VI Maraton Wigry

Dławiąc się sękaczem, czyli 42 kilometry po Wigrach.

Wigry, 6.09.2018

Czasem zastanawiam się nad tym, gdzie jest kres ludzkiej wytrzymałości. Dokąd można dobiec nim się padnie? I jak szybko biec, aż zabraknie sił? Mówią, że każdy z nas ma ukryte pokłady energii. W momencie, gdy wydaje nam się, że już więcej z siebie nie wykrzesamy, to tak naprawdę możemy dać drugie tyle. Fabryka zawsze daje więcej niż pierwotnie zakładamy. A zatem organizm markuje nasze możliwości, stwarzając pozory słabszego niż jest w rzeczywistości. Jednakże owy kres gdzieś istnieje, pytanie tylko, kiedy i gdzie nas dopadnie...

Tekst: Sylwia Retmaniak

Zdjęcia: Karolina Krawczyk, Agnes Koziak

Ruszam niesiona żądzą dogonienia Bartka Olszewskiego. Warszawskiego Biegacza przedstawiać nie trzeba, wszyscy wiedzą jak szybko potrafi biegać. Przez pierwszy kilometr widzę w podnieceniu gdzieś w oddali jego plecy, lecz po chwili tracę je z oczu w gęstwinie leśnych drzew. Mimo to biegnę wciąż w czołówce biegaczy, a wśród kobiet jestem nawet na prowadzeniu. Tak bez krzty przesady mogę powiedzieć, że pierwsze 3 km należały do mnie. Szkoda, że tylko trzy. Biegnąc w owczym pędzie szosowałam na ostrym kole po trasie, mając nadzieję, że wypracuję przewagę, którą utrzymam do mety. Wbrew osiągniętej prędkości, nogi wcale nie podawały, mając nadal w pamięci jeszcze nieprzetrawione 70 km, zwieńczone do tego bolesnym upadkiem. Na domiar złego, dokładnie dzień przed maratonem, wywracając się na rowerze, zaliczyłam bliskie spotkanie z betonem.

Otóż uwielbiam się przewracać i czynię to namiętnie przy każdej możliwej okazji. Przypuszczam, że jako wyjątkowy przypadek odczuwam silniej niż inni działanie pola grawitacyjnego... A zatem wobec takiej formy mojego zmaltretowanego ciała przypominającego mięso wołowe przygotowane na tatar, nie było szansy na szybkie bieganie, a tym samym na wygranie zawodów. Wierząc jednak w ukryte pokłady tajemnej mocy, parłam jak dzika po prerii przed siebie. I gdy tak sobie „gnałam” po stepie, to na dystansie mniej więcej trzeciego kilometra, wyprzedza mnie inna zdeterminowana biegacza. Trudno, będę druga... Po chwili zaś kolejna – no nic, będę trzecia. A na 20. kilometrze do pieca dorzuciła następna, próbując do tego konwersować w momencie, gdy ja przeżywałam właśnie swój kres wytrzymałości. – Hmm, no cóż będę czwarta! Godzę się na to z miną mnicha oswojonego z losem dobrego Samarytanina, bowiem za żadne skarby nie mogę z sobie wykrzesać więcej sił. Nawet nie mam zamiaru rywalizować. Zwyczajnie odpuszczam, nie widząc perspektyw na przypływ nowych mocy. Turbodoładowanie, w które tak wierzyłam, zapewne zablokowała tama na rzece wzniesiona przez tutejsze grasujące bobry.

Teraz patrząc z tej perspektywy, dochodzę do wniosku, że to był ten moment. Ten wyjątkowy moment, kiedy poczułam, że biegnę dla siebie a nie dla innych. Że nie robię tego dla laurów tylko dla przyjemności. To był ten moment, kiedy otworzyły mi się oczy na piękno otoczenia, a serce równocześnie zamknęło się na rywalizację. Dopiero wtedy ujrzałam drzewa bujnie porośnięte zielonym mchem, poczułam zapach lasu, usłyszałam szum łąki, śpiew ptaków i odgłos natury. Przyjrzałam się hubie na drzewie, grzybom rosnącym na poboczu i pędzącym koniom po polanie. Dotknęłam stopą każdą przemierzoną drewnianą kładkę. Przeskoczyłam z uśmiechem przez każdą błyszczącą w trawie szynę, będącą drogą dla wąskotorowej kolejki, mknącej niczym baśniowy pociąg w stronę kopalni diamentów. Bardzo podobał mi się ten bieg. I nawet zrobione przez wściekłe bobry dziury wielkości lejów po bombie, wyglądały wyjątkowo uroczo. Wszystko, dokładnie wszystko mi się tam podobało! Po prostu czułam się dobrze biegnąc tu i teraz, nie mając potrzeby rywalizacji. I dopiero w chwili degustacji regionalnych potraw, poczułam ponownie zew natury. A mianowicie stojąc na bufecie tyłem do trasy biegu, słuchając z zaangażowaniem, godnym prawdziwego wigierskiego konesera, o strukturze powstawania sękacza, usłyszałam rzucony od niechcenia komentarz jednego z wolontariuszy: O! Poleciała! Nawet się nie zatrzymała!. - Jak to? Kto taki? – spytałam głupio. Po czym ładując do paszczy trzy kawałki sękacza naraz, pędzę za uciekinierką. - Cwana lisica! – myślę sobie, próbując dogonić rywalkę. W pośpiechu połykając ciasto dostałam jednak czkawki. - Po coś to żarła?! – szydzę do siebie przez zęby, po czym łapczywie łapię powietrze w płuca, próbując pozbyć się nabytej przez łakomstwo przypadłości. Mimo nieprzewidzianych perturbacji, udaje mi się dość szybko dogonić biegaczkę, której w momencie wyprzedzania czkam przypadkowo do ucha. - Mistrzyni konwersacji! – myślę sobie, gubiąc jednocześnie gdzieś w zaroślach rywalkę.

Muszę się przyznać, że jeszcze nigdy w życiu tak zażarcie nie walczyłam o czwarte miejsce. I nigdy nie kosztowało mnie ono tyle wysiłku zarówno fizycznego, jak i emocjonalnego. Pogodziłam się już z losem bycia tuż za podium, ale bycie piątą nie wchodziło w grę! Bycie czwartą ma wiele profitów. Można jawnie użalać się nad swoim nieszczęściem, zapychając je piątym kartaczem ze skwarkami, albo można głośno narzekać na niesprzyjające wiatry. Poza tym płakać w poduszkę, pluć pogardliwie na mecie, a nawet zbojkotować obecne podium, przypisując zwycięstwo sobie. Niestety bycie piątym nie daje już takich możliwości fantazyjnego wyrzutu emocji, dlatego ta pozycja bezsprzecznie nie wchodziła w grę.

Na domiar złego, na 5 kilometrów przed metą, zaczął epicko padać deszcz, uderzając z impetem o daszek mojej opaski jak narwany grajek pałeczką w cymbały, powodując, że praktycznie straciłam widoczność. Podczas deszczu moje myśli pochłonęła jednak inna obawa. A mianowicie baba ziemniaczana! Z nieukrywanym zmartwieniem wyobrażałam sobie jak moknie mi moja baba. Co więcej ta dramatyczna wizja mokrej baby nie dawała spokoju aż do mety. Wszak po to tu przyjechałam! Sam bieg był sprawą drugorzędną. Prawdziwym celem podróży była właśnie baba. Dobiegłam w końcu pogrążona w ciężkich myślach do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło i miało zakończyć. Gdzie wykrzyczano moje imię, pogratulowano czwartego miejsca i wciśnięto do buzi kartacza, ze trzy baby, dwa pączki, cztery kiełbasy i na deserek pół kilo sękacza! I wiecie, co? Baba nie zmokła!

Organizator czuwał nad tym, by miała warunki godne do leżakowania, czekając na kończących Wigry Maraton zawodników. A kres wytrzymałości jest i pozostawił grubą linię w tych zawodach. Dlatego teraz wiem i jestem absolutnie tego pewna, że poza cudowną przyjemnością jedzenia baby, nie jestem zdolna w najbliższym czasie do innego wysiłku.

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje