Chudy Wawrzyniec 80+

Beskid Litewski

Ujsoły, 11.08.2017

Litwin Vaidas Žlabys wygrywa Chudego Wawrzyńca na dystansie 80 km z fenomenalnym rekordem trasy 7:52:52

Tak swoje zmagania z Chudego 80+ 2016 r. opisywał w magazynie ULTRA, Vaidas Žlabys, jak będzie w ten weekend? Czy pogoda też dopisze?

Tłumaczenie: Mikołaj Kowalski-Barysznikow

Foto: Piotr Dymus Fotografia

Prawdopodobnie najbardziej wymagającą rzeczą po biegu jest powrót do strefy komfortu. Trudno opisać, co tak naprawdę czujesz w chwilach największego zmęczenia. Jednocześnie zaraz za linią mety chcesz wrócić do siebie i zrobić to jeszcze raz.

Przed startem w Transgrancanarii przeglądałem internet w poszukiwaniu biegowej przygody przed trailowymi mistrzostwami świata. Zupełnie przypadkiem zobaczyłem, że akurat za kilka godzin kończą się zapisy na Chudego Wawrzyńca. Słyszałem o tym biegu dużo dobrego od Gediminasa Griniusa, więc niewiele się zastanawiając po prostu się zarejestrowałem.

Każdy bieg to dla mnie rodzajem przygody, a mój obecny sezon jest wyjątkowo ciężki i intensywny. Po 125-kilometrowej Transgrancanarii ustanowiłem rekord krajowy na bieżni (100 km w 7 h i 16 min), wygrałem z rekordami trasy: Ultra Chojnik oraz lokalne ultra Kernavė w Wilnie. Następnie po miesięcznej aktywnej regeneracji rozpocząłem przygotowania do trailowych mistrzostw świata w Portugalii (na trasie 85-kilometrowej z 4500 m przewyższenia). Chudy był dla mnie idealną opcją, żeby się sprawdzić. Nawet dystans i przewyższenie były na podobnym poziomie. Wygląda na to, że był to dobry pomysł, bo bez nadmiernego dociskania samego siebie wygrałem, ustanawiając przy okazji rekord trasy.

Przed startem wydawało mi się, że największym wyzwaniem będzie nawadnianie i temperatura. Wspólnie z kumplem z Litwy Vaidotasem Baužysem przybyliśmy na miejsce w czwartek rano. Zwykle staramy się dotrzeć na kilka dni przed biegiem, żeby się rozejrzeć, poczuć teren i odpocząć po długiej podróży. Zrobiliśmy też rekonesans pierwszych i ostatnich 10 km trasy. Gdyby temperatura w dzień staru była taka jak w czwartek czy piątek – około 28°C – wielu biegaczy miałoby kłopoty, szczególnie że pierwszy punkt był dopiero na 40. km. Jednak okazało się, że w dzień biegu pogoda diametralnie się zmieniła, było ciepło, ale cały dzień padało. Miałem fart!

Według mnie nie ma sensu startować w zawodach, jeśli nie ma się żadnego planu. Wtedy bieg będzie zwykłym joggingiem. Osobiście lubię podzielić sobie w głowie cały dystans na krótsze odcinki. Mentalnie łatwiej przychodzi mi przebiec 8 razy 10 km, niż 80 km ciągiem. A zatem mój plan zakładał pokonywać każde 10 km w 1 godz. I naprawdę zadziałał! Oprócz pierwszego odcinka, na którym było sporo asfaltu, i na którym zdecydowałem się przycisnąć.

Lubię czuć podłoże, więc moje minimalistyczne buty świetnie się sprawdziły. Było sporo śliskich fragmentów, a niektóre z nich wręcz ekstremalnie niebezpieczne. Nazwałem je „ścianami”, bo przez wyjątkowo śliską nawierzchnię nie dało się po nich dotrzeć na szczyt wzniesienia. Kilka razy myślałem nawet, że trasa nie może tak wyglądać, i że na pewno się zgubiłem. To były wspaniałe fragmenty, zapamiętam je na długo.

Podczas biegu w ogóle się nie odwracałem! Nie wiedziałem, co się dzieje za mną, po prostu starałem się przemieszczać do przodu. Na punktach widziałem stoły wypełnione smakołykami, ale wystarczyły mi moje żele, niewymagające popijania wodą. Dzięki temu nie straciłem dużo czasu na uzupełnianiu zapasów. Przez cały ośmiogodzinny bieg wypiłem tylko 1,5 l płynów. Brzmi niewiarygodnie, ale to prawda. Muszę dodać, że i inni biegacze z męskiej czołówki świetnie pobiegli, na lepszym poziomie niż dotychczasowy rekord trasy.

Dziękuję organizatorom za świetny bieg! Gratuluję wszystkim uczestnikom, którzy ukończyli tegoroczną, ekstremalną edycję. Wszyscy jesteście zwycięzcami! Powodzenia i, mam nadzieję, do zobaczenia w przyszłym roku!

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje