Trójmiejski Ultra Trail TUT Zima

TUT, czyli o idealnym treningu ultramaratończyka

Gdynia, 12.02.2018

Tajemniczy skrót TUT jest łatwy do rozszyfrowania, ale tym, którzy dopiero czają się na ultrawyczyny, przypomnę: TUT to Trójmiejski Ultra Track, czyli 65 km na pagórkowatej trasie Gdynia–Sopot–Gdańsk. Bieg zyskał moje uznanie przede wszystkim za sprawą atmosfery, która pokazuje, czym powinny być biegi dla ultrasów: są tylko trzy punkty żywieniowe, na które należy dobiec z własnym kubeczkiem, nie ma zadęcia, sztucznie rozbudowanych pakietów startowych. Jest za to piękna trasa, po której cały czas da się biec (choć na ostatnich 5 km chciałoby się wszystko rzucić w cholerę! – to zdecydowanie najtrudniejszy technicznie odcinek). Jest nie za długo i nie za krótko, w sam raz na mocny trening, przetarcie przed sezonem lub rozpoczęcie swojej ultraprzygody!

Dla mnie był to drugi start w tym roku, a zarazem porządne długie wybieganie. Cel miałam jeden: wygrać wśród kobiet i poprawić czas z letniej edycji. Ponieważ od tamtego czasu zyskałam nieco doświadczenia, to wiedziałam, że co jak co, ale nie powinnam zaczynać za szybko. Ba! Wystartowałam jakoś z ostatniej linii, w ogóle nie siląc się na bycie „MPK – mistrzem pierwszego kilometra”. Spokojnie się rozpędzałam. Na 10. kilometrze plasowałam się gdzieś w trzeciej dziesiątce. Ale w końcu się rozgrzałam i na kolejnej dyszce wyprzedziłam wszystkich, oprócz tego jednego – Gediminasa. Zdecydowanego faworyta i postać z międzynarodowym dorobkiem. Lecz, jak się okazało, nie traciłam do niego wiele…

Pominę opis następnych kilometrów i naszego pogubienia, telefonów do organizatorów… Ktoś bezczelnie zerwał oznaczenia i porozrzucał je gdzie bądź. Na szczęście wspólna akcja pozwoliła nam kontynuować (ze stratą tylko 1,5 km i jakichś 10-15 min). Tutaj jednak muszę pochwalić szybką reakcję teamu TUT – kolejni zawodnicy mieli już z powrotem właściwe oznaczenia.

I zaznaczam NIE ZGUBIŁAM SIĘ PRZEZ SWOJE ROZTARGNIENIE!

Potem długo starałam się dorównać tempa Gediminasowi (ponoć nie mógł uwierzyć i myślał, że padnę gdzieś po drodze). Nic bardziej mylnego! Dotarłam na metę kwadrans po nim, poprawiając poprzedni rekord trasy mężczyzn, a swój kobiecy o jakieś 45 min.

Lekko zdenerwowana zadzwoniłam do męża:

– Miałeś czekać na mecie!

– Miałaś być co najmniej 30 min później. Wygrałaś, rozumiem?

– Nie, byłam druga…

– Jak to?

– Druga open… Szybki Litwin nie dał się dogonić.

Tym samym zaliczyłam udany początek sezonu. A dwa tygodnie później poprawiłam swój rekord w półmaratonie, udowadniając, że ultra nie zabija szybkości. Co ja piszę, ultra może nas wynieść na kolejny poziom wtajemniczenia! I wcale nie trzeba biegać dużo w tygodniu. Wystarczy robić to z głową!

Do zobaczenia na biegowych trasach.

 

Autorka: Dominika Stelmnach

Zdjęcie główne: Wojciech Zwierzyński / Kaszubska Poniewierka

Tekst pochodzi z magazynu ULTRA#4

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje