100 miles of Istria

100 miles of Istria – relacja

Umag, 17.04.2018

5 kwietnia od samego świtu byliśmy w podróży. Naszym celem był półwysep Istria w Chorwacji. Kierowaliśmy się do Umagu, miasteczka położonego na wybrzeżu Morza Adriatyckiego na pólnocno-zachodnim skrawku Istrii, 200 km od Wenecji. To tam odbywała się rejestracja zawodników, to tu znajdowała się cała infrastruktura imprezy, baza dla mediów, expo i wreszcie – punkt kulminacyjny – meta 100 miles of Istria!

To nie pierwszy raz, kiedy ja i mój mąż Maciej, wyrywamy się na kilka dni z rutyny obowiązków, zarówno służbowych (lekarskich) jak i rodzicielskich, i ruszamy w świat pobiegać. Jednak nigdy nie jest to łatwe, bo praca na kilku „etatach” jako chirurdzy, całodobowe dyżury w klinicznych ośrodkach oraz wychowywanie dwójki dzieci w wieku wczesnoszkolnym, nie pozostawiają zbyt wiele miejsca na własne pasje…

A jednak!

Za nami Lavaredo Ultra-Trail, Zugspitz Ultra-Trail i UTMB z bazą w Chamonix. Tylko ten ostatni wyjazd połączyliśmy z urlopem i dziećmi, pozostałe – w tym Istrię – potraktowaliśmy jako odskocznię od rzeczywistości i czas na ładowanie akumulatorów. Nasza podróż rozpoczęła się w Gdańsku na lotnisku. Z międzylądowaniem w Warszawie dotarliśmy na lotnisko w Wenecji. Stamtąd wynajętym samochodem sunęliśmy do punktu docelowego czyli hotelu Sol Umag.

Pogoda zapowiadała się na cały kilkudniowy pobyt wspaniale. Mój smartfon pokazywał słońce z temperaturą plus 19 stopni. Takie prognozy miały zrekompensować moje feralne OCC we Francji ostatniego lata, podczas którego lało NON-STOP, bez nadziei na przejaśnienie. A widoki pięknych francuskich Alp diabli wzięli. Co gorsza, widoczność sięgała zaledwie kilku metrów! Tym razem miało być inaczej…

100 miles of Istria 2018 to już piąta edycja największego i najbardziej osławionego biegu w tym regionie. Na imprezę składają się cztery trasy, a mianowicie: czerwona (170 km), niebieska (110 km), zielona (66,7 km), oraz żółta (41 km). Mój mąż wybrał Blue Course 110 km z 4394 m przewyższeń, ja nieco skromniej: Green Course na dystansie 66,7 km z 2441 m przewyższeń. Mój wybór był najdłuższą z moich dotychczasowych dróg (z wyjątkiem Rzeźnika, gdzie wsparcie męża będącego moją parą zdeprecjonowało jednak to osiągnięcie, czyniąc je mniej osobistym). Dla Macieja trasa 110 km była w sam raz, a większy kilometraż pozostawił na wyższe gory w przyszłości – Dolomity, Alpy Bergamskie (tzw. Orobie) czy Alpy Francuskie.

Z ciekawostek

Przy odbieraniu pakietów dość rzetelnie sprawdzano jedynie wyposażenie „sprzętowe”. Przy czym uwaga organizatorów nie skupiała się na jakości szwów w kurtce ani na zestawie zimowym (czapka, rękawiczki, długie nogawki i rękawy), lecz na upewnieniu się, że mamy ze sobą: czołówkę, zapasowe baterie, folię NRC, bandaże, telefon i kubek. W pakiecie otrzymaliśmy całkiem solidne koszulki techniczne Compressport (główny sponsor wydarzenia), natomiast próżno było szukać… chipów do pomiaru czasu. Początkowo byliśmy zaniepokojeni, ale szybko dowiedzieliśmy się, że system rejestracji zawodników na poszczególnych punktach opiera się na… ręcznej obsłudze! System „Stotinka” to taka manufaktura pomiarowa bez elektroniki, mat, chipów itd. Wymaga jedynie: człowieka, kartki papieru, długopisu i przytomności umysłu połączonego z refleksem. Chociaż i w tym zakresie organizatorzy zabezpieczyli się, obarczając odpowiedzialnością zawodników (pod groźbą dyskwalifikacji) za odmeldowanie się przy takim „ludzkim” pomiarze czasu.

W drogę!

Pobudka 7 kwietnia o 5 rano. Obudziły mnie równocześnie: mój budzik oraz… mój mąż, telefonujący prosto ze swojej trasy. Niestety jego głos nie brzmiał entuzjastycznie. Mój zawsze tryskający optymizmem mąż, tak pewny siebie, teraz narzekał.  Byłam tak zdziwiona, że nie bardzo umiałam go pocieszyć. Niemrawo bąknęłam, że ma się nie poddawać, że to za wcześnie. Biegł dopiero od 5 godzin (startował o północy), rozświetlając sobie drogę jedynie lampką czołówki. Relacjonował, że zmarzł na starcie, że w nocy zimno, a w górnych partiach śnieg, i że ma dość. Jego trasa od samego startu prowadziła stromo 8 km pod górę na wysokość 1400 m n.p.m.. Według śmiałych założeń w chwili gdy do mnie dzwonił, powinien być już znacznie dalej, a był zaledwie na 33. kilometrze trasy… Twierdził, że w tym tempie nie uda nam się spotkać na jego przepaku a moim starcie w miejscowości Buzet ok. godz. 7-8 rano. Na szczęście później okazało się, że był to jego pierwszy i zarazem jedyny kryzys.

Ostatecznie Maciej do Buzet dobiegł o godz. 9 rano, podczas gdy do 8 (czyli pory mojego startu) dobiegło tam zaledwie kilku niebieskich. Przez następne 45 km nasze trasy rozmijały się, aż do punktu kontrolnego w Groznjan. Co jakiś czas spotykałam co prawda uczestników z Blue Course, ale tych raczej z drugiej połowy stawki, na męża musiałam poczekać aż do mety.

Zielono mi

Trasa Green Course była dość urozmaicona. Prowadziła z głębi półwyspu w kierunku Adriatyku. Z  gór na niziny. Nie zabrakło mozolnych podejść piaszczystymi zboczami do położonych na grzbietach urokliwych chorwackich miasteczek (zbudowanych prawie w całości z kamienia), pokonywania strumieni, przedzierania się przez cierniste krzewy i chaszcze, żmudnego przemierzania utwardzonych dróg. Były też drogi wśród wioseczek, cyprysów, zbiorników wodnych, pól, plantacji winorośli i drzewek oliwnych, ale było też błoto i grzęzawiska. Pojawił się też tunel, gdzie wśród ciemności trudno było się zorientować z czym mamy do czynienia – czy to jedynie rozciapane błoto czy może… kloaka pobliskiego miasteczka.

Ciekawym krajobrazom towarzyszyła słoneczna pogoda. Niebo bez jednej chmurki bezlitośnie wysuszało ciała biegaczy. Głównym wyzwaniem oprócz dystansu okazało się odpowiednie nawadnianie i zapobieganie przegrzania organizmu. Skwar i spiekota najmocniej dały mi się we znaki koło południa. podczas podchodzenia pod zapiaszczone górki 400 metrowe, dawały się we znaki najmocniej. Zwykle dobrze znoszę wysokie temperatury, i nie korzystam z bukłaka, ale tym razem nawet ja wyczerpywałam do cna wszystkie zapasy wody i izotoników. Na szczęście im bliżej morza, tym chłodniej, tym ostrzejsze powietrze, większy komfort i (teoretycznie tylko)  łatwiej biec. Nic bardziej mylnego! Do mety niedaleko, ale nogi nie chcą już dłużej biec, mimo że głowa mocna i bardzo by chciała powalczyć o dobry czas...

Na ostatnich 20 km pojawiła się dodatkowa deprymująca i nieco denerwująca „przeszkoda”. Mianowicie pojawili się „żółci” biegacze. Nie dość, że będąc w pełni sił, wyprzedzali takie jak ja umęczone osobniki, to jeszcze żądali pierwszeństwa na wąskich dróżkach. Nie lubię być doganiana i wyprzedzana! Ostatnie 10 km, tuż za ostatnim punktem odżywczym w Buje, to już tortura – monotonna trasa po płaskim terenie wśród traw i łąk, niekończąca się drożynka nawet dla twardych umysłów. Gdzieś hen na horyzoncie widnieją kontury zabudowań miasteczka Umag i upragniona meta, ale jeszcze nie teraz. Tu każdy walczy ze sobą i pojawia się odwieczny dylemat biegacza ultra: iść czy wprowadzić swe biedne nogi w trucht. Powtarzam sobie jak mantrę: „Już nie możesz, to prawda, ale idąc odwlekasz spotkanie z metą i tym samym upragniony finisz. To nie ma sensu, trzeba truchtać!”.

Na ostatnich kilometrach biegłam. Nie dlatego, że mi się chciało, to pęknięty pęcherz na pięcie nie dał mi wyboru – był tak bolesny, że nie pozostawało nic innego jak biec na palcach przed siebie. Ustawiczne spoglądanie na Garmina, odmierzanie w umyśle kilometrów, a na ostatniej prostej metrów, stało się uzależnieniem, graniczącym z obłędem. Planowanie, odmierzanie, dzielenie trasy na kawałki to niezwykle pomocna strategia w psychologii umysłu długodystansowca.

Zwykle najgorsze kryzysy dopadają mnie w pierwszej części trasy. Nieznośna myśl, że nie jestem jeszcze nawet w połowie, wykańcza psychikę. Za półmetkiem jest już lepiej, jest z górki, a każdy pokonany kilometr więcej, oznacza mniej do mety. Potem wkraczają argumenty innego kalibru: że zostało na tyle mało, że dojdę choćby na czworakach, byle zmieścić się w limicie. Jednak tym razem najgorsze były te ostatnie kilometry… Maciej obiecał, że wyjdzie mi naprzeciw, a ja desperacko tego potrzebowałam. Spotkanie męża traktowałam przesadnie jako moje „być albo nie być”. Ta perspektywa dodawała mi animuszu i zajmowała zmarnowany umysł. Już z daleka wypatrzyłam zarysy wysokiej sylwetki, stojącej na mostku, dokładnie 1 km przed metą! Krzyczy, że jestem dzielna, wspaniała, i że już ostatnie metry dzielą mnie od odpoczynku. Po takim powitaniu wypadało godnie pobiec do mety po medal. Z łąk na utwardzoną drogę, potem na przejście dla pieszych i rondo,  i już szpaler barierek prowadzi mnie na oflagowaną i wyściełaną dywanami metę. Jak zwykle połykam łzy wzruszenia. Symboliczny moment zwycięstwa, pokonania własnych słabości, gdzie umysł wygrywa nad ciałem. I to błogosławione uczucie, że... dziś już nic nie muszę. Oprócz doczłapania ostatnich 2 km do hotelu...

Osiągnęłam całkiem satysfakcjonujący wynik: 66,7 km w czasie 11 h 18 min (przy 15 h limitu), będąc przy tym 57. kobietą na zielonej trasie (której nie ukończyło 28 zawodników). Maciej zajął 46.miejsce open na Blue Course.

W tym miejscu należą się podziękowania naszym przyjaciołom z Miki Team – Miśkom, którzy wiernie nam kibicują (kiedy z nami akurat nie biegają). Ich entuzjazm i wierność tej sprawie jest nie do przecenienia. Śledzą wyniki i transmisje on-line i na bieżąco zdają relację wszystkim zainteresowanym.

Rachunek strat? Obyło się bez kontuzji, wielkich pęcherzy i ran. Pojawił się za to obrzęk kończyn dolnych, dygot całego ciała i wysoka temperatura – ekstremalny wysiłek fizyczny, nadmierna ekspozycja na słońce i rozpad sponiewieranych mięśni, musiały zrobić swoje.  Skasowane uda to najbardziej przykre doznania po Istrii. Każdy schodek w dół i w górę to przez kilka następnych dni ogrom cierpienia...

Czy było warto?

Było! Satysfakcja ogromna i euforyczne uczucie szczęścia! Nie do wytłumaczenia tym, którzy tego nigdy nie zaznali. Tak naprawdę, to ja wciąż jeszcze biegnę, wracając do najpiękniejszych momentów z Chorwacji albo snując plany na kolejne ultra...

Na koniec słowa uznania dla organizatorów. Polecam 100 miles of Istria gorąco! Doskonale oznakowana trasa (multum czerwonych chorągiewek!), na której nie sposób zabłądzić.  Uczynni i uśmiechnięci wolontariusze na punktach kontrolnych. Jedynie kultura osobista jeszcze kuleje, bo opakowań po żelach niestety kilka widziałam. Ale to już uwaga do zawodników, bo organizatorzy spisali się na medal!

Zdjęcia: Dejan Hren / 100 miles of Istria

***

Tekst: Joanna Murawska

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje