WIELKA PREHYBA -Biegi w Szczawnicy

Z pamiętnika młodego ultrasa

Szczawnica, 20.04.2018

Kamil Leśniak bezkonkurencyjny na trasie Wielkiej Prehyby w ramach Biegów w Szczawnicy. Specjalnie dla ULTRA opowiada o tym, co wydarzyło się przed tym niespodziewanie zimowym biegiem, w jego trakcie oraz po nim.

WIELKA PREHYBA 2017

Tekst: Kamil Leśniak

Zdjęcie główne: Piotr Dymus

 

Tym razem wielki był Mnich! To na trasie Niepokornego w tym roku ścigali się najlepsi o tytuł mistrza Polski. Ja odpuściłem, wybrałem harmonogram startów, w którym najpierw była ulica, potem góry, a dopiero po zbudowaniu odpowiedniej bazy – pierwsze biegi ultra. Jeśli pomyślnie wykonam trening, to we wrześniu powalczę na 100 km podczas Festiwalu Biegów w Krynicy. Niestety w tym roku impreza nie będzie już miała rangi MP, o medale trzeba było walczyć w Szczawnicy na trasie Niepokornego Mnicha. Ja wystartowałem w Wielkiej Prehybie, więc marzenie o medalu prysło. Pozostała mi jak najlepsza realizacja planu w perspektywie całego roku 2017.

Dlaczego nie zdecydowałem się na start na 100 km wokół Szczawnicy? Dlatego, że wszystko, co wcześniej robiłem, to tak naprawdę sprawdzanie organizmu. Po biegach ulicznych chciałem rozsądnie wejść w biegi na wysokości. Co prawda brałem udział w zawodach górskich tydzień po tygodniu, ale na pół gwizdka. Z samopoczuciem po nich bywało różnie, ale mimo wszystko krótsze bieganie nie niszczyło mnie tak jak ultra w poprzednim sezonie. Nie czułem się gotowy na Mnicha, dlatego postawiłem na Prehybę.

Zdjęcie: Piotr Dymus / Biegi w Szczawnicy

Pierwsze dłuższe ultra w tym sezonie mam zaplanowane na początek czerwca, do Szczawnicy przyjechałem więc przede wszystkim przepalić nogi. Nie nastawiałem się jednak na piknikowe bieganie. Ostatnio interesuję się wskaźnikiem, który stworzyła ITRA. Gediminas się nim jara, to ja też stwierdziłem, że się pojaram. Na podstawie wyników z ostatnich dwóch lat wyliczyłem, że aby mój bieg był na wysokim poziomie, powinienem pobiec w okolicach 3:32–3:35. I taki był mój cel. Kusi mnie, żeby mój wskaźnik ITRA wskoczył na poziom powyżej 800 pkt. To taka bariera, po której przekroczeniu organizatorzy automatycznie patrzą na ciebie przychylniej. Ze względu na ambitne plany byłem mocno niepocieszony z opadów śniegu. Marzyła mi się trasa taka jak w zeszłym roku – sucha i szybka. Pogoda jednak miała inne plany. Ale spoko koko, co ja się będę przejmował! Nie ten bieg, to inny.

Wieczorem przed startem odbyło się spotkanie elity. Dla mnie rewelacja. Lubię się wygłupiać, a póki jestem w elicie, to mogę sobie na to pozwolić. Za jakiś czas przyjdą lepsi i już nie będę mógł robić na scenie tego, co dziś sprawia mi frajdę. Więc wykorzystałem swój moment na sensowne mówienie. Tak właśnie było – naprawdę zacząłem mówić z sensem. Do tego stopnia, że mi prowadzący zabrał mikrofon! Takie spotkania mają sens – to oswojenie zawodników z elity z tym, że – czy tego chcą czy nie – będą prześladowani przez media, dziennikarzy, organizatorów, fanów i fanki. To także szansa na poznanie tajemnic i rad od najlepszych, idoli, autorytetów... Po spotkaniu poszedłem na piwo.

Rano bardzo długo zbierałem się do wyjścia. Bez paniki, chyba nie pobiegną beze mnie? Rozgrzałem się po drodze. Kilka wymachów, skłonów, skoków, wypadów i innych ćwiczeń o nieznanej mi nazwie. Jeszcze tylko machnąłem jedną przebieżkę na pobudzenie i spięcie mięśni! Nie pomogło – wciąż pełen luzik. Na linii startu widzę śmietankę polskiej estrady biegów górskich: Robert Faron, Piotr Biernawski, Łukasz Szumiec, Rafał Klecha. Z każdym z nich już w życiu przegrałem. Chyba tylko z Rafałem nie, ale ostatnio biegaliśmy razem po Tatrach i wiedziałem, że mocny z niego byczek. Ale oprócz tego, że z każdym z rywali już przegrałem, to jednocześnie z każdym z nich też wygrałem. Oprócz Rafała. Jedyne o czym myślałem, to czy uda mi się biec swoje, czy po kilku kilometrach złapie mnie stres, że ktoś mi uciekł i że nie wiem, ile mam straty. Pierwszy kilometr wszystko zweryfikował, a w mojej głowie nastała jasność – ludzie, to jest mój bieg! Ta nagła pewność siebie dała mi niesamowitą energię, w moment się obudziłem. Biegłem tak, by utrzymać komfortowe tempo, a reszta starała się trzymać mnie. Do tej pory było odwrotnie: Świerc i Gorczyca wystrzeliwali jak z procy, a za nimi całe stado żywego testosteronu, który miał ochotę rozerwać całe Pieniny na strzępy. Tym razem się na to nie pisałem – zdecydowanie wolałem swoje wolne tempo.

Zdjęcie: Piotr Dymus / Biegi w Szczawnicy

Po 7 km nie było koło mnie już nikogo. „To wspaniale”, pomyślałem, wiedząc, że w tym okresie nie jestem mocny na podbiegach. Cieszyło mnie, że pod górę idzie mi tak gładko. Mimo to do 20. kilometra biegłem na spiętych pośladkach, nie wiedząc, ile mam przewagi nad kolejnym zawodnikiem, ani kto to jest. Dopiero na agrafce za punktem odżywczym zobaczyłem, że następni są Rafał i Piotr i mam nad nimi 6 min przewagi. Krótka analiza, po czym zwieracze poluzowały na tyle mocno, że przez kolejnych 20 km mieliśmy istne błoto. Nie kłamię! Tego, co spotkaliśmy na odcinku od bacówki na Obidzy, nikt nie zapomni. Jazda na rowerze bez trzymanki i kierownicy, albo bez pedałów. Najpierw dołączyliśmy do trasy Niepokornego Mnicha – troszkę błota na płaskich odcinkach nie przeszkadzało, a widok mijanych biegaczy wręcz motywował. Chwilę później dołączali zawodnicy z kolejnego dystansu, tym razem Chyżej Durbaszki, i od tej pory już nie miałem takiej frajdy z taplania się w błocie. Do tego na trasie zrobiło się bardzo gęsto i miałem duże problemy z wyprzedzaniem. Najlepiej było lecieć na krechę wzdłuż rynny błotnej i tylko lekko muskać wciągające wgłąb ziemi podłoże. Przy tym niezalecane było hamować – oj nie! Lepiej było zatrzymać się na drzewie lub na innym zawodniku niż hamować. No dobra, lepiej na drzewie. Ale żeby nie pisali na Pudelku o chamskim biegaczu w Szczawnicy, hamować było trzeba. A jak hamować, to i zwolnić. Kulturalnie przepraszałem i czekałem. Czasem gdzieś bokiem próbowałem obejść, ale takie podchody zabierały za dużo sił. Czasem, gdy pędziłem przed siebie bez trzymanki, jedyne co mi pozostawało, to głośny krzyk: „Uwaga!”. Byłem już daleko, gdy zdałem sobie sprawę, że nie zwróciłem uwagi na jedzenie. Z przyzwyczajenia do szybkiego przemieszczania się, bardzo szybko uciekałem z punktów odżywczych. Dopiero gdy wybiegłem z trzeciego punktu, uświadomiłem sobie, że zjadłem do tej pory tylko dwa żele, i że będzie problem. Oby ten problem nie przerodził się w stratę tych sześciu długich minut!

Wkrótce trasa zrobiła się przyjemniejsza, idealna do szybkiego połykania kilometrów. To dobrze, ale ja chciałem być już na mecie. Głodny byłem. Oj, bardzo głodny! Jeszcze tylko kilka wzniesień, które wszystkie siły wysysają, i jesteśmy na mecie. Na ostatnim z nich spojrzałem jeszcze za siebie, aby upewnić się, że mogę spokojnie zbiegać. Mogę! Ale niekoniecznie spokojnie. Błoto było takie, że trzeba było lecieć w myśl zasady: „nie hamować i szybko pedałować”. Rozmarzyłem się o tym, co sobie zjem na mecie. To była głęboka i smaczna myśl – może jajka w majonezie? Albo ogórki kiszone. Oj, lodzika z maka to też bym zjadł! I w tym momencie dostałem polewę – o smaku błotnistej trawy. Co za pech! Dwa kilometry przed metą wywinąć orła... Ale z dwojga złego lepiej leżeć tutaj niż na pierwszym kilometrze, jak to się przytrafiło Piotrowi Biernawskiemu. Napływ adrenaliny w ułamku sekundy postawił mnie na nogi, po czym dalej leciałem w dół jak opętany. Mimo że wiedziałem, że nikogo za mną nie ma, to do samej mety odwracałem się z niepewnością. Nie chciałem, żeby ktoś mi odebrał zwycięstwo.

Zdjęcie: Piotr Dymus / Biegi w Szczawnicy

Nie odebrał! Do Szczawnicy wróciłem z czasem ok. 3 godz. 50 min. Nie pamiętam dokładnie, to nie było wtedy aż tak istotne. Liczyło się tylko jedzenie. Jak ja się cieszyłem na widok suto zastawionych stołów. Poczekałem jeszcze na chłopaków z 2. i 3. pozycji, żeby przybić piątkę i od razu szybko uciekłem pod ciepły prysznic. Skarpetki płakały, kiedy je zdejmowałem. Zastanawia mnie, czy Piotr Książkiewicz, który dzień wcześniej dawał mi nowe podkolanówki Royal Bay, spodziewał się, że tak sprawnie i dokładnie zamienię ich biel na czerń. Ups! Wieczorem to, co misie biegowe kochają najbardziej, czyli dekoracja! A tutaj w Szczawnicy jest ona wyjątkowo fajna. Organizatorzy zaprosili nas do sali kinowej, gdzie można było podziwiać najlepszych z najlepszych na scenie. Czujecie ten klimat? Kolorowe światła, flesze aparatów, muzyka, oklaski. No, aż się nie chce schodzić ze sceny!

Zdjęcie: Jacek Deneka / Biegi w Szczawnicy

Ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsi są ludzie, przyjaciele, znajomi. Taki bieg to dla mnie jedno wielkie spotkanie rodziny. To tu się czuję sobą. Śmieszne, ale tak jest – przy biegaczach po prostu się nie wstydzę! A wieczorem znów poszedłem na piwo.

Zdjęcie: Piotr Dymus / Biegi w Szczawnicy
Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje