Wiatr ze wschodu

Eilat, 25.11.2017

Stoimy na szczycie Mount Hermon. Ciszę co jakiś czas przerywają odgłosy bomb. Tak naprawdę to nie jest prawdziwy szczyt Hermonu, tylko najwyższa dostępna część jego masywu po izraelskiej stronie. Właściwy wierzchołek Mount Hermon jest w Libanie – jakieś 10 km na północ – i mierzy 2814 m n.p.m. My znajdujemy się kilkaset metrów niżej, a odgłosy bomb są prawdziwe. Najpierw słyszymy świst, potem huk, a na koniec przez chwilę dźwięczy nam w uszach. Bomby spadają po syryjskiej stronie granicy, zapewne bliżej nam do nich niż do Hermonu. Czujemy się dziwnie – kilka dni wcześniej na drugim krańcu kraju biegliśmy beztroski, radosny Eilat Desert Marathon, a teraz jesteśmy dosłownie o krok od jednych z najtragiczniejszych wojennych działań na świecie.

Gabriela: Kiedy zbliża się Łemkowyna, szukam jakiejś odskoczni. Zasypiając, planuję podróże – dzięki temu łatwiej mi znieść cały przedorganizacyjny stres. Od trzech lat zaraz po Łemkowynie wyjeżdżamy z Krzyśkiem na krótki urlop połączony ze startem w zawodach. Byliśmy na maratonie w Stambule, potem w Atenach, a na listopad 2016 r. zaplanowaliśmy wyjazd do Izraela. Mieliśmy jechać we dwójkę, ale w końcu zrobiła się z nas wesoła, pięcioosobowa ekipa. Okazało się, że w czasie naszego pobytu odbędzie się Eilat Desert Marathon. Zapisaliśmy się – Adrian i ja postanowiliśmy pobiec półmaraton, a Mikołaj z Krzyśkiem – maraton.

Pan nie leci

Miki: „Jak nie lecę, jak biegnę”, próbował się ratować na podkrakowskich Balicach Krzysiek Gajdziński, gdy uważny kontroler dopatrzył się, że data ważności jego paszportu jest krótsza niż wymagane przez państwo Izrael sześć miesięcy. Nie wierzyliśmy, że to się dzieje naprawdę, ale przecieranie oczu nie pomagało. My byliśmy po jednej stronie bramki, a Krzysiek po drugiej. Bez szans na happy end. Było nam cholernie przykro, nagle nasza paczka straciła kluczowe ogniwo. Gabriela chciała zawracać, ale Krzysiek był twardy i nie pozwolił jej na robienie głupstw. Kazał nam wskakiwać na pokład samolotu, a sam udał się z powrotem do hali odlotów. Postawa godna dyrektora ŁUT!

Krzysiek: Po raz pierwszy od czterech lat prawdziwy urlop! Nie pamiętałem już, co to wyjazd na dłużej niż dwa dni bez komputera. Stracić beztroski tydzień przez zbyt krótko ważny paszport?! Opcje były dwie – wracać do domu, biura i wpaść w depresję albo polecieć w jakiekolwiek inne miejsce. Teraz, już, natychmiast! Szybki rzut okiem na tablicę odlotów. Mediolan – niestety zbyt zimno (w końcu planowaliśmy upały, to i cała ciepła odzież została w samochodzie). Sardynia – zbyt drogi bilet. Gran Canaria – zbyt późny powrót. Barcelona? Idealnie. Bilet kupiony przez telefon i w drogę. Bez wychodzenia z budynku lotniska!

Eilat Desert Marathon

Miki: Ejlat to dziwne miejsce. Wciśnięty między Egipt i Jordanię kurort przyciąga przede wszystkim spragnionych słońca rosyjskich turystów. Położone zaledwie 200 km na północ od Szarm el-Szejk miasto jest też chętnie odwiedzane przez Polaków. Raz, że można się tu w środku zimy ładnie opalić, dwa, że kilka razy dziennie kursują bezpośrednie autobusy do Jerozolimy, trzy, że od kiedy pobliskie wojskowe lotnisko przyjmuje rejsy pasażerskie, do Ejlatu leci się wyjątkowo tanio i sprawnie. Żywą tkankę miasta tworzą więc obwieszeni złotem Rosjanie, obwieszeni jerozolimskimi dewocjonaliami pielgrzymi z Polski, a w połowie listopada dodatkowo obwieszeni medalami biegacze z całego świata – finiszerzy Eilat Desert Marathon.

Gabriela: Śmiało moglibyśmy napisać antyporadnik o tym, jak (nie) przygotować się do startu w zawodach. Zrobiliśmy wszystko, czego nie powinniśmy. Przez dwa dni poprzedzające bieg obeszliśmy całą Jerozolimę, robiąc ponad 25 km. Na koniec opiliśmy się wina – w pubie były akurat happy hours, czyli kupujesz butelkę wina, a drugą dostajesz gratis. Dzień przed „regenerowaliśmy się”, robiąc 17-kilometrowy spacer po Masadzie – starożytnej żydowskiej twierdzy, narodowym symbolu Izraela. Potem zabrakło dla nas miejsca w autokarze jadącym do Ejlatu i byliśmy pewni, że nie zdążymy odebrać pakietów. Jednak kombinowaną trasą w końcu dotarliśmy na miejsce i – mimo że spóźniliśmy się o ponad godzinę – o godz. 23 odebraliśmy numery startowe. Na kolację zjedliśmy resztki pizzy, które dostaliśmy za kilka szekli w jedynym czynnym barze w Ejlacie. Nie mieliśmy noclegu, więc noc przed zawodami spędziliśmy na plaży. Wiatr hulał nam po śpiworach (Mikiemu po hamaku) i nikt z nas nie zmrużył oka. O 6 rano stanęliśmy na starcie – bez śniadania, głodni, senni i zmęczeni. Byłam pewna, że po 2 km dostanę zadyszki, rozboli mnie kolano albo znajdę sto innych powodów, żeby zejść z trasy. Stało się zupełnie inaczej! Początkowe 4 km okrutnie się ciągnęły szutrową drogą, ale kiedy wbiegliśmy na pustynię, wstąpiło we mnie drugie życie. Biegłam lekko, uśmiechałam się, podziwiałam widoki, robiłam zdjęcia, piłam, jadłam... Czułam się genialnie! Na mecie pochłonęłam trzy kanapki, leżałam w słońcu, czekając na resztę ekipy i podziwiałam polską flagę, którą zawieszono w szeregu innych jako pierwszą.

Krzysiek: Lecąc do Katalonii, zorientowałem się o dość nietypowym położeniu, w którym się znalazłem. Przed tym, jak rozstałem się z ekipą, dałem Rudej swoją kartę kredytową. Niby drobiazg, ale okazało się, że mam na cały wyjazd niecałe 50 euro (a bilet kupiłem tylko w jedną stronę). Skoro jednak kiedyś przeżyłem dwa tygodnie na Cyprze za pięć euro, to i teraz sobie poradzę. Grunt to jeździć stopem i spać w krzakach lub na plaży. Jakoś to będzie!

Miki: Maraton w Ejlacie to impreza, która efektownie prezentuje się w materiałach reklamowych. Spektakularne zdjęcia biegaczy na pustyni z lotu ptaka, meta na głównym deptaku miasta, widok uśmiechniętych, zlanych słońcem twarzy zawodników sprawiły, że spodziewałem się takiego mini-Maratonu Piasków. Myślałem, że bieg będzie bardzo trudny i bardzo piękny. A jeśli nie piękny, to przynajmniej zapadający w pamięć. Nic takiego się nie stało. Ani jedno miejsce na trasie mnie nie zachwyciło, nie skradło serca, nie sprawiło, bym na chwilę się zatrzymał, by nacieszyć się tym, że pokonałem kawał drogi, żeby znaleźć się akurat tu. Przy czym nie można się też do niczego zanadto przyczepić. Punkty odżywcze były, daktyle były, woda była, przewyższenie było (startowaliśmy z poziomu morza, a najwyższy punkt na trasie to 280 m n.p.m.), piasek był... Mimo to Eilat Desert Marathon to dla mnie taki bieg bez historii. Przyjechaliśmy, przebiegliśmy, pojechaliśmy – było, minęło. Dużo ciekawsze było to, co spotkało nas w Izraelu wcześniej i później.

Krzysiek: „What is the address of your hostel?”, zapytała z pięknym brytyjskim akcentem sympatyczna dziewczyna z grupy, którą poprosiłem o wskazanie drogi do centrum Barcelony. „To be honest, my plan is to spend this night on the beach…”. „Are you from Poland?!”. Ania też była Polką. Tyle że od kilku dobrych lat mieszka w Barcelonie i uczy angielskiego. Jeżeli chodzi o spanie na dziko i jeżdżenie stopem, byłem przy niej żółtodziobem. Całkiem niedawno wraz z narzeczonym, rodowitym londyńczykiem Jonem, wybrali się w kilkumiesięczną podróż z Turcji do Polski, przez Iran, Turkmenistan, Uzbekistan, Kazachstan, Chiny, Mongolię, Rosję, Estonię, Łotwę i Litwę. Włóczęga włóczęgę zrozumie, więc w kilka chwil Ania zaproponowała mi bazę do zwiedzania Barcelony w postaci swojego mieszkania w samym centrum. Kilka wspaniałych dni wypełniły mi fantastyczne spacery po Barcelonie. Natomiast wieczory i noce to długie dyskusje z Anią i Jonem na temat Brexitu, Trumpka i zalewającej Europę fali populizmu. Barcelona wydawała się dryfować spokojnie z dala od tego wszystkiego.

Oto jest dzień

Miki: Trzy dni przed maratonem z wojskowego lotniska gdzieś pośrodku niczego prosto do Jerozolimy zgarnął nas rejsowy autobus narodowego przewoźnika Egged. Zaskoczenie nr 1 to to, że autobusy w Izraelu jeżdżą jak chcą, a na dodatek zabierają, kogo chcą (o czym przekonaliśmy się później jeszcze kilkukrotnie). Zaskoczenie nr 2 to ilość broni, jaka podróżowała razem z nami zielonym mercedesem na kolanach i ramionach młodych żołnierzy, jadących na przepustkę do rodzin na północy kraju. Obawiam się, że gdyby autobus miał wypadek i te wszystkie M-4 i M-16 zaczęły naraz strzelać, nie zostałoby nic ani z nas, ani z zielonego eggeda. Z Jerozolimy zapamiętam trzy rzeczy: najlepsze falafele, jakie jadłem w życiu, tradycyjną arabską kawiarnię na Starym Mieście i urodziny Gabrieli, które spędziliśmy przy przepysznym Cabernet Sauvignon z Galilei, a zakończyliśmy pielgrzymką po Jerusalem z pieśnią „Oto jest dzień” na ustach. Przeraził mnie za to merkantylny charakter miasta. Zazdroszczę ludziom, którzy są tam w stanie przeżyć jakiekolwiek duchowe uniesienie. Ja musiałem się po nie udać daleko na północ.

Nazareth

Miki: Pamiętam z dzieciństwa, że była grupa rockowa o takiej nazwie. Ale Nazaret jeszcze bardziej niż ze związków ze szkockim rockiem znany jest z tego, że podobno to tam nauczał Jezus Chrystus. Nie wiem, czy to prawda, ale jeśli tak, to wcale mu się nie dziwię, że wybrał akurat ten rejon. Nazaret jest mniejszy i mniej efektowny od Jerozolimy, ale za to dużo przyjaźniejszy i przystępniejszy. Co prawda ciężko się po nim poruszać, bo jest położony na stromym zboczu, ale nam to akurat nie przeszkadzało – w końcu jesteśmy maratończykami! Miasto jest zdominowane przez Arabów, ich kulturę i kuchnię. Dobrze się w nim czułem. Szczególnie po wypiciu soku ze świeżo wyciśniętych owoców granatu. W Nazarecie spędziliśmy zaledwie jeden wieczór, ale to miejsce tak nam się spodobało, że nazajutrz, po nocy spędzonej nad Morzem Galilejskim, wróciliśmy tu na szakszukę i kawę. Odwiedziliśmy też słynne targowisko i wypiliśmy herbatę z Arabami, tnącymi w nieznaną nam grę karcianą w ukrytej w gąszczu wąskich uliczek kawiarence.

Krzysiek: I oto jestem w Carcassonne – jednej z największych twierdz średniowiecznej Europy, wpisaną na listę UNESCO. Zdarzyło mi się grać w przyzwoitą planszówkę o tej samej nazwie, ale o samej twierdzy wiedziałem niewiele. Samotne podróże mają to do siebie, że bardzo łatwo poznaje się podczas nich innych ludzi. Kogo można poznać w Carcassonne? Na przykład dwójkę najbardziej uśmiechniętych dziewczyn, jakie w życiu widziałem. Ana z Barcelony i Alejandra z Meksyku umiliły mi dzień w miejscu pełnym pokręconych historii. Carcassonne jest naprawdę niesamowite, a w trakcie spacerowania po krętych brukowanych uliczkach przypomniałem sobie metę zeszłorocznego Gran Trail Orobie, na którą trzeba wbiec przez równie piękną starówkę Bergamo. Ciężko uciec od myśli o bieganiu!

Gabriela: Ja ci dam Anę z Barcelony i Alejandrę z Meksyku! Tylko cię gdzieś puścić samego, a już romanse ci w głowie!

In Kibbutz

Miki: Kibuc to w dużym uproszczeniu wspólnota rolnicza. Jednak to nie do końca prawda, szczególnie obecnie, kiedy kibuce mocno odeszły w swojej strukturze od pierwotnej formy. Wciąż starają się być samowystarczalne, choć bliżej im dziś do przedsiębiorstw, którymi kierują czynniki biznesowe, niż do idealistycznych, rajskich ogrodów wszelkiej szczęśliwości, za jakie uchodziły kiedyś. Szereg zbiegów okoliczności przywiódł nas do kibucu Gonen u stóp Wzgórz Golan. Zatrzymaliśmy się w nim u uroczego Tzubicka, który przez wiele lat szefował wspólnocie. Obecnie jest na emeryturze i ma dość czasu, by przez trzy dni, które u niego spędziliśmy, opowiedzieć nam prawie wszystko o kibucu, o sobie i o Izraelu. To, czego oczekiwałem po wizycie w Jerozolimie, odnalazłem zupełnie nieoczekiwanie w malutkim Gonen. Spotkanie z Tzubickiem było dla mnie niemal mistycznym doświadczeniem. Ktoś pomyśli, że plotę bzdury, ale co zrobić, jeśli tak właśnie zadziałało na mnie spotkanie z mądrym, światłym i rozsądnym człowiekiem. Człowiekiem, który stracił większość rodziny w niemieckich obozach śmierci, a potrafił Niemcom wybaczyć. Człowiekiem, którego piękna żona od 20 lat zmaga się z demencją, a on opiekuje się nią jak w najlepszych latach małżeństwa. Człowiekiem, który potrafi widzieć świat w odcieniach szarości, a nie tylko w czerni i bieli. Tzubick to zdecydowanie największy skarb, jaki ukazało przede mną państwo Izrael. Większy niż Masada, większy niż wszystkie odwiedzone świątynie, większy niż urodzajne galilejskie winnice. Po prostu mądry, dobry człowiek.

Krzysiek: Lot z Tuluzy do Warszawy kupiłem za 40 zł. Właściwie cena biletu była jedynym powodem, dla którego z Barcelony pojechałem akurat tam. Sama Tuluza wydawała się wielką zagadką, wiedziałem jednak, że i tu może mnie czekać przygoda. I oto staję w drzwiach klubu La Dernière Chance [z franc. ostatnia szansa]. Wprawdzie to dopiero przedostatni wieczór wycieczki, ale wymowna nazwa każe mi korzystać z okazji i tańczyć. Przyszedłem z grupą znajomych poznanych kilka chwil wcześniej. Grupka grafików robiąca francuskie produkcje animowane godne Pixara zaczepiła mnie, pytając o dobre angielskie piwo. W końcu kto zna się na piwie lepiej niż gość samotnie siedzący przy barze?! Julie szybko wkręciła mnie do swojej wesołej ekipy i tak spędziliśmy dwie kolejne noce – tańcząc. Skoro przez cały wyjazd nie biegałem, to postanowiłem nadrobić brak treningów i urządzić sobie ultra w tańcu. Wspomniany klub i koncert na tuluskim squacie stały się dla mnie ciężką dwudniową etapówką, gdzie czasu na regenerację było bardzo niewiele. Na metę na lotnisku dotarłem bladym świtem, trzymając w ręku niedojedzonego croissanta.

Wiatr ze wschodu

Miki: „Co chcecie robić?”, zapytał nas przedostatniego dnia pobytu w kibucu Tzubick, „Mogę was zabrać do muzeum Holokaustu niedaleko Hajfy, macie ochotę?”. „Dziękujemy Tzubick, ale chcemy iść na Górę Hermon”, odpowiedzieliśmy, licząc na to, że nie będzie na nas zły. On jednak, facet niezwykłej klasy, nie tylko nie uniósł się dumą, lecz od razu zabrał się za wyszukiwanie map i obdzwanianie znajomych, żeby dowiedzieć się, jak i którędy powinniśmy się tam dostać. Kiedy zgromadził całą wiedzę i wszystkie materiały, wytłumaczył nam krok po kroku, co mamy robić, po czym nas przestrzegł: „Uważajcie na wiatr ze wschodu, nie wolno z nim igrać”. Niedługo potem przedzieraliśmy się naszym malutkim, czerwonym chevrolecikiem przez ziemie zamieszkane przez Druzów, którzy są znani z tego, że nie są ani Żydami, ani Arabami, i z tego, że świetnie gotują. Droga wiodła niekończącymi się serpentynami, z których rozciągał się nieprawdopodobny widok – raz na Izrael, raz na Syrię, raz na Liban. Byliśmy w samym sercu Wzgórz Golan, jednego z najbardziej strategicznych punktów na geopolitycznej mapie świata. Im byliśmy wyżej, tym mniej wiało. Gdy w końcu wysiedliśmy z samochodu i wdarliśmy się na szczyt, ostre podmuchy wschodniego wiatru ustały. Słońce tańczyło na naszych twarzach, a ja czułem, że przyjechałem tu po ten właśnie moment. Mogłem wracać do domu.

Gabriela: To był bardzo dobry czas, pełen mądrych i inspirujących rozmów z moimi towarzyszami, szczęśliwych chwil, pięknych widoków, noclegów pod gołym niebem, pysznego jedzenia, wspólnie wypitego, dobrego wina i całego repertuaru piosenek wyśpiewanych po nim. Jedyne, czego mi brakowało na wyjeździe, to męża. Mam przynajmniej powód, aby na Bliski Wschód wrócić. Tym razem już z nim.

Krzysztof: Do samolotu z Tuluzy do Warszawy wszedłem po okazaniu wyłącznie dowodu osobistego. Tak niewiele, a tak cieszy...

Gabriela Gajdzińska

Krośnianka, absolwentka rosjoznawstwa na UJ. Po 7 latach spędzonych w Krakowie, wróciła w rodzinne strony. Energię czerpie z podróżowania – nieustannie planuje dalekie wyjazdy i mikrowyprawy w ukochany Beskid Niski. Godzinami może rozmawiać o zwierzętach.

Krzysztof Gajdziński

Mud-jogger z bazą u podnóży Beskidu Niskiego. Wraz z żoną Gabrielą organizuje zawody, w których sam chciałby kiedyś pobiec: Łemkowyna Ultra-Trail®, Maraton Wigry i cykl Krosno Biega.

Tekst ukazał się w Magazynie TRAIL#4

 

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły