salomona. Mamy też spotkania teamowe – mieliśmy takie w grudniu. Dzięki tym spotkaniom uświadamiam sobie, jak wielu rzeczy jeszcze nie wiem. (śmiech) Wszyscy poza mną biegają na dystansach ultra, opowiadają o tych biegach – mnie to niesamowicie ciekawi! To taki czas, w którym opowiadamy sobie o tym, co się wydarzyło. Rodzą się nowe pomysły. Zawsze wracam z nich bardzo zmotywowany.

fot. Jordi Saragossa


Pogadajmy trochę o Twoim sezonie 2018. RPA było jego zwieńczeniem, rywalizację w Grand Trail Series zacząłeś od udziału w Zegama Aizkorri. I potem było różnie…

(śmiech) Tak. Teraz jest to dla mnie powód do śmiechu, choć faktycznie w ciągu całego sezonu było dużo emocji. Podekscytowanie przed pierwszym startem… Dużo jeżdżę na trenażerze. Żeby się nie nudzić, oglądam filmy z zagranicznych zawodów biegowych. Najtrudniejsze, które widziałem na filmie, to właśnie była Zegama, choć nie byłem świadomy, że patrzę właśnie na to miejsce.
Na początku sezonu po prostu trenowałem. Wiedziałem, że chcę wystartować za granicą, ale nie miałem konkretnego planu. Potem powstało Golden Trail Series. Pomyślałem, że to idealna okazja, bo zawsze się chciałem sprawdzić z czołówką.

Czekaj, czekaj, planujesz każdy dzień, a na sezon nie miałeś planu? Jak to możliwe? (śmiech)

Ja po prostu nie znałem żadnych zagranicznych biegów! Teraz już znam, bo jeżdżę i startuję, rozmawiam z ludźmi. Są do tego narzędzia, jak ITRA. Widzisz, kto gdzie startował, sprawdzasz te biegi. Dlatego zacząłem się przygotowywać, a potem poprosiłem Przemka Ząbeckiego, żeby polecił mi jakiś bieg. W tym czasie powstawało właśnie Grand Trail Series organizowane przez markę Salomon. Jako zawodnik teamu zadeklarowałem więc udział we wszystkich biegach GTS. Okazało się, że mogę jechać na Zegamę. Gdy się o tym dowiedziałem, pomyślałem o tym jako świetnej okazji do sprawdzenia się i swojego poziomu.
Pięć tygodni przez Zegamą pojechałem z Marcinem Rzeszótką na rekonesans trasy. Chciałem się do tych zawodów bardzo dobrze przygotować, bo miał to być mój pierwszy start zagraniczny. Miał to być też mój pierwszy maraton, więc tym bardziej potrzebowałem poznać dobrze tę trasę. Wiedziałem, że bez rekonesansu niczego tam nie osiągnę. Mam tak mało doświadczenia, jeśli chodzi o bieganie długie, na takich dystansach, że bym się tam po prostu spalił. Zaczął mocno z czołówką i skończył na dwudziestym którymś miejscu. Bardzo poważnie przygotowałem się do tego biegu. Będąc w Zegamie, wystartowaliśmy kontrolnie w jakimś lokalnym biegu. Okazało się, że brał w nim udział też Marco De Gasperi, który w edycji w 2017 r. zajął trzecie miejsce. Wygrałem z nim w tym małym biegu o dwie minuty i to też sprawiło, że uwierzyłem w siebie.
Po powrocie do Polski wszystko układało się super – treningi, praca. Jechałem na Zegamę spokojny, że zrobiłem wszystko, co się dało, by się do tego startu dobrze przygotować. Nie miałem poczucia, że coś mi uciekło, tylko zrobiłem wszystko na 100%. Na miejscu stres czułem tylko przed startem, ale nie przed rywalizacją, tylko przed dystansem. A potem… Wiedziałem, jak mam biec, co mnie czeka. Wszystko poszło dobrze. Choć nie wiedziałem czego mam się spodziewać. Powtarzałem sobie w głowie: „pierwsza godzina, biegnij spokojnie, masz być w komforcie”. I tak robiłem. Trzymałem się dziesiątego miejsca. Gdy w połowie dystansu puściłem trochę nogi, okazało się, że jestem drugi. Trochę się tym przeraziłem, ale walczyłem dalej. Chłopaki dogonili mnie 15 km przed metą. Pojawiły mi się myśli, że znowu będzie „Polak nie dobiegł do mety”, byłem zmasakrowany. Ale te wiadomości od ludzi, którzy trzymali za mnie kciuki… Chciałem dogonić chłopaków i powalczyć ile się da. I momentalnie mnie puściło, wróciłem do rywalizacji, dobiegłem trzeci.

I w Polsce znowu szał!

Bo był szał, bo z zawodów była jeszcze transmisja LIVE. I Kilian Jornet mówi o Bartłomieju Przedwojewskim. (śmiech) A potem wróciłem do domu i chyba trzy razy oglądałem tę transmisję, szukając tych momentów. (śmiech) Po Zegamie popełniłem trochę błędów, bo mentalnie mocno urosłem. Za słabo odpocząłem po tych zawodach. Bardzo szybko doszedłem do siebie mięśniowo, nogi nie bolały, zacząłem więc mocniej trenować. Wiedziałem, że jest Karpacz i mistrzostwa świata, na których mogę coś zwojować. I chyba trochę przesadziłem z przygotowaniami.
Start w mistrzostwach to od samego początku było nieporozumienie. Jakieś kolki, problemy z oddychaniem, nie powalczyłem w ogóle. Tam nie było żadnej rywalizacji, tylko ukończenie biegu. Po powrocie byłem załamany. Zacząłem mieć też jakieś problemy ze zdrowiem.

A co się stało?

Dobiegłem do mety i czułem się, jakbym zrobił rozbieganie. Podczas całego biegu miałem jakąś blokadę. Porównuję to zawsze do samochodu, który może jechać 200 km/h, a ma założoną blokadę do prędkości 120 km/h. Człowiek wie, że mógłby szybciej, ale z jakiegoś powodu nie nabiera mocy i koniec. Taki stan utrzymywał się dość długo, przez dwa–trzy tygodnie. Próbowałem to jednak jakoś przezwyciężyć, ale miałem kolejny start w planach, w Sierre-Zinal. Dlatego nie odpuszczałem, myślałem, że mi przejdzie. Oczywiście się myliłem, bo w Alpach to wszystko się powtórzyło [Bartek zajął tam 31. miejsce – przyp. red.]. Wróciłem z Sierre-Zinal zrezygnowany strasznie. Zrobiłem sobie tydzień przerwy, po którym byłem jeszcze bardziej zmęczony. Co roku musimy w straży robić bardzo szczegółowe badania – dzięki temu okazało się, że miałem lekką anemię. Zacząłem przyjmować więcej żelaza, głównie w produktach naturalnych, dołączyłem suplementację. Wciąż jednak niepokoiły mnie sprawy oddechowe. Umówiłem się więc na wizytę u pulmonologa, zrobiłem mnóstwo badań płuc, z których wyszło, że pracują one na 60% możliwości. Lekarz stwierdził niewydolność oskrzelową, czyli sportową, wysiłkową astmę. Dostałem leki. A wiadomo jak jest z astmą w środowisku sportowym… Lekarz jednak zapewnił mnie, że ten lek mogę w sposób kontrolowany stosować. Żeby mieć 100% pewności i uniknąć kiedykolwiek oskarżeń o doping, poprosiłem o pomoc międzynarodowego Salomona, który też to sprawdził i konsultował ze swoimi specjalistami. Na szczęście dawki, które dostaję, są dozwolone. A dzięki nim mój stan zdrowia się polepsza, płuca pracują normalnie, ale lek nie podnosi sztucznie mojej wydolności, dlatego jest substancją będącą wyjątkiem na liście WADA.

Mógłbyś dostać z miejsca norweski paszport. (śmiech)

No właśnie chciałem uniknąć takich komentarzy. Wiesz, ja mam niewydolność oskrzelową, która ogranicza działanie moich płuc. Takie samo schorzenie ma zresztą Holly Page [która wygrała rywalizację kobiet w Otter Trail – przyp. red.], o czym powiedziała mi w RPA. Przyjmujemy dozwolone leki, które mogą brać wszyscy ludzie na świecie. Po prostu bez nich moje płuca nie będą działały na 100. Też możesz brać te leki, tylko u ciebie to nic nie zmieni, bo masz sprawne płuca. U mnie zmienia wiele. Mogę dzięki nim trenować i funkcjonować w ogóle.

fot. Jordi Saragossa


A miałeś wcześniej jakieś problemy z płucami?

Właśnie nie. Trenuję przecież tyle lat. Ale wydaje mi się, że mogą mieć na to wpływ trudne warunki mojej pracy. Wiem tylko, że bez tych leków nie będę mógł rywalizować.

Ale to chyba nie jedyne problemy zdrowotne, które masz, prawda?

Tak… Mój lekarz chciał, żebym zrobił jednak więcej badań. Z poziomu TSH wyszło, że mam hashimoto [choroba tarczycy], które potwierdziło potem badanie USG u endokrynologa. W trakcie wizyty lekarz pytał mnie o to, czy budzę się zmęczony, czy muszę sobie uciąć drzemkę w ciągu dnia itd. I faktycznie, po każdym treningu, który robiłem przez ostatni rok, musiałem się zdrzemnąć po południu. Codziennie rano budziłem się niewyspany, chociaż chodzę spać o 22, a wstaję o 6.30. Teraz, po postawionej diagnozie, nie mam już tych problemów, bo przyjmuję hormon tarczycy. Ale tu też upewniłem się, czy ze względów sportowych mogę go brać. Wiem jednak, że bez niego moja tarczyca będzie obciążona, a wydolność będzie spadać. Dzięki hormonowi tarczyca funkcjonuje normalnie. Zacząłem się wysypiać, nie śpię popołudniami, poprawił mi się metabolizm. Po prostu czuję się dobrze.

Jak wspominasz ten czas, gdy szukałeś przyczyn problemów ze zdrowiem?

Przez te dwa miesiące badań i szukania przyczyny byłem kompletnie bez życia. Że mnie Patrycja wtedy nie zostawiła… (śmiech) Robiłem trening, bo wiedziałem, że muszę. Gdy normalnie jadę w góry, i widzę ich obrysy, to serce zaczyna mi bić szybciej. A wtedy jechałem, smutny, „dobra, pobiegam”. Robiłem trening, wracałem zdołowany, obojętny na wszystko. Nie odzywałem się do nikogo. Jakbyś mnie posadziła przed telewizorem z reklamami, to tak bym siedział. Doprowadziłem się do strasznego stanu. Spałem, robiłem trening, obiad i potem jeszcze szedłem spać na dwie godziny. I budziłem się tak zmęczony, jakbym tonę węgla przerzucił.
Przed Ring of Steall musiałem zadeklarować, czy jadę, czy nie. Pamiętam, że powiedziałem do Patrycji, że nie chcę tam jechać. Ale odpowiedziała, że skoro podniosłem rękawicę z tym cyklem biegów, to nie mogę być cieniasem, muszę walczyć do końca, choćbym miał być tam osiemdziesiąty siódmy. Naprawdę, na początku nie chciałem tam jechać. Zmieniłem dietę też…

Wtedy zacząłeś współpracę z dietetykiem?

Tak. Wyszedłem z anemii, zacząłem leczyć tarczycę. Gdy już jechałem na Ring of Steall, to nie mogłem doczekać się startu, jak przed Zegamą. Wiedziałem już wtedy, że wszystko wróciło do normy. Jechałem tam szczęśliwy, że wróciła mi ochota na rywalizację. I szóste miejsce. To mi pokazało, że się odbudowałem. Choć na samym Ring of Steall zmasakrowałem się strasznie. Półtora tygodnia po zawodach nie mogłem chodzić. Co wyszło mi na dobre, bo odpoczywałem i nie wróciłem od razu do treningów. Dopiero po tym zacząłem przygotowywać się pod Otter Trail w RPA.
Nigdy już nie chciałbym się tak czuć. Popełniłem dużo błędów. Ja naprawdę bardzo mocno trenuję, w lekkiej atletyce wszystko wypracowywałem ciężką pracą i w górach też tak jest. Może mam tę łatwość w poruszaniu się, ale jednak ciężka praca to podstawa. Nigdy nie kontrolowałem swojego stanu zdrowia, tylko skupiałem się na treningu. Aż koniec, odcinka i nagle okazało się, że gros parametrów w badaniach wyszedł źle. Człowiek po prostu uczy się na błędach. To samo miałem z trenowaniem. Byłem na nie taki nakręcony, że się przetrenowałem. Doszedłem do miejsca, w którym powiedziałem sobie: koniec. Muszę mieć trenera. Osobę z doświadczeniem i wiedzą, która będzie mnie kontrolować. Bo się zajadę.

fot. Jordi Saragossa


I od kiedy zacząłeś pracę z trenerem?

Od kwietnia trenuje mnie Andrzej Orłowski. Wychodzi to świetnie, super się dogadujemy. Tak samo z dietetykiem. Mam nad sobą dwoje policjantów. (śmiech) Dietetyczka każe mi pokazać jej mój ostatni jadłospis z dwóch dni i od razu powie mi, że przyjąłem np. za mało węgli. To mi niesamowicie pomaga. Bo jednak kiedy pracuję, nie myślę o bieganiu, nie mam na to czasu, muszę być skupiony na tym, co się dzieje. Po pracy od razu na trening, wracam i muszę odpocząć. Nie byłem w stanie wszystkiego kontrolować. A te dwie osoby szalenie mi pomagają. Trener wyśle mi plan, dietetyczka tak samo. To jest dla mnie pomoc nie do przecenienia. Bez nich pewnie znowu bym się zajechał. (śmiech) Trochę się teraz pozmieniało. Zaczynam do tego podchodzić profesjonalnie. Uważam, że to moja druga praca, poświęcam się temu na 100%. Traktuję to bardzo poważnie. Bardzo cieszy mnie to, że mam wokół siebie tylu ludzi, bo dzięki temu nie powtórzy się sytuacja z tego roku.

Starszy kuzyn też Cię wspiera?

(śmiech) Michał [Rajca – przyp. red.] to był zawsze starszy kuzyn, ja byłem ten młodszy. Choć jesteśmy rodziną, to nie spotykaliśmy się często jako nastolatkowie. Dopiero jak zaczął biegać ultra, to się do mnie odezwał, spotkaliśmy się, gdzieś razem pojechaliśmy, zaczęliśmy nadawać na tych samych falach. Teraz staramy się jak najwięcej trenować razem. Zamieszkaliśmy nawet wspólnie, gdy skończyłem szkołę. Nawet sobie nie wyobrażasz, co my robiliśmy w mieszkaniu! (śmiech)

Jeden wielki, niekończący się trening?

Że te dziewczyny nas nie rzuciły! (śmiech) W kuchni zawsze ktoś pedałował na trenażerze. Oni jedzą obiad, a ja kręcę dwie godziny na rowerze. Skończyłem, jem kolację z dziewczynami, a Michał wsiada. Albo gramy na playstation – ja z kanapy, Michał z roweru, a potem zmiana. Wzajemnie się bardzo nakręcaliśmy na treningi, zawody. Po roku wpadłem w fajny rytm biegowy, Michał też zaczął robić imponujące wyniki, motywowaliśmy się jeszcze bardziej. Trwało to w sumie dwa lata, po których obaj wskoczyliśmy na poziom międzynarodowy. Teraz już nie mieszkamy razem, ale przyjaźnimy się, marzymy o bliźniaku w Sobótce, spotykamy się często. Co czwartek jemy wspólną kolację.

Nie chcesz pobić jego rekordu trasy na ZUK-u?

Nie, nie lubię biegać po śniegu. I nie sądzę, żebym był w stanie pobić ten rekord. Chociaż… (śmiech)

A skoro już tak dużo jeździsz na rowerze i biegasz, nie chcesz do tego dołożyć pływania i pościgać się trochę z kuzynem?

Nie lubię pływać. Nie czuję się pewnie w wodzie. To nie jest mój żywioł. (śmiech)

Jesteś strażakiem! Woda to w jakimś sensie jest Twój żywioł!

Ja pracuję wodą, to co innego. Ale jestem nurkiem. Mogę schodzić do 20 metrów. Choć każde nurkowanie to był megastres. To jednak nie jest dla mnie. Spróbowałem i wystarczy.

Zagrajmy w skojarzenia, ja Ci mówię jedno słowo, a Ty mi to, które od razu przychodzi Ci do głowy. OK? Sagan.

Łukasz Sagan!

A jednak, nie Peto Sagan?

Nie… Jednak bardziej fokusuję się na środowisku biegowym. Chciałem śledzić La Vueltę, bo byłem na obozie w miejscowości, w której w tym roku zaczynał się wyścig, ale brakuje mi czasu na takie rzeczy. Choć zacząłem czytać teraz „Szosę”. W lutym chcemy lecieć z Patrycją na Teneryfę na dwa tygodnie i mam zamiar zabrać tam też rower. (śmiech)

fot. Piotr Oleszak


Mówiłeś, że jesteś trenerem. Ile osób obecnie prowadzisz?

Nie mam już czasu na spotkania i prowadzę ośmioro swoich zawodników wyłącznie on-line. Wypracowałem sobie system działania, zawodnicy są zadowoleni, robią życiówki, mamy fajny kontakt. Lubię to robić i daje mi to satysfakcję. Mój trener lekkiej atletyki zawsze powtarzał, że widzi mnie właśnie w tym zawodzie. Według niego mam odpowiednie wyczucie. Nawet gdy sam wyjeżdżał, prosił mnie, bym w jego zastępstwie prowadził treningi, a nawet pięciodniowe obozy na poziomie kadrowym. Mam jakiś instynkt trenerski, można powiedzieć.

Bartek, a gdzie Ty widzisz siebie za pięć lat?

Tak daleko nie wybiegałem myślami. Powiedziałem sobie kiedyś, że jak będę miał trzydziestkę, to przelecę stówkę. Do tego czasu… Nie wiem. Nie wiem, co będzie za dwa lata. Sportowo na pewno będę się rozwijał. Nie chcę wydłużać dystansów, dopiero po trzydziestce. Chcę mieć poczucie, że w biegach maratońskich i okołomaratońskich zrobiłem wszystko, co mogłem. I wtedy pójdę krok dalej. A pierwszy maraton przebiegłem dopiero w tym roku. To tak jak w treningu: nie przyspieszaj swojej formy, pomijając jakieś elementy przygotowań, bo później się to na tobie odbije. Wydłużę dystans, gdy będę na to gotowy. Nie wiem, kiedy to nastąpi i nie chcę sobie niczego narzucać. A chcę też, żeby ultra było dla mnie czymś ważnym.

A gdyby ktoś chciał w 2019 roku stanąć w szranki z Bartkiem Przedwojewskim i sprawdzić swój poziom sportowy, to gdzie Cię szukać?

Na pewno w biegach z serii Grand Trail Series. Chciałbym wziąć udział we wszystkich. Mam zamiar przebiec też verticala na Transvulcanii. Na wiosnę planuję start w Wielkiej Prehybie i to będzie mój jedyny taki bieg w Polsce… Wezmę też udział w kilku biegach ulicznych, bo lubię się tak przecierać, ale nie jestem w stanie powiedzieć dokładnie, które to będą biegi.

Bartek, mam nadzieję, że za rok gładko wejdziesz do teamu elity Salomona i tego Ci w tym sezonie życzę. Dbaj o siebie i dziękuję za rozmowę!

Ola Belowska

Od lat bilsko ultra (zwłaszcza ULTRA), choć nigdy sama takiego dystansu nie przebiegła. Lubi czytać reportaże i błądzić po mapie, nierzadko w poszukiwaniu ciekawych ulta właśnie. Żona – ultrasa, i mama Staszka.

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły