Droga do UTMB. Odcinek 60

Przysłup, 12.03.2018

No i dupa zbita! Było tak pięknie, rozkręcałem się – był zapał, była siła, była moc – niestraszne mi były mrozy, dystanse ani wysokości. Jeszcze 10 dni temu czułem się na mojej górce jak Leonardo di Caprio na dziobie Titanica. Nawet Kate Winslet się pojawiła (na zdjęciu to nie ona, to James). Ale niestety, jak wszyscy dobrze wiemy, góra okazała się twardsza i Titanic zatonął. A ja razem z nim.

Trenowanie to dla mnie ostatnio same upadki albo wzloty, jakoś nie mogę wytrzymać dłużej w spokoju. Kilometrów nie brakuje, przewyższeń też nie, tylko stabilizacji mało. Im więcej trenuję, z tym większym podziwem patrzę na ludzi, którzy potrafią połączyć wysoki poziom sportowy z pracą, życiem, rodziną…

Poniedziałek

Po raz pierwszy od dobrych 20 lat byłem na basenie w Gorlicach. I raczej nieprędko tam wrócę. Nie żeby było coś nie tak z gorlicką pływalnią, po prostu już się przyzwyczaiłem do mojego ukochanego, kameralnego basenu w Wysowej (to tam gdzie odbywa się Gorlicki Bieg Górski). Lubię mój emerycki tryb: 20-30 minut pływania + sauna + bicze wodne + tartianyk w łemkowskiej restauracji na wylocie z uzdrowiska. Za to tłumy ludzi, aqua aerobik i zjeżdżalnie to nie jest to, za co tak bardzo lubię poniedziałki.

Wtorek

Minus piętnaście z poprzedniego dnia krzyknęło „mało!” i szybko zamieniło się w minus dwadzieścia. Śnieg skrzypiał, księżyc świecił – tego wieczoru wysokiemu ciśnieniu towarzyszyła wysoka forma. Po 8 km rozbiegania i 10 seriach skipów (A i C) po raz pierwszy od dłuższego czasu wróciłem do domu „niedobiegany”.

Środa

Minus dwadzieścia? „Phi!”, zaśmiała się rtęć i zeszła do doliny. A w dolinie czeka trening tempowy. Nie mam wyboru, przecież wokół same górki. Mam robić tempa, więc trzeba się zderzyć z tym minus dwadzieścia pięć i wyhodować kolejnego sopla, sięgającego od nosa do brody. Na początku myślałem, że zamarznę, ale po 3 km rozbiegania jakoś udało się rozkręcić nogi i zrobić dwie serie biegu ciągłego w II zakresie. W sumie na drodze Uście Gorlickie-Gładyszów nabiegałem prawie 20 km, wzbudzając duże zdziwienie wśród z rzadka mijających mnie kierowców. W sumie sam sobie też się dziwiłem – był to pierwszy trening w moim życiu, po którym zacząłem się zastanawiać, czy to jeszcze jest normalne czy już zaczynam wariować…

Czwartek

Zaczynam pisać te słowa i… nie pamiętam, co robiłem tamtego dnia. Chyba środowy mróz ściął mi zwoje w mózgu. Ale od czego mam Garmin Connecta, sprawdzam! OK, już wiem – w czwartek zrobiłem 12 km rozbiegania + 10 rytmów lekko w dół. Jak mroziło, tak mrozi. Czuję się nadczłowiekiem, skoro w tak ciężkich warunkach mogę biegać i nic mi się nie dzieje.

Piątek

Nadczłowiek musi zejść na ziemię, bo trzeba: posprzątać dom, nanieść drewna, pojechać po zakupy, trochę popracować. Krótko mówiąc – trening ogólnorozwojowy!

Sobota

Koniec nadczłowieka jest bliski, ale on jeszcze o tym nie wie. Myśli, że zdoła wykonać wszystkie zaplanowane na ten weekend ruchy, wcisnąć pomiędzy nie trening i jeszcze dobrze się czuć. Niedoczekanie! Pakowanie na wyjazd jeszcze jakoś poszło, podróż do Bielska-Białej też, spotkanie z Magdą Ostrowską w bielskiej kawiarni „Środek” było samą przyjemnością, w przeciwieństwie do treningu tempowego w tamtejszym gigantycznym fitness klubie. Jestem chyba jedyną osobą na świecie, która przejechała 200 km do BB, żeby pobiegać na… bieżni mechanicznej. Dookoła Pilska i inne Czantorie, a ja tłukę 3 x 20 min w dudniącej basami wielkiej hali. A właściwie to 1 x 16 min i 2 x po 10 min, bo na więcej nie było mnie stać. Wszystko równo po 4 min/km. KA-TAS-TRO-FA! Dziś już wiem, że to choróbsko zaczęło mnie trawić i wszystkie sygnały, które dawało mi ciało (a których ja nie chciałem słuchać), nie były przypadkiem. Wieczorem jeszcze piwko i pogaduchy do późnej nocy z Krzychem Dołęgowskim i… nieszczęście gotowe!

Niedziela

Pobudka o 5:30, bo trzeba jechać do Brennej na spotkanie z bohaterką sesji zdjęciowej do ULTRA. Spałem może 4 godziny. Adrenalina działa, ale gardło boli, a glut tylko czeka, żeby wysadzić zatoki w powietrze. Sesja z ultragwiazdą poszła supersprawnie (dzięki, F11!) i już mogłem ruszać z powrotem do „Malutkiego”. Oddałem pożyczoną od znajomej Corsę (dzięki, Kasia), przebrałem się i ruszyłem w 25-kilometrową drogę do domu. W założeniu miało być długo, wolno i przyjemnie. Było krótko, bardzo wolno i bardzo nieprzyjemnie. Już na pierwszym kilometrze wiedziałem, że jest ze mną źle. Było mi zimno, nogi nie chciały się zginać, a serce waliło jak oszalałe. Kiedy dotarłem na górkę i wszedłem pod prysznic ból kolan był tak nieznośny, że nie mogłem ani stać ani kucać. Czułem się, jakby ktoś mi wstrzyknął w stawy jakąś zwiększającą swoją objętość substancję. Nie przesadzam mówiąc, że to był najgorszy BIEG W MOIM ŻYCIU!

Nauczki z weekendu:

1. Jeśli czujesz, że tempo jest za mocne, zwolnij w pierwszej serii i ewentualnie przyspieszaj w kolejnych.

2. Jeśli czujesz, że bieganie jest torturą, dzwoń po sąsiada i niech cię zbiera z trasy. Nie zgrywaj bohatera!

Poniedziałek-niedziela

Tydzień spędzony na pseudoefedrynowym haju (najlepszy na zatoki Apselan, polecam!), na domowym stanowisku L-4 (tyłem do kominka), w przynajmniej czterech warstwach na grzbiecie. Do tego czosnek, imbir i duuużo chusteczek higienicznych. Doprowadziłem się do ładu na tyle, że mogłem w jako takiej formie ruszyć na ZUK-a. Tym razem nie biegałem, za to z całych sił kibicowałem. Doping okazał się całkiem niezły - zdrowy język wskazuje na to, że we wtorek będę mógł wrócić do trenowania!

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły