Biegacz amator
ULTRAJANOSIK 100 - LEGENDA

Moja osobista LEGENDA w VIII AKTACH

KIELCE, 5.09.2018

Stawiając pierwsze biegowe kroki, czułem, że bieganie jest tym, co pokocham. Ponad sześć lat temu nie wiedziałem, że to uczucie będzie aż tak rozkwitało w kolejnych latach. Byłem jednak pewien, ze docelowe miejsce tego związku to góry i samotność na łonie natury.

Teraz cała moja drużyna, czyli żona Kasia i dwie małe Księżniczki, poznają różne magiczne miejsca, a ultra stało sie elementem naszego życia.

PROLOG

Nie będę opisywał wzorowej organizacji i dbałości o biegaczy przez organizatora oraz jego ekipę, ponieważ tam, gdzie pod imprezą podpisuje się Sławek Konopka i Fundacja Na Ratunek jest to oczywiste. Tak samo jak oczywiste jest, że Sławek jako Mistrz Ceremonii dorzuci kilka kilometrów więcej niż jest w regulaminie oraz, że będzie co najmniej ciężko dotrzeć do mety. Wiem co mówię, ponieważ miałem przyjmnośc uczestniczyć w Legendzie rok wcześniej jak i w ukraińskim Bojko.

O godzinie 5:00 wyjazd autokarów z bazy na rewelacyjnym campingu Polany Sosny w Niedzicy na miejsce startu przy hotelu położonym na brzegu malowniczego Szczyrbskiego Jeziora na Słowacji. W trakcie drogi panuje cisza. Cześć osób próbuje jeszcze to wykorzystać na sen. Cześć je ostatni posiłek, starając się wypełnić magazyny glikogenu ponad fizjologiczną normę. Reszta w skupieniu zastanawia się, co ich czeka po godzinie 7:00, kiedy to przyjdzie czas na start…

AKT I - Rozgrzewka!

Wspólne odliczanie poprzedzone słowem wstępnym Sławomira i ogień! 179 osób ruszyło podbijać Tatry Wysokie, Tatry Bielskie i Spisz… Oczywiście nie wszyscy dadzą sobie na to szansę, ponieważ pierwsze kilka kilometrów większość pędzi w tempie delikatnie ponad 5 minut. Nawet dłuższą chwilę zastanawiałem się czy jestem aż tak słabo przygotowany, czy może to nie mój dzień, ale cierpliwie schodzę na bok miłej dla nogi ziemisto-kamienisto-korzennej ścieżki i puszczam mocniejszych. Armia wystrzeliła jak z procy i mknie do następnego tatrzańskiego jeziora Popradzkiego Stawu. Jeden z zawodników zadaje pytanie chyba sam do siebie: „Ciekawe gdzie dalej?”. Wykazałem się życzliwością z racji, że trasę poznałem dosyć dokładnie podczas pierwszej edycji Legendy oraz sierpniowego rekonesansu poczatkowego fragmentu zawodów. Wskazałem ręką na prawo, gdzie wił się dzikim zygzakiem szlak, niczym wąż maczający swój ogon w stawie z łbem opartym o Przełęcz pod Osterwą. Kolega tylko westchnął. Przed tym podejściem szkoda tracić energię na cokolwiek innego. Jest dopiero 5 km, a przed nami 3 km podejścia i prawie 500 m w górę! Widok po zdobyciu przełęczy wynagradza jednak wszystko. Łydka już pali, a stawka się rozciąga i to mocno.

Piękna, słoneczna pogoda, bez chmur i z delikatnym porannym zefirkiem daje piękny klimat i nieziemskie widoki. Dopiero później okaże się, jak piękna pogoda stanie się realnym zagrożeniem dla wielu ultraorganizmów. Za Osterwą delikatne kilka kilometrów prowadzi po kamiennych płytach, przez piękne Batizovské Pleso pilnowane przez samego Króla Gerlacha, aż do pierwszego punktu – Sliezki Dom (ok. 14. km). Szybkie uzupełnienie stanów magazynowych i dalej.

Widok na Popradzkie Pleso z Przełęczy pod Osterwą

 

AKT II – Będzie ciężko, ale pięknie.

Zielony szlak prowadzi żądnych Legendy na Polski Grzebień (2200 m n.p.m., 20. km). Mijając urokliwe Velickie Pleso oraz mniejsze stawy w dalszej czesci drogi, warto mieć na uwadze, że to podejście powinno pełnić dwie role: odpoczynek po Osterwie oraz rozgrzewka przed zdobyciem Rohatki (2290 m n.p.m.). Przed samym Polskim Grzebieniem jest trochę łańcuchów, jednak bardziej dla turystów, ponieważ nie są konieczne do wejścia na górę. Teraz krótki zbieg po dosyć niewygodnych schodach z kamieni oraz poprzecznych bali i kierunek na prawo – Rohatka. Część osób, mimo ukazującego się widoku, nie przyjmowała do wiadomości, że to ciągle jest bieg, a nie wspinaczka wysokogórska. Nie da się ukryć, że to najtrudniejszy odcinek całej trasy. Z początku trasa jest obfita w osuwający się spod stóp drobny materiał skalno-żwirowy, po czym jest odcinek stromy, prawie pionowy z łańcuchami i klamrami, bez których wejście na najwyższy punkt trasy jest prawie niemożliwe. Teraz tylko w dół i to prawie 1000 m. Na początku stromym piargiem z osuwającymi się kamieniami, później wygodnym kamiennym szlakiem do drugiego punktu w Hrebienioku na ok. 28. km, gdzie czekało poza standardowym zaopatrzeniem, także ciepłe leczo. Warto wspomnieć, że w mijanej wcześniej Zbójnickiej Chacie była możliwość uzupełnienia wody i napicia się ciepłej herbaty, co przy coraz cieplejszej pogodzie, było nie tylko miłe, ale i dla większości niezbędne.

 Podejście na Rohatkę od strony Polskiego Grzebienia

AKT III – Susza w Tatrach.

30 km za mną i zajęło mi to prawie  6 godzin. Ten fakt nie działa motywująco, biorąc pod uwagę, że ciągle jest to etap początkowy całej przygody. Na trasie przybywa turystów, co nie wpływa komfortowo na swobodne poruszanie się po trasie. Dalej robię swoje, starając się równo maszerować w kierunku Skalnatej Chaty pod kolejką na Łomnicę, wyprzedzając turystów, ale również osłabionych dynamicznym startem współtowarzyszy, spragnionych tatrzańskich wrażeń. Upał zaczyna dokuczać na tyle, że staram się hamować dzikie zapędy, żeby mijanym turystom nie wyrwać wody z ręki. Flaski świecą pustkami od jakiegoś czasu. Sytuację ratuje malutki strumyk, informujący o swojej obecności tylko nieśmiałym szeptem, wydobywającym się spod kamieni przy początkowym podejściu na Rakuski Przechód (Sedlo pod Svišťovkou, 2023 m n.p.m.) oraz życzliwi turyści, który poczęstowali mnie wodą. Z góry ładny i wygodny zbieg z urokliwym widokiem na trzeci punkt - Chata pri Zelonym Plese. WOW – „przebiegłem” już prawie maraton, ale zajęło mi to prawie 9 godzin! A gdzie półmetek….

Chata Pri Zelonym Plese

 

AKT IV – Pożegnanie z Tatrami.

Przed słabnącą ekipą, ale wciąż chcącą spełnić marzenia o Legendzie, już tylko kawałek po Tatrach Bielskich – ok. 10 km i 400 m+ w górę. Mniej turystów na tym odcinku jest miłą sprawą. Biegaczy w zasięgu wzroku też jest coraz mniej, ale przed najwyższym punktem tego odcinka witają mnie 4 kozice, przypatrujące się moim niezgrabnym zmaganiom z górami. Później TYLKO zbieg z przełęczy Szalony Przechód (Vyšné Kopské sedlo, 1934 m n.p.m.). Słowo TYLKO wymaga jednak doprecyzowania. Mimo ładnej pogody, skakanie w dół po nieforemnych kamieniach poprzecinanych śliskimi, gliniastymi odcinkami, zmusiło mnie do rozważań, kiedy elementy składowe moich kolan eksplodują i zasypią trasę czerwoną mazią. Jedyne co trzymało je w całości to mocna świadomość, że za chwilę będę mógł sobie pobiegać po trawiastych łąkach i ziemistych leśnych ścieżkach poprzedzających punkt w Zdziarze na ok. 51. km.

Tatry Bielskie

AKT V – Będzie biegane.

Trasę miałem dobrze przeanalizowaną, ale informacja jaką dostałem od wolontarackiej mega ekipy w Zdziarze, że do następnego punktu będącego przepakiem jest około 19 km, odjęła mi trochę mocy. Może inaczej, tylko resztka mocy mi została, żeby się z tym pogodzić. Wiedziałem jednak, że to mogą być fajne kilometry, które dadzą wytchnienie nogom po upalnym i ciężkim tatrzańskim odcinku. Z powodu upału nie przyjmowałem, żadnego stałego paliwa. Praktycznie od samego początku tylko izo, woda, żele, arbuz, arbuz i arbuz… Wejście na najbliższą Magurkę było jak wypicie zimnego piwa w upalny dzień w porównaniu z podejściami w Tatrach. Delektowałem się cieniem lasu i przyjemnym chłodem otaczającej zieleni. Druga cześć tego odcinka to delikatny zbieg po leśnych drogach i ścieżkach, gdzie mimo zmęczenia udawało się pokonywać odcinki w tempie 6-7 min. Po drodze mija się Bachledovą Dolinę i nową atrakcję turystyczną – Ścieżkę w Koronach Drzew. Sławek wspominał, że może uda się wytyczyć trasę zimowej edycji przez te drewniane pomosty muskane czubkami iglaków. Zbliżający się 70. km trasy zwiastuje szeroki na kilkanaście metrów górski potok, dający cudowny relaks przegranym stopom. Nie ma sensu szukać mostku, kładki, ani innego ułatwienia. Takiego po prostu nie ma i dobrze. Stopy za tę zimną kąpiel mogą się jeszcze odwdzięczyć w dalszej części zmagań. Za około kilometr witany przez wolontariuszy, trafiam pod ich opiekę w Kacwinie.

Ścieżka w koronach drzew

 

AKT VI – 3 w 1.

Szybka zmiana obuwia na glebogryzarki Mudclaw. Mam te czerwone, więc jest szansa, że będzie teraz szybciej. Najzacniejsza pod słońcem pomidorowa trafia do brzucha razem z kilkoma kawałkami arbuza, nowe żele lecą do plecaka i dalej. Będzie trochę pod górkę do punktu w Łapszance. Będzie trochę z górki do punktu w Trybszu, gdzie rok temu jadłem pieczone ziemniaki z solą, a w tym roku na ciepłe się nie załapałem. Nie było mi nawet smutno, bo i tak gdybym je przyjął, to nasz związek byłby krótki… Jednak myśl o pysznej zupie, kremie z warzyw od Pani Helenki w OSP w Dursztynie, będącym jednocześnie ostatnim punktem na trasie, napędzała mnie na kolejny w miarę biegowy kawałek.

Towarzysze zmagań

AKT VII – Jeszcze przyjąć łomot i do domu.

Ostatni punkt i zupka w Dursztynie powinny skłaniać do refleksji nad nadchodzącą szybko niełatwą przyszłością. Za 2-3 km czeka na każdego, kto jeszcze żyje na trasie i nie został odznaczony orderem DNF, góra Żar. Nie jest duża. To tylko niecałe 200 m w górę. Problem polega na tym, że to przewyższenie jest na odcinku około 400 metrów i poza tym, że jest stromo, to używanie nawet 4 kończyn nie pomaga, bo nie bardzo jest się czego złapać, a sypkie podłoże ucieka spod stóp niczym spłoszone nocą zające na mijanych wcześniej polach. Jedyne co dodawało mi mocy, to błyskające w oddali białe światełka czołówek, niczym pociski snajperskie chcące mnie dosięgnąć w nocnej otchłani. Na górze Żar są dwie opcje. Pierwsza to trzy oddechy oraz zerkniecie na zegarek i zapoznanie się z nowym HR max jakiego podręczniki medycyny jeszcze nie opisały. Druga opcja to wyrażenie uczuć do organizatora na dużym białym plakacie zaopatrzonym w marker i przypiętym do drzewa po lewej stronie. Ja skorzystałem z pierwszej i udałem sie w prawo lekkim galopem, ale z ciężkimi nogami, na drobny pagórek Cisówka. Kolejne czerwone światełka błyskające w oddali przede mną, napędzały mnie do walki niczym wyczuta przez rekina krew w morskiej otchłani. Pojawiała się coraz większa wola walki. Szkoda jednak, że tak późno…

AKT VIII – Tak blisko, a tak daleko.

Kilka kilometrów zbiegu od Żaru do zapory w Niedzicy nie należy dla mnie do najprzyjemniejszych. Wystaje spora ilość ostrych i mało przyjaznych stopom kamieni z podłoża, co nie ułatwia manewrowania zmęczonymi dolnymi kończynami. Jednak za chwilę wita zmęczony strażak i kieruje na zaporę. Wbiegając na tamę, nagle kilkaset metrów za mną pojawia się jakaś czółówka, która zmotywowała mnie do pokonania "tysiąca stu" schodów na dół i 2-kilometrowego sprintu w kierunku mety po morderczym betonie, przyciągajcym stopy niczym magnes opiłki. Uparłem się, że od 50. km (Zdziar) nie dam się nikomu wyprzedzić i udało mi się dotrzymać obietnicy, złożonej samemu sobie, koncentrując sie na eliminacji czerwonych punktów przed sobą... Zameldowałem się na mecie z czasam prawie 2 godziny słabszym niż rok wcześniej, zajmując podobną lokatę open jak w 2017 roku – 24. pozycja, 19 h 49 min. Biorąc pod uwagę, że wystartowało wiecej osób niż roku temu, uważam, że nie poszło źle:).

EPILOG

Na mecie przywitała mnie moja ekipa wsparcia i szef całego górskiego zamieszania Sławek. Kielich do ręki na znieczulenie (przyjąłem podwójną dawkę!), zapięcie w dyby, zbójnickim pasem przez cztery litery, pamiątkowy personalizowany medal i do namiotu. Była to moja szósta setka z lekkim okładem. Garmin pokazał delikatnie ponad 113 km. Mimo że jestem i zostanę biegowym leszczem, to miłość do gór i dzikości daje mi siłę do obcowania z naturą na takich zawodach jak Legenda. O skali trudności biegu może świadczyć, że wymagane jest ukończenie biegów o podobnej skali trudności wcześniej i na tej podstawie organizator dokonuje kwalifikacji. Na starcie stanęło 179 zawodników, 44 zamiast kielicha z nektarem i pasa na mecie dostało odznakę DNF.

 

PODZIĘKOWANIA

Największe dla żony Kasi, za to że mnie wspierała telefonicznie cały czas z naszym małymi biegowymi Gwiazdeczkami. Za to, że wróciła do biegania, startując w biegu Ledwo Dycha w niedzielę i za to, że potrafi mnie motywować, ale i studzić moje nieracjonalne ambicje.

Damian - za miłe chwile i pogawędki na trasie. Z nikim innym nie miałem pożniej okazji pogadać. Myślę, że się tam jescze spotkamy.

Sławek Konopka - za kolejną super imprezę z niesamowitą atmosferą. Do zobaczenia za rok!

WOLONTARIUSZE - Wasza pomoc, ciepłe słowo i obsługa na punktach jest bezcenna.

 

 

 

 

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje