Biegacz amator

Dzięki ultra jestem tu, gdzie jestem – Krzysztof Zaniewski

Beskid Niski, 18.10.2017

Na łamach drugiego numeru magazynu ULTRA, którego wydanie zbiegło się z końcem prac nad filmem o Piotrku Dymusie, rozmawialiśmy z jego autorem, Krzysztofem Zaniewskim, o jego filmach, inspiracjach, historii jako biegacza, sportowca i artysty. Tym razem Krzysztof pracuje nad kolejnym projektem poświęconym konkretnej postaci. Zapytaliśmy Krisa nie tylko o nowy projekt, lecz także o to, co się w nim, o ile w ogóle zmieniło. Jesteście ciekawi?  

Ostatni raz rozmawialiśmy z Tobą przy okazji pracy nad filmem o Piotrku Dymusie i drugiego numeru ULTRA. Od tamtego czasu minęły dwa lata, a Ty wziąłeś na tapet inną postać – nieco mniej znanego w środowisku ultra Dzikiego Bo. Skąd taki wybór bohatera? Co Cię w nim tak zafascynowało?

Poznałem Dzikiego Bo, który tak naprawdę nazywa się Bogumił Rolek, przy okazji zdjęć do ubiegłorocznej Łemkowyny. Dogrywałem z nim i jego wilczakiem intro, Wadera grała wilka. Spędziliśmy trochę czasu przy tym projekcie. Miałem wtedy możliwość poznać Dzikiego Bo nieco bliżej i się nim zainteresowałem. Gdzieś już wtedy w tyle głowy miałem pomysł, co można by zrobić wspólnie w przyszłości. A sam Dziki Bo? Stanowi połączenie wszystkich moich filmowych koników, bo po pierwsze, sam jest ciekawym człowiekiem, po drugie, mieszka w ciekawym miejscu i zajmuje się interesującymi rzeczami. Też jest sportowcem, maszerem, wicemistrzem Polski w psich zaprzęgach na średnim dystansie. Nie wyobrażałem sobie zatem nieujęcia tych wszystkich aspektów w jeden film.

Faktycznie Bogumił nie jest jeszcze rozpoznawalną osobą, ale pewnie niedługo będzie. Na pewno warto go poznać, bo jest inspirującym człowiekiem. Postawił trochę w życiu na jedną kartę, ceni samotność. W mojej opinii Bo jest taką osobą, którą wielu z nas chciałoby być. Czytaliśmy książki o tego typu postaciach. Sam Bo twierdzi, że urodził się o jedną epokę za późno i ja się pod tym jego zdaniem podpisuję. Jest bardzo wiarygodny w tym wszystkim.

Sam film będzie taką trochę przygodą o dzikiej przyrodzie, stada koni, byki, dziki, bobry, drapieżne ptaki nad głową i Dziki Bo na koniu. Sporo też będziemy pokazywać psich zaprzęgów, które chcemy nakręcić zimą. Nie zabraknie też nutki surrealistycznej, bo Beskid Niski jest dla mnie krainą z dziwną i gęstą atmosferą.

Taką oniryczną, prawda?

Tak, dokładnie taki jest, oniryczny. I moje skłonności do surrealizmu mogą się tutaj pojawić (śmiech). Klimat w każdym razie będzie raczej gęsty.

Jak długo już pracujesz nad tym filmem?

Zaczęliśmy dwoma tygodniami zdjęciowymi w maju i czerwcu, teraz mamy już konkretny plan działania i wiele tygodni pracy zdjęciowej za sobą. W Beskidzie pojawia się też z nami Piotrek Dymus, który jest fotosistą przy tym projekcie i ciekawie to dokumentuje. Cały czas rozwijamy koncepcję projektu, zastanawiamy się nad dystrybucją wraz z marką Dare2B. Tak jak zaczynałem film o Piotrku, nie wiedziałem, gdzie mnie to doprowadzi, tutaj staramy się planować wszystko odpowiednio wcześniej. Dla mnie najważniejsze jest realizowanie zdjęć i opowiedzenie ciekawej historii.

Czy zwrot ku Dzikiemu Bo to przejaw zmęczenia tematyką biegową? Miałeś dość kręcenia biegaczy?

Powiem tak: nie należę do osób, które pracują i odcinają od tego kupony. Nie robię imprezy za imprezą i już. Potrzebuję rozwoju, na to stawiam. Jeśli mam okazję zrobić coś, co może mnie rozwinąć, idę w to. Oczywiście wyrosłem na sportowym podwórku, nie wyobrażam sobie końca swojej drogi w tym temacie. Tu jestem i chciałbym też być jak najdłużej. Niemniej Dziki Bo wymaga więcej zaangażowania. Jest w tej historii element sportowy, ale jest też przyrodniczy, który tak bardzo lubię i staram się pokazywać w swoich materiałach z biegów.
Na szczęście są też inne rynki, na których mogę wykorzystać swój potencjał, z tej strony też pojawiają się pytania, co mnie bardzo cieszy. Zajmuję się także, o czym wie niewiele osób, fotografią reklamową, więc tam też widzę siebie. Jedynie nie mówię o tym głośno, bo nie ma to związku ze sportem.

Ale wesel nie robisz?

Mam świetną księgową, która mówi mi: „panie Krzysiu, coby się nie działo, zakazuję panu robienia wesel. Pan się tam zmarnuje!” (śmiech) Chociaż z ciekawostek, to jakiś czas temu zrobiłem zdjęcia na wojskowym pogrzebie. Zostałem poproszony o to przez znajomych z wojskowej rodziny. To zawsze coś innego.

No właśnie, bo przecież Ty masz część rodziny związaną z wojskiem, prawda? A znam trochę i wojsko i Ciebie, i kompletnie mi się jedno z drugim nie zgrywa! (śmiech)

Mój ojciec jest wojskowym, linia jego rodziny jest, powiedzmy, mundurowa, a z drugiej strony mam mamę artystkę – totalnie zakręconą duszę, wujków malarzy, muzyków. Jestem podzielony między tymi dwoma sferami i zawsze starałem się sprostać oczekiwaniom zarówno jednej, jak i drugiej strony. Skończyłem finalnie studia medyczne na kierunku Ratownictwo Medyczne, bo medycyna też jest w mojej rodzinie. Wcześniej studiowałem psychologię, ale rzuciłem ją gdzieś po drodze, bo to nie było to. . Jestem też ratownikiem wysokościowym i WOPR. Ale oliwa sprawiedliwa, robię jednak zupełnie inne rzeczy, życie mi się całkowicie zmieniło. I choć dużo zdrowia mnie moja obecna praca kosztuje, to na psychikę działa mi o wiele lepiej.

Krzysztof, już ponad dwa lata kręcisz filmy z imprez biegowych. To dość długo. Co Cię pociąga w tej tematyce? Robisz ją dla specyficznego rynku, dość hermetycznej grupy odbiorców.

Gdybym jej nie lubił, tobym tego nie robił, bo kręcenie filmów na imprezach biegowych to duży wysiłek fizyczny. Na siłę nie da się nikogo do tego zmusić. Jak się robi te kilometry z całym sprzętem, którego raz jest więcej, a raz mniej… Nie robię tych imprez dużo, bo jest to zazwyczaj jedna w miesiącu, jednak projekt jest bardziej pracochłonny. Nawet miesiąc wcześniej myślę nad koncepcją na konkretny film, jak do niego podejść tym razem. Praca na miejscu zajmuje średnio od trzech do siedmiu dni, kręcę już zanim ktokolwiek na imprezę przyjedzie, a kiedy wszyscy po są już w domach, ja ciągle jestem na miejscu i dalej zbieram materiał. Nawet jak biegacze są już na innych imprezach, ja nadal pracuję nad tą jedną. Jest to w dużym stopniu praca fizyczna, ale bardzo ją lubię, bo dzięki temu jestem tam, gdzie chcę być, jestem w górach. Czasem, gdy mam już tego dość, myślę sobie: „gościu, inni teraz siedzą za biurkami, a ty jesteś na grani, chodzisz sobie w tę i z powrotem i sam zarządzasz swoim czasem”. Sam decyduję, co nagrać, o której wstać, a o której się położyć. Mimo tego więc, że przy kręceniu filmu nie dojadam, wracam z jakimiś odciskami, wypłukany z witamin, przeziębiony – praktycznie po każdym ultra, to jest to wielka satysfakcja. Później spędzam nad materiałem jakieś dwa–trzy tygodnie, zżywam się z nim, a potem wypuszczam do ludzi, pod ich ocenę. To i satysfakcja, i ciągle wielka przygoda.

Pamiętam, gdy rozmawialiśmy w kwietniu przy okazji Biegów w Szczawnicy, powiedziałeś z zmartwieniem w głosie, że nie masz jeszcze muzyki do filmu. Czy proces tworzenia zaczyna się u Ciebie właśnie od muzyki? Ona Cię inspiruje? Pierwszy jest dźwięk, a potem obraz?

Materiały do filmu zaczynam zbierać już na etapie pracy koncepcyjnej – czy jest to właśnie muzyka, czy jakieś inne, np. odnośnie do danego regionu, żeby się czymś zainspirować. Dla mnie – bo jestem też muzykiem – ta warstwa jest bardzo istotna. Nie jest tylko tłem, tylko integralną częścią filmu. Staram się, żeby zawsze była przynajmniej dobra. W przypadku zeszłorocznej Łemkowyny muzykę miałem dwa miesiące wcześniej, wiedziałem już, jakie kadry będą układane pod konkretne fragmenty muzyczne, jak ta muzyka wpłynie na długość danych ujęć. Przy Szczawnicy faktycznie nie miałem głównego tematu, jedynie poboczne – choć nie był to problem przy nagrywaniu materiału, to jednak pomaga mi to, że ona już jest przed kręceniem.

Z Łemkowyną jest chyba całkiem prosto w tym temacie. Historia regionu, muzyka łemkowska – kopalnia, w której można odkrywać do woli, prawda?

Tak, temat jest faktycznie głęboki. Z jednej strony dzięki temu szansa, że coś interesującego i inspirującego się znajdzie, jest duża, ale też w tym bogactwie można się pogubić. I np. zacząć tworzyć wizje, które są w danym momencie nie do zrealizowania. Ale faktycznie, są imprezy z mniejszym i większym potencjałem, jeśli chodzi o tę historię regionu, jednak zawsze staram się pokazać coś więcej niż tylko bieganie. Wynika to z tego, że ultra nie jest dla mnie tylko bieganiem. Oczywiście, biorąc pod uwagę aspekt fizyczny – jest. Dla mnie jednak ultra to pytanie, na które szuka się odpowiedzi. Biegacze szukają tej odpowiedzi w trakcie, pewnie nigdy do końca jej nie znajdują, a ja to samo mam w filmach, też się mierzę z czymś nie do końca z tej ziemi.

W Twoich filmach z ostatniej edycji Biegów w Szczawnicy i ubiegłorocznej Łemkowyny jest więcej fabuły, pejzaży, mniej elementów stricte biegowych. Przy tych dwóch produkcjach pojawiło się w stosunku do Twojej pracy więcej krytycznych komentarzy. I tu chciałam Cię zapytać o odbiór Twoich filmów. Co Ty na to, że ludzie chcieliby jednak więcej biegania?

To prawda, że biegania jest coraz mniej. Do końcowego materiału wchodzą najlepsze ujęcia, na moich filmach nie odnajdzie się wielu biegaczy. To domena zdjęć z imprez biegowych a nie z materiału o charakterze reklamowym. Choć kręcę naprawdę wiele ujęć, to z nich zostaje jedynie ok. 10 procent. Dbam przede wszystkim o kadr i muszę dokonać jakiejś selekcji. Nigdy w moich filmach nie będzie samych ujęć z zawodnikami, bo po prostu nie tak działam. Według mnie bieganie to nie tylko sam fakt tego biegania, lecz także przyroda, człowiek jest w niej tylko przelotnie. To jest według mnie bardziej prawdziwe niż sztucznie napompowane latanie z kamerą, pokazywanie samych ujęć biegnących nóg. To wtedy w niczym nie jest osadzone i nie ma w tym konkretnego przekazu. Wiem, że tak wyglądają typowe filmy biegowe, jednak ja staram się robić coś dodatkowo. Chciałbym, żeby ktoś z takiego materiału wyniósł coś więcej niż tylko wizualne pokonanie trasy jakiegoś biegu.

Stąd koncepcja filmu o Łemkowynie? Ze staruszką siedzącą przed drewnianą chatą, opowiadającą o tym, jak te tereny wyglądały, gdy jeszcze zamieszkiwali je Łemkowie?

Tak, przemiła pani, najstarsza we wsi, osiemdziesięciokilkuletnia kobieta z przepięknie pomarszczoną twarzą przed równie piękną drewnianą chatą. W mojej ocenie jest to wartość dodana do wszystkich kadrów zebranych jednego dnia z biegającymi osobami. Rozumiem oczywiście, że ludzie chcą się widzieć, to naturalne, ale ja nie chcę robić relacji. Chcę tworzyć materiał, który o czymś opowiada.

Ja bym powiedziała, że bardziej snujesz historię, a nie tworzysz reportaż.

Tak. Ja nie widzę siebie jako klasycznego dokumentalisty. Wolę coś wymyślić, stworzyć opowieść o czymś niż pokazać rzeczywistość jeden do jednego. Choć mam przy tym świadomość, że biegacze chcą się widzieć. Niemniej im bardziej chcesz zrobić coś nowego czy innego, tym częściej znajdą się osoby, które będą oceniały to w różny sposób. Oczywiście te oceny są dla mnie w pewnym stopniu istotne, jednak staram się iść swoją drogą, realizować siebie i podążać do przodu. Gdybym tylko odcinał kupony, to już by mnie nie było. Klienci, którzy mnie zatrudniają, mają tego pełną świadomość.

Na scenie ultra jesteś jednak sam. Nie ma innej osoby robiącej materiał video z tego typu imprez. Nie masz konkurencji.

To nie tak, pojawiają się nowe osoby.

Ale czy faktycznie zajmują się imprezami ultra? Czy jest to jednak incydentalne wejście w środowisko za bohaterem? Mam tu na myśli np. Chasing the breath o Robercie Celińskim czy Mój czas Jana Wierzejskiego o Magdzie Łączak. Nikt się w tym nie specjalizuje, jesteś tylko Ty.

Są i stali filmowcy, pojawiają się też nowe osoby na tych mniejszych imprezach. Ale rynek się tworzy, coś zaczyna się dziać. Choć nie jest on tak duży, żeby przyjąć iluś tam filmowców, to jest po prostu niemożliwe. Wydaje mi się, że ludzie, którzy zajmują się filmem, ale w innych branżach, nie przyjdą do ultra. To po prostu jest ciężka praca.

Mimo rosnącej popularności trailu?

Wiesz, ja cały czas patrzę na to przez pryzmat wielodniowej pracy nad projektami. Sądzę, że osoby świadome pracy za kamerą nie będą zainteresowane tą tematyką. Jeśli ktoś ma opanowany inny rynek, gdzie praca jest lżejsza i być może bardziej satysfakcjonująca… W przypadku fotografii jest podobnie.

Według mnie przewagą zarówno Twoją, jak i fotografów – Piotrków Dymusa i Oleszaka, Karoliny Krawczyk i Jacka Deneki – jest to, że sami się z tego środowiska wywodzicie. Wiecie, jak pracochłonne jest to zajęcie, ile trzeba mieć siły itd.

Jasne, trzeba rozumieć to środowisko, czuć ducha tej wspólnoty. Pod tym względem komuś nowemu na pewno będzie trudniej. Tu nie możesz oszukać, po prostu się nie da. Pytanie, czy taka osoba będzie wiarygodna w tym, co stworzy. Choćby kondycja – też jest tu kluczowa. Bez niej człowiek odpuści wiele sytuacji w górach, w których właśnie powinien się znaleźć.

A Ty sam jeszcze w ogóle biegasz?

Mało. Ale wiesz, dużo jeżdżę na rowerze. Im więcej pracuję tutaj, tym częściej szukam odpoczynku w innych rzeczach.

Obserwuję Twoje profile na portalach społecznościowych i widzę, jak długo przy okazji kręcenia filmu o jakimś biegu jesteś w górach. Zastanawiam się, czy to też nie jest taki Twój wentyl bezpieczeństwa po dwóch, powiedzmy, dniach orki na trasie, kiedy łapiesz pierwszego i ostatniego biegacza, dostajesz po tyłku pogodowo na Łemkowynie. Potem spędzasz tam jeszcze tydzień i dogrywasz świetne ujęcia przyrody, i w końcu możesz przestać myśleć o tych cholernych biegaczach?

Tempo takiej pracy po zawodach faktycznie jest wolniejsze, ale to nie znaczy, że jest lżej. Wcale nie jest, bo biorę wtedy ze sobą znacznie więcej sprzętu (śmiech). Naprawdę lepiej jest zrobić takie zdjęcia przed zawodami i wrócić razem z ich końcem, ale nie zawsze tak się da. Chociaż tak, faktycznie jest to jakaś forma… Nasuwa mi się tu słowo „medytacja”, ale nie wiem, czy jest to dobre określenie. W każdym razie jestem wtedy gdzieś w jakiejś swojej przestrzeni i nie do końca wiem, co się dzieje. Jestem totalnie „tu i teraz”, angażuję się w miejsce i myślę, co jeszcze mogę tam zrobić. Szukam też ujęć, które uzupełnią to, co do tej pory udało mi się nagrać. Ale faktycznie, widzę, że ludzie zaczynają się zastanawiać, w którą stronę pójdzie to, co robię…

Jasne, ja też. Teraz pracujesz nad projektem, który jest poświęcony konkretnej osobie, Dzikiemu Bo. Nie myślałeś, żeby iść w tę stronę właśnie? A bieganie traktować jako dodatek.

Jest to oczywiście droga, która mi się marzy, ale wszystko zależy od wielu czynników. Na pewno chciałbym pójść w dłuższy format, ale wszystko wymaga czasu. Dla mnie dużą formą póki co jest film 30–40-minutowy, a na taką długość planuję produkcję o Dzikim Bo. Wymaga to jednak ode mnie odpowiedniej ilości dobrych zdjęć. I owszem, można je nakręcić w parę dni, ale ja wolę im poświęcić rok i poprowadzić bohatera przez cztery pory roku. To dla mnie jest obecnie duże wyzwanie i duża forma. By w takim formacie jak najlepiej przedstawić postać. Niemniej bieganie jest dla mnie nadal interesujące choć nie wyobrażam sobie, żebym robił tylko materiały z zawodów biegowych.

A nie myślałeś, żeby wyjechać na jakiś większy bieg zagraniczny i tam nagrać film?

Od jakiegoś czasu tak. Powstaje teraz dużo nowych imprez biegowych, można spojrzeć na ich program i zobaczyć, w której jest potencjał. Dzięki temu już mam jakiś plan na 2018 rok. A zagranicą – faktycznie jest co robić. Np. Tromso. Generalnie Północ.

Źle znosisz upały? (śmiech)

Ja mam chyba taką skandynawską duszę (śmiech). To nawet nie jest kwestia pogody, tylko chłonięcia klimatu miejsc. Tam wydają mi się bogatsze i bardziej tajemnicze. Norwegia jest ciekawym miejscem, w ogóle cała Skandynawia. Chętnie bym też zrobił coś na Alasce czy w lasach borealnych Kanady. W Europie chciałbym się zmierzyć z UTMB, z Gore-Tex Trans Alpine Run – z takich większych rzeczy. Fajne biegi pojawiają się też na Słowacji, choć tam akurat jest sporo dobrych filmowców. Jeśli chodzi o upały, rozwija się kilkutygodniowy projekt, do którego jestem zaproszony na drugą stronę kuli ziemskiej. Na ten moment, dopóki niedograne są wszystkie szczegóły, obowiązuje mnie jednak tajemnica.

Mam takie wrażenie przy oglądaniu zdjęć czy filmów, które ukazują się po imprezach biegowych, że macie bardzo podobny sposób patrzenia, kadrowania, podobną wrażliwość na obrazy z Piotrkiem Dymusem. Gdybyś zrezygnował z robienia filmów, a skupił się na zdjęciach biegowych…

Lubię robić zdjęcia, ale niekoniecznie sportowe. Choć faktycznie, Piotr też kiedyś zauważył, że mamy podobną wrażliwość ukierunkowaną na obraz. Może to też jest powód  tego, że się lubimy i często razem pracujemy. Coś w tym może być. Choć fotografia u mnie to jednak bardziej architektura czy krajobraz. Generalnie fotografia użytkowa, reklamowa czy astrofotografia. Zajmuję się zaawansowaną fotografią multiekspozycyjną z ziemi i z powietrza. To jest bardzo młoda technika fotografii. Dużo jest w niej czekania, choć widełki czasowe, w których najchętniej fotografuję, to zaledwie dwie godziny w skali doby. Niektóre fotografie wymagają bardzo szczególnych warunków, dlatego czasami planuję je już kilka miesięcy do przodu.

Czyli znowu czekanie. Ustawiasz statyw i czekasz. Dużo czekania w tej Twojej pracy, dużo siedzenia przed komputerem.

Tak, to prawda. Sama zresztą często piszesz do mnie „gdzie jesteś? znowu w jakichś lasach?”, a ja przecież ciągle siedzę przy biurku! (śmiech)

Ale nie wrzucasz swoich zdjęć w kanały social media, kiedy siedzisz przy biurku! Może poza paroma wyjątkami. Więc ja mam wrażenie, że ciągle w tych górach faktycznie jesteś!

Większość zdjęć obrabiam dopiero po powrocie, ze względów złożoności technicznej, więc są one tylko echem tego, co się wydarzyło. Na miejscu powstaje więcej instagramowych stories.

Zaczęliśmy rozmowę od Twojego filmu o Piotrku Dymusie. Jakiś czas temu była jego premiera on-line, jest dostępny dla wszystkich na Twoim kanale Vimeo. W międzyczasie jednak byliście z nim w kilku miastach, na imprezach biegowych, pokazaliście ten materiał szerokiej publiczności. Jakie masz przemyślenia po tych dwóch latach?

Z perspektywy czasu patrzę na to wszystko z szeroko otwartymi oczami. W założeniach miał być to krótki projekt, szybko zrobiony materiał. Pomysły na niego przychodziły w trakcie kręcenia. Zawsze staram się zrobić coś nowego, czego u mnie jeszcze nie było, uczyć się na bieżąco. Nigdy np. nie potrafiłem i nie lubiłem się wypowiadać publicznie, a tu miałem okazję to zmienić . Powstał pomysł publicznych pokazów tego filmu, byliśmy z nim chyba w dziesięciu lokalizacjach w całej Polsce. Co cieszy, ludzie chętnie na nie przychodzili, choć początkowo wydawało nam się, że spotkamy się jedynie z garstką najbliższych. To było bardzo miłe! Okazuje się, że są ludzie zainteresowani pracą innych i to może się sprawdzić w przyszłości. Piotr jest na tyle interesującą osobą, że ludzie nie tylko chcą oglądać jego prace, lecz także dowiedzieć się czegoś więcej o nim samym. Zresztą to ciekawa postać, z ciekawą historią.

A co Ci te pokazy i te dwa lata dały jeśli chodzi o pracę artystyczną? Czy myślisz teraz „tobym inaczej nakręcił, a to inaczej zrobił”?

Jasne, to przepaść w ogóle! Dziś zrobiłbym ten film całkiem inaczej. Ale na wszystko w życiu jest odpowiednia pora. Wtedy zrobiłem ten film takimi środkami, jakimi wówczas dysponowałem. Jedynie od ciebie zależy jak wykorzystasz potencjał, który masz. Na tamten moment takie były moje możliwości i oczywiście są rzeczy w tym filmie, które mnie denerwują lub są dla mnie teraz niedopuszczalne, ale tego nie da się uniknąć, tak będzie zawsze. Co nie zmienia faktu, że to jedno z pierwszych tego typu moich doświadczeń i nigdy o tym nie zapomnę – odczuwam z tego powodu ogromną satysfakcję. Cieszę się też z tego, że Piotr jako bohater jest zadowolony. W końcu jest to praca nad czyimś wizerunkiem, można ją schrzanić, a można też ten wizerunek poprawić.

A ta babcia z ubiegłorocznej Łemkowyny? Czy to nie jest rzecz, którą chciałbyś się zająć? Wrócić do tej pani i nakręcić materiał tylko o niej i Łemkowszczyźnie? Bo mam takie wrażenie, oglądając jedynie Twoje filmy, że te rejony czujesz znacznie bardziej niż np. Szczawnicę.

Fakt, jak tam jestem, to coś we mnie ożywa. Może to trochę śmieszne, bo np. Dziki Bo czy Dymus się z tego powodu ze mnie śmieją, ale ja tam autentycznie stale czuję czyjąś obecność. Mam wrażenie, że ciągle mnie tam ktoś obserwuje. Tam znacznie częściej zadaję sobie pytanie, czy świat, jaki znamy, autentycznie jest taki jaki jest. Czy są jakieś materie, które przepływają między nami? Mam tam dziwne emocje z pogranicza horroru czasem. Takie miasteczko Twin Peaks, te klimaty, dla mnie absolutnie naturalne.

W podobny sposób o tych terenach pisze Stasiuk we Wschodzie, opisując oniryczną wizję życia codziennego w łemkowskiej wiosce, która tętniła życiem tam, gdzie on teraz ma swój dom w górach.

Łemkowszczyzna dla mnie to woda na młyn. Obecnie jestem już po zdjęciach do tegorocznej Łemkowyny. W tym roku podszedłem do tematu jeszcze inaczej. Film wchodzi w tej chwili w fazę postprodukcji.

Jakiś czas temu rozpocząłeś współpracę z marką Dare2B. Planujesz jakieś większe projekty w ramach tej kooperacji?

Cały czas pracujemy nad projektami filmowymi. Wszystko wymaga czasu. Byliśmy także z ekipą biegową Dare2B w Fogaraszach w Rumunii na sesjach zdjęciowych na sezon 2018. Dare2B wspiera też mój projekt o Dzikim Bo, choć to będzie coś kompletnie innego i to idzie osobnym torem. Najnowszą kwestią jest, że wraz z firmą Dare2B Polska i zaproszonym do projektu Piotrkiem Dymusem szykujemy dla miłośników outdooru coś specjalnego. Szczegóły niebawem. W każdym razie ostatnio stałem z Piotrkiem po drugiej stronie kamery przy kręceniu „promo” do tego wydarzenia.

Kris, pytaliśmy Cię o to dwa lata temu, zapytamy ponownie. Gdybyś miał teraz zrobić film o samym sobie, to o kim byłby to obraz?

Ojej! Myślę, że toby była jakaś wewnętrzna metamorfoza. Choć w moim życiu pozornie przez te dwa lata zmieniło się niewiele, w mojej głowie jednak bardzo dużo. Generalnie historia jest prosta: praca, praca, praca. Zdjęcia i studio. Niewiele miałem tego czasu tylko dla siebie, ale było tak intensywnie, że tego nie żałuję. Na pewno byłaby to historia rozwoju, bo dużo się przez ten czas nauczyłem, szkoliłem się w kraju i zagranicą jeśli chodzi o warsztat czy technikę. Ale poza tym to jestem dość prostym człowiekiem, mam paczkę sprawdzonych przyjaciół. Większość czasu spędzam w górach, zazwyczaj samotnie, gdzieś łażę, coś sobie fotografuję czy kręcę. Pojawiam się na zawodach, znikam w studio, tyle. Co mam Ci powiedzieć, samotność filmowca przeplatana projektami fotograficznymi. (śmiech) Nigdy nie uważałem, że jestem jakąś ciekawą postacią. Jestem maksymalnym introwertykiem i po prostu się zamykam, choć akurat te ostatnie dwa lata w moim życiu to historia otwarcia się na ludzi.

Czasem gdy z Tobą rozmawiam, jesteś wulkanem energii, aż z Ciebie coś promieniuje, uśmiechasz się i jest Cię pełno, a czasem mówię coś do Ciebie, a Ty stoisz obok i mnie nie widzisz, nie słyszysz.

Tak, faktycznie tak mam, wszystkich proszę, żeby się nie obrażali, bo ja wtedy znikam w swoim świecie. (śmiech) Jak pracuję, to jest ze mną ograniczony kontakt. Nawet jak siedzę na krześle obok, to mnie nie ma. Zdarzają się takie sytuacje, że nie poznaję znajomych, co nie zawsze spotyka się ze zrozumieniem i muszę się wtedy tłumaczyć. Generalnie jestem zamknięty, a w tym zamknięciu powstaje większość mojej pracy. Staram się to jednak zmienić, bo w ostatecznym rozrachunku nie jest to dla mnie do końca korzystne. W filmie więc byłby to stały, nieruchomy kadr ze mną patrzącym w jakiś oddalony punkt z jakąś przestrzenną muzyką. (śmiech)

Coś jeszcze się w Tobie zmieniło przez te dwa lata?

Zwiedziłem większość pasm górskich w Polsce. Ale od dwóch lat nie byłem na wakacjach. (śmiech) Muszę jednak już sobie zrobić urlop, bo moja produktywność nieco spada. Najlepiej miesiąc gdzieś daleko, żeby nabrać dystansu. Może dla odmiany polskie morze? Mam do niego ogromny sentyment, bo jako dziecko spędzałem tam dużo czasu. Choć ducha wody nie czuję tak jak ducha gór, to nie jest moja przestrzeń. (śmiech) A wracając do filmu i historii o Zaniewskim, to chyba byłaby opowieść o robieniu tego, co się lubi i rozwijaniu swoich pasji. O dojrzewaniu do tego, by stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie: „To jest 100 procent ciebie, to jesteś właśnie ty”. Zbliżam się do tego, jestem na dobrej drodze, by to sobie powiedzieć. To fajna ścieżka rozwoju, a on jest dla mnie najważniejszy. Jak nie będzie ścieżki rozwoju, to coś się skończy.

A nie masz takiego wrażenia, że teraz jest taki terror samorozwoju? Że musisz każdego dnia być lepszą wersją siebie z wczoraj?

Wiesz, ja muszę się rozwijać, żeby potrafić zrealizować to, co sobie wymyślę. Staram się w każdym moim projekcie robić coś więcej. Wtedy mnie to cieszy, muszę się czegoś nauczyć, coś zrobić inaczej niż zwykle, zainwestować w jakiś sprzęt. Pod tym względem przede mną jeszcze bardzo daleka droga do tego, by robić to, co chcę. Aby iść do przodu, muszę się rozwijać. A satysfakcja z tego, że zrobiłem coś lepiej niż zrobiłbym to samo pół roku wcześniej, jest ogromna.

A gdzie widzisz siebie w tym wszystkim za, dajmy na to, pięć lat?

Na urlopie? (śmiech) Są dwie drogi, w których siebie widzę. Oczywiście jest to film, większe reżyserowane formy. Być może przyjdzie taki czas, że będę musiał zaufać innym ludziom, ich podejściu i pomysłom, pracując z większym zespołem – chyba nieuchronnie to zmierza w tę stronę. Nie ukrywam, że pociągają mnie filmy przyrodnicze, na takich się wychowałem. Drugi kierunek to wspomniana fotografia.

A głos Krystyny Czubówny kołysał Cię do snu?

Tak, właśnie. (śmiech) Mam za sobą etap mocnego i intensywnego rozwoju filmowego, a teraz przyszedł czas na tematy, w których jestem sobie wierny. Przyroda czy zwierzęta to jest właśnie taki temat niewątpliwie. Póki co jednak jestem tu gdzie jestem i to mnie cieszy. A w biegach ultra też jest element przyrodniczy. W ogóle ultra, samo bieganie ultra też mnie wiele nauczyło. Pozwoliło mi, tak jak pewnie wielu osobom, wiele w sobie odkryć. Niewykluczone, że gdybym nie zaczął biegać i jak każdy ultras przełamywać swoich barier wewnętrznych, tobym był teraz całkiem gdzie indziej i nie robił tego, co robię. Może interesowałbym się filmem, może bym kręcił na zupełnie innym rynku? Bieganie to był jednak jakiś wytrych do zamka, którego nie mogłem otworzyć.

Zmieniłbyś coś w swoim życiu?

Schudłbym trochę! (śmiech) Ale tak serio… Całe życie robiłem nie to, co chciałem. A to ze względu na środowisko, a to dlatego, że po prostu nie wiedziałem o co mi chodzi. Zawsze jednak byłem nie w swoich butach. W końcu dotarłem do miejsca, w którym jestem zadowolony i poświęcam się na 110 procent. Wreszcie widzę tę swoją produktywność w pracy, której brakowało mi w innych. Wreszcie robię to, co chciałbym robić. Gdybym kiedyś wiedział, że tak właśnie może być, brałbym to w ciemno. Jedyne, cobym zmienił, to czasami mniej się denerwował. To mi szkodzi.

Jestem na takim etapie życia, że najlepiej mi jest wtedy, kiedy angażuję się w swoją pracę. Robię to teraz na 100 procent.

A czy to Cię nie spali?

Nie mam wyjścia. Nie mogę tego odpuścić. Chociaż mam osoby w najbliższym otoczeniu, które mówią mi „Stary, odpuść, zrób coś innego, odpocznij”. Ale mój odpoczynek obecnie to wyjście na rower, bieganie albo obróbka zdjęć dla odmiany od obróbki filmu. Choć to krótkotrwałe, wiem. Muszę odpocząć, bo jednak coś zaczyna kuleć, ale do tego też muszę dojrzeć. Jestem zajęty, ale obecny układ mi pasuje. Jeśli pojawi się godna rozważenia alternatywa, to może się na nią skuszę.

A Krystyna, Twój boa dusiciel, jest mało wymagająca?

Tak, to prawda, jest bardzo mało wymagająca. Wystarczy, że raz na miesiąc dostanie coś do jedzenia. Niczego nie brudzi, wszystko rozumie, pozwala mi wyjeżdżać, nie tęskni, nie dzwoni, daje mi przestrzeń. (śmiech) Sama się przytula, dużo nie mówi, nie stawia warunków, jest świetna! Obcych jest ciekawa, ale reaguje na nich ze spokojem. Po mojej pasji do gadów została tylko ona. Wziąłem ją bardzo zaniedbaną, malutką. Wyleczyłem ją i związałem się z nią emocjonalnie. W lato często mieszka na karniszu, wygrzewa się. Ale węże nie mają dobrej prasy, choć realnie większym zagrożeniem dla człowieka są bezpańskie psy, bo jak często słyszy się o ugryzieniach przez węża?

Krzysiek, dziękuję za rozmowę. Możesz pogłaskać ode mnie Krystynę, bo sama się nie odważę. Do zobaczenia na kolejnej imprezie biegowej! :)

 

Zdjęcie tytułowe, portret Krzysztofa: Piotr Dymus
Zdjecia użyte w tekście: Krzysztof Zaniewski 

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły