BIEG ultra GRANIĄ TATR

Wysokogórski łomot starszego pana, czyli Bieg Ultra Granią Tatr w kategorii Masters

Szczecin, 30.08.2017

Naprawdę nie mam pojęcia, co mnie podkusiło ‒ BUGT 2017. Czyżbym zapomniał, jak ciężki był mój start w 2015 r.? Ale przecież postanowiłem sobie wtedy, że będę pamiętał. Ale zapomniałem... Za to za dwa lata już na pewno będę pamiętał!

Planowanie takich biegów ma mało sensu. Generalnie mam niezły sezon – wygrana w Rzeźniku i dobre miejsca w krótszych biegach spowodowały, że gdzieś z tyłu głowy pojawia się myśl, że mogę powalczyć. Nie z Rzeszótem czy Bartkiem, ale z całą resztą ‒ czemu nie?! Na start zawozi nas Jacek z Salminga (na marginesie: lecimy z Huziorem w nowym modelu buta, w którym przebiegliśmy przed BUGT po... 4 km, raczej mało odpowiedzialnie). Strzał startera i nasz dzielny Dawid Guroś odpiernicza niezrozumiałą dla mnie akcję – wyrywa do przodu i przez całą dolinę leci sam na prowadzeniu. My całą bandą lecimy za nim, jest zupełnie inaczej niż dwa lata temu, kiedy stawka rozerwała się od początku, a od Grzesia biegłem już praktycznie sam. Tempo jest bardzo spokojne. Na szlak na Grzesia wbiegamy chyba w 15 osób i dopiero tutaj czołówka zaczyna się delikatnie rwać. Napieram z Dawidem Ancewem, wyprzedzamy Helgę oraz Miłosza Szcześniewskiego. W tym miejscu muszę przyznać, że zdecydowanie go nie doceniłem, bo serio pomyślałem, że Miłosz jest do odhaczenia. Never underestimate such a guy!

Orły, sokoły, herosy... Fot. Jacek Deneka Ultralovers

Fragment od Grzesia do Wołowca pokonujemy z superekipą – dwóch Dawidów, Przemek Sobczyk, Paweł Dybek, Robert Faron i Paweł Góralczyk. Miota nami jak szatan – wiatr może nie dął z prędkością 100 km/h, ale 80 na pewno. Prawie jak na pamiętnej Babiej Górze w 2015 r. Ciężko ustać w pionie, wszyscy idziemy więc tropem węża. Na Wołowcu mam przewianą klatę na drugą stronę, a serce zamarznięte. Tak samo płuca, nery i w ogóle czuję się wyalienowany. Już tutaj Robert zaczyna nam lekko odskakiwać, a przed nim są już tylko Marcin Rzeszótko i Bartosz Gorczyca. Dawid Ancew do Jarząbczego zbiega bardzo szybko (jak dla mnie), ale jakoś to utrzymuję. Trzymamy się razem z Przemkiem Sobczykiem. Z Łopaty prawie mnie wywiało w przepaść, ale złapałem się kosówki i udało się – jak to mawiają – jakoś nie spier... w dół. Na Jarząbczym Wierchu wyprzedzam Dawida i siedzę Przemowi na plecach – chyba jestem piąty! Czułem się dobrze i chciałem nie tylko utrzymać tempo, poważnie rozważałem także możliwość ataku na Przema i Pawła. Eh, głupota wcale nie przechodzi z wiekiem...

Najpierw na zbiegu ze Starego Robociana wyjechały mi nogi ‒ pacłem na ręce i łokcie. Więcej strachu niż szkody, ale tam naprawdę jest gdzie lecieć w lewo. Tym sposobem Przemo z Pawłem powiedzieli mi „Bye bye, Kansas” i zostałem sam. Ale żeby się zbytnio nie nudzić, za Siwymi Skałami zaliczam lot nurkujący i rozbijam jedno kolano bardziej, drugie mniej. Z ręki cieknie posoka, bark poharatany, a kolano boli na zbiegu. Lebiega w akcji, Janusz biegania, Różowa Pantera gór! Do bufetu wyprzedza mnie jeszcze Paweł Dybek – ależ on ładnie zbiega, zawsze wszystkim powtarzam, że to mój wzór w tej dziedzinie. Przez chwilę nawet chciałem stać się jego cieniem, ale starczyło mi pary ledwie na jakieś 100 m.

Do Ciemniaka gonię Pawła. To znaczy gonię go do połowy, bo potem... cóż, tak mam, że przy czwartej godzinie biegu mam kryzys. Ale w tym przypadku to nie był kryzys. Pamiętacie dawne korki, takie białe z przyciskiem? No to ktoś przyszedł i wszystkie je wykręcił i ukradł. Sklepy nieczynne, środek nocy, musiałem zadrutować. Czyli co? Wpierniczyłem wszystko, co miałem pod ręką, i modliłem się, żeby elektrownia znowu podłączyła prąd. Po Czerwonych Wierchach bardziej kicałem, niż naprawdę biegłem. W końcu docieram do Kasprowego i... halt! Spina mi jedną nogę, zaraz drugą. Co jest? Poważnie powiadam – w życiu nie doświadczyłem czegoś podobnego. Czuję, że jak ruszę nogą, to zerwę jakieś ścięgna. Wiec stoję i czekam aż puści. Ludzie dopingują. Szymek Sawicki spogląda na mnie pytająco, a ja stoję. No ku... fajrant! Magnez, tabletka ALE, picie. Lekko odpuściło, widzę też, że jakaś dwójka mnie goni. Przebiegam Kasprowy Wierch, na szlaku do Murowańca stawiający na nogi doping Agi Faron i... łup. Skręcam nogę. Myślę sobie: „No wszechświat najwyraźniej nie chce, żebym skończył dziś ten bieg”. Wtedy łup! Ponownie ta sama noga. Bardzo zabawne. Stwierdzam, że nie będę się boksował ze wszechświatem i schodzę z trasy w Murowańcu. Tam jednak szalony doping, zupa, owoce, to i tamto sprawiają, że jednak ruszam dalej. W międzyczasie dobiegają Miłosz z Piotrkiem Brzozą. Myślę sobie, że zaraz mnie dogonią, ale się nie stresuję.

Dolina Pańszczycy. Jest OK, tempo naprawdę solidne! Czuję się dobrze, jest szansa zacząć nadrabiać. Niestety, pierwsze bardziej strome podejścia, a na nich lewa noga (ta bardziej rozbita) się spina. Nie przeskoczę tego. Żałuję, że nie mam kijów. Z nimi mógłbym próbować iść tyłem. Koniec końców – wyobraźcie to sobie – całe Krzyżne zrobiłem na jednej nodze ‒ jedna szła, druga była tylko dociągana. Tym samym zostałem najszybszym człowiekiem, który wyszedł na przełęcz Krzyżne na jednej nodze, brawo ja! Mimo to chłopaki mnie nie doganiają. Na zbiegu osa żądli mnie w rękę – seksownie, pod pachą. Ech, ten wszechświat... Myślę sobie, że jak dostanę wstrząsu anafilaktycznego to spieprzę się w dół tak, że nikt mnie nawet nie znajdzie. W strumieniu po drodze robię sobie kąpiel, a potem już dość luźno pomykam w dół. Miłosz wyprzedza mnie dopiero przy Stawach. Próbuję za nim zbiegać, ale noga daje o sobie znać. Każdy krok to ból, jakby mnie ktoś bejsbolem potraktował po czwórce. Nie do opisania. Dogania mnie Piotrek, ale to uprzejmy facet, więc mnie nie wyprzedza. Na Wodogrzmoty wpadamy razem, tankowanie i zaczynamy ostatnią drogę przez piekło. Czyj chory umysł wymyślił coś takiego?! To jest przysłowiowa łyżka, chochla... raczej beczka dziegciu w miodzie. Klnę na czym świat stoi, kończ waść, wstydu oszczędź! Piotrek na którymś zbiegu nie wytrzymuje i mówi wprost, że leci dalej beze mnie. I słusznie, sam najchętniej poleciałbym bez siebie. Na mecie wkłada mi cztery minuty, tak biedziłem. Na szczęście wiedziałem, że za nami jest potężna dziura i raczej nie było szans, żeby przewagę nad następnymi zawodnikami stracić.

Fot. Piotr Dymus 

Czas na mecie? 10:30. Czyli prawie 40 minut lepiej niż dwa lata wcześniej. Ale za to pół godziny gorzej niż zakładałem (i na jaki czas biegłem jeszcze w okolicach Kasprowego). Po Rzeźniku pomyślałem, że złapałem Pana Boga... Nie, tak nie pomyślałem, ale byłem pewien, że już wiem, jak radzić sobie z unikaniem skurczów. Na Grani jednak okazało się, że gówno wiem. Organizm pokazał swoje zdanie na ten temat. Czuję potężny niedosyt, bo spokojnie mogłem walczyć o top 6, ale z drugiej strony też ulgę, że udało się ukończyć BUGT i aż tak dużo nie potracić. Aha, mam dość biegania. Nie chcę, nie lubię, nie będę!

Wielkie brawa dla chłopaków. Robert jest jak wino – czym starszy, tym lepszy. Marcinowi tak niewiele zabrakło, a Przema zawczasu nigdy nie ma co skreślać. I dla Magdy brawa – była 10. open, choć wcale nie jest chłopakiem! Szapoba!

 

Tekst: Piotr Biernawski

Fotografia tytułowa: Jan Haręza - fotografie górskie

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje