Biegacz amator
SWIMRUN WIÓRY – SPRINT „MARZENIE O SWIMRUNIE”

Ogień i woda

Zalew Wióry, 9.09.2017

Ogień i woda, czyli odmienne stany świadomości

Gdy dwa miesiące temu podczas rozmowy z Jędrkiem Maćkowskim padła propozycja startu w pierwszej edycji Goswimrun, nie wiedziałem co powiedzieć. Z bieganiem jakoś sobie radzę, ale pływanie i to w otwartej wodzie…

Co to ten „swimrun” i o co w tym chodzi? W skrócie, to połączenie pływania i biegania. Ale zupełnie inaczej niż w triatlonie. Tu nie ma czasu na zmianę ciuchów z pływackich na biegowe. W czym płyniesz, w tym biegniesz i tak kilka razy podczas jednych zawodów. I tak – pływamy w butach, a biegamy w piance i czepku do pływania. Zabawne, prawda?

Ale pierwsze treningi w basenie nie były już tak zabawne. Z pływaniem ostatnio miałem do czynienia jakieś kilkanaście lat temu i to też bez sportowego zacięcia. Co prawda utrzymać się na wodzie potrafię, ale to nie jest pływanie przez duże „P”. Do 20 basenów (tych po 25 m) w stylu dowolnym dochodziłem przez kilka treningów. Zbyt późno się za to zabrałem, a najdłuższe wejście do wody na Swimrun Wióry to, jak dla mnie, niebotyczne 650 m. Dwa tygodnie wakacji pod znakiem biegania i, w miarę możliwości, jak najczęstsze wizyty w morzu lekko uspokoiły, ale nie na tyle, aby jadąc na Wióry, nie mieć konkretnego pietra, że te 2 km w wodzie to może zbyt wiele.

Kilka dni przed startem odebraliśmy z Norbullem, moim przyjacielem i druhem swimrunowym, piękne pianki od Dare2Tri. Do kompletu świeżutkie buty, podobno specjalne do swimrunu, szwedzkiej firmy Salming – model Elements. Uzbrojeni w tak piękne stroje i naładowani pozytywnym flow ruszamy na spotkanie z przygodą.

Mam to szczęście, że wraz z Norbullem mamy takie same oczekiwania. Po pierwsze, dobrze się bawić i czerpać zadość z obcowania z naturą, po drugie, ukończyć zawody, a jak się uda nie być ostatnią parą, to już będzie sukces.

W niedzielę, w dniu startu, pogoda nie rozpieszcza. Chłodno, pada od samego rana, ale przecież mamy czepki i pianki więc luz, nic się nie dzieje…

W biurze zawodów pojawiamy się przed godz. 7:00, pomagamy Jędrkowi i pięknym wolontariuszkom rozpakować część sprzętu z kolejnego busa – tylko organizator wie, ile tych klamotów trzeba na takie zawody przetransportować. Szybka przebierka w stroje startowe, rozciąganie, rozgrzewka i jesteśmy gotowi na start oraz pozowanie Piotrowi Dymusowi.

Punktualnie o 8:12 startujemy! Pierwsze 2 km biegowe, najpierw w dół do zapory, tu kierowniczka wolontariuszka kieruje ruchem, sprint na prawo, long prosto. Zaraz za zaporą pierwszy poważniejszy test butów, ostre podejście po skałkach. Dalej lasem gęsiego za całą zgrają swimrunowców i lekka skucha – zamiast rozglądać się za oznaczeniami biegniemy za prowadzącymi peleton. Po kilkudziesięciu metrach zawracamy na właściwe tory. Teren pofalowany, las, miękkie podłoże, nogi same niosą, to jest to, co lubimy z Norbullem najbardziej. Na skraju lasu wyłania się nam zalew Wióry w całej okazałości, woda paruje, jest tak jakby magicznie.

W końcu musiało to nadejść (nadbiec) – pierwsze długie pływanie, z rozpędu wskakujemy do wody, poprawiamy okularki i czepki i wiosłujemy. W oddali miga biała kropeczka, to biała flaga i krzyczący przy niej wolontariusz roku Nersiu! Norbullo płynie, jak większość startujących wokół, ładnie, technicznie, z pełną gracją. Moje 100–200 m też jest dostateczne, później zaczynają się schody, lekki odpoczynek stylem grzbietowym, żabką i dalej, i dalej, i dalej… Końcówka tej morderczej wodnej przeprawy to sprint do czekającego na brzegu partnera. Wychodząc z wody, czułem się jak po pierwszym swoim ultra, spełniony i pragnący więcej. Głośne przywitanie z Nersiem i ruszamy z kopyta dalej. Bieg w terenie – w tym czujemy się jak ryby w wodzie, napieramy. Chwilowa przerwa na kolejną wodną przeprawę, ale to idzie z rozpędu, jakbym jej nie zauważył. To chyba poziom radości i tego typu endorfin zaczyna działać, że strachy o głębokiej i nieprzebranej wodnej toni umykają gdzieś daleko.

Najdłuższy biegowy odcinek dość zróżnicowany pod względem podłoża. Jest błoto, jest asfalt, jest łąka. Wszystko jest, nawet na rozstaju dróg spotykamy rusałkę Wini wraz z gajowym Pawłem. Kurczę, bez wspaniałych wolontariuszy to te wszystkie biegi, swimruny czy inne takie nie miałyby racji bytu.

Kolejne obawy umykają wraz z pokonywanymi w dość żwawym tempie kilometrami biegowymi (tu trzeba jasno zaznaczać, kiedy biegniemy, a kiedy płyniemy, choć jak widzicie słowo „żwawo”, to wiedzcie, że chodzi o bieganie), buty – choć przemoczone pływaniem – zachowują się idealnie, nic nie obciera, woda jakby szybko z nich uciekła, stopa zupełnie nie odczuwa, że była jeszcze przed chwilą w wodzie. To samo dotyczy pianki. Zastanawialiśmy się z Norbullem, jak można biegać w takim obcisłym i grubym kombinezonie, pachy i pachwiny będą obtarte na bank. A tu kolejne zaskoczenie, nic a nic się nie dzieje. Normalnie czary jakieś.

Teraz już z górki, znaczy podbiegi też są, myślę bardziej o „wejściach do wody”, teraz tylko dwa razy po ok. 300 m i na deser 470 m. Jak zdążyliście się zorientować, pływanie nie jest moja mocną stroną, ale robię postępy. Przed startem rozmawialiśmy z Norbullem, że kluczowe będą dwa odcinki pływania, ten pierwszy, jak dla mnie morderczy, i właśnie ten ostatni. Powiem tak. Ostatnie pływanie, choć tempo nie powalało, było chyba najprzyjemniejszym wodnym doznaniem. Nawet to, że wyprzedziło mnie kilku „pływaków” z takimi dziwnymi nakładkami na dłonie, bojką między nogami i wkładkami w getrach to na widok białej flagi na drugim brzegu, która z każdym wymachem rąk robiła się coraz większa, czułem, że to jest to! Tak zakochałem się w swimrunie!

Ostatnie wyjście z wody, Norbullo krzyczy „Dawaj, James, gonimy tych, co wyszli przed nami!”. Chwilę trwało aż ogarnąłem się, gdzie jestem i co mam robić. Od tego kraula trochę mi się w głowie kręciło. Więc pod górkę zaczynamy przyśpieszać, niestety, chyba słyszeli nawoływania Norbulla. Wydarli przed siebie, jakby nigdy nic innego nie robili, tylko biegali. Ostatnie biegowe 1,3 km gnaliśmy jak tylko mogliśmy najszybciej, to nasz najszybszy odcinek w zawodach. Nie dogoniliśmy ich, ale to nic. Wpadamy na metę. Mamy to! Jesteśmy swimrunowcami!

Może to wszystko zbyt emocjonalne, niezbyt techniczne, ale taki „nieszczególnie wysportowany” zawodnik jak ja bardzo mocno przeżył ten start i chce więcej. Nie mogę się już doczekać kolejnych edycji, a teraz już zabieram się za treningi pływania, to powinno pomóc w kolejnych startach.

Dziękuję Jędrkowi za zarażenie swimrunem, Norbulkowi za przemiłe towarzystwo i czekanie na kolejnych wyjściach z wody, Dare2Tri za biegającą piankę, Salming za pływające buty biegowe, wolontariuszom za marznięcie na brzegu, gdy my pluskaliśmy się w ciepłej wodzie, Marzence za cierpliwość, Hyundai Polska za szybkie i bezpieczne i40, pani z restauracji Jaskółka za najsmaczniejszy zestaw dnia (rosół, schabowy, ziemniaki i megasurówkę z kapusty) za całe 14 zł, pani z Radia Kielce i wszystkim siostrom i braciom ze swimrunowej rodziny. GOSWIMRUN!

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje